16
Styczeń
2007
06:01

„Kto kogo wkopał?” – Beckett

KTO KOGO WKOPAŁ

„Szczęśliwe dni” w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Iza Natasza Czapska w Życiu Warszawy.

Znakomita rola Winnie wprowadza Krystynę Jandę do wąskiego kręgu wybitnych beckettowskich aktorek – chciałoby się napisać. Niestety, pycha reżysera i jego niemądre pomysły inscenizacyjne sprawiły, że Janda straciła szansę na historyczny sukces.

Ponieważ Piotr Cieplak lepiej od Becketta wie, jak należy wystawiać Becketta, odrzucił jego fundamentalną ideę, jaką w „Szczęśliwych dniach” jest kopiec z uwięzioną w nim kobietą. Kopiec ów to aluzja do klepsydry, która jest miernikiem określonej ilości czasu (tu: długości ludzkiego życia), a zarazem znakiem tego, że człowiek od narodzin do ostatnich chwil jest grzebany żywcem.

O tym, jaki to fenomenalny pomysł, pisał Peter Brook w książce „Pusta przestrzeń”. Znamienne, że tak wybitny, znany głównie z autorskich przedstawień reżyser, kiedy wystawiał Becketta, nie skreślił mu nawet przecinka, zdając sobie sprawę, z jak spójnym materiałem ma do czynienia. Piotr Cieplak kopca nie docenił. Mimo to przez pierwsze 15 minut jego spektakl się broni.

Ludzie!!!

Winnie-paralityczka, okrywająca bezwładne nogi pikowaną kołderką, to wprawdzie nie to samo, co Winnie zjadana przez Czas, niemniej Janda gra tak przekonująco, że odrzuca się wątpliwości i gotowi jesteśmy przyznać, że i tak można mówić o przemijaniu, pamięci i nieubłaganym kresie. Reżyser zastosował zasadę, której w dokumentalnym filmie „Jak to się robi” Marcela Łozińskiego uczy młodego polityka spec od kreowania wizerunku Piotr Tymochowicz: „Nie mów Proszę państwa, mów Ludzie!”. Spektakl w Polonii został obmyślony wedle podobnej reguły: Janda nie wysyła wyszukanych komunikatów, skierowanych do garstki zatwardziałych intelektua listów, którzy na hasło

„Beckett” ze zrozumieniem marszczą brew. Teatru Polonia na to nie stać. Ona krzyczy: „Luuudzieee!”.

Jako Winnie, opowiadając historię swego życia, złożoną z okruchów wspomnień, chwyta prostymi środkami

za serce, wzbudza współczucie, że taka jeszcze pełna życia, a już od świata odcięta, i nie przepuszcza żadnej okazji na dowcip, tak że widzowie zachłystują się ze śmiechu. Z czasem jednak lekkość ta zaczyna ciążyć, aż chce się wstać i krzyknąć: „Luuudzieee! Nie po to się tu zebraliśmy, żeby się uśmiać!”. Pojawiają się jednak dużo większe problemy.

Odkopać niezakopaną

Okazuje się, że Piotr Cieplak, który w Teatrze Powszechnym z farsowego „Słomkowego kapelusza” robi moralitet, a tu z filozoficznego Becketta sentymentalną ciotkę, jest nie tylko reżyserem zadufanym, ale i, delikatnie mówiąc, rozkojarzonym.

Wystawiając „Szczęśliwe dni” najwyraźniej nie zauważył, że mu się tekst z jego rewolucyjnymi pomysłami scenicznymi rozjeżdża. Kopiec wywalił, ale słów: „Czemu on jej nie odkopie? Trzeba ją odkopać. Ja to bym ją odkopał gołymi rękami”, już nie.

Siedzi więc Krystyna Janda w fotelu, pod pikowaną kołderką, w ogołoconym z mebli salonie, i opowiada, wskazując ruchem głowy na okno, jak zaglądał przez nie jakiś człowiek, co chciał ją odkopać. I bądź tu, widzu, mądry. Skąd nagle w tej realistycznej, idącej na pospolitość inscenizacji, taka metafora?

Podobnie gdy Winnie obserwuje mrówkę, która wchodzi pod kołdrę. Zdanie „Wlazła do dziury”, kiedy nie ma dziury w kopcu, staje się grubym, wręcz prostackim dowcipem. U Becketta to niby ten sam, ale przez swą niejednoznaczność, bez porównania subtelniejszy żart. Na pomysłach Piotra Cieplaka straciła też relacja Winnie z Williem, którego reżyser odprawił za kulisy, skąd od czasu do czasu przyczłapuję na scenę. U Becketta siedzi on za kopcem, zza którego coraz to widać jego głowę lub ręce, i tam kieruje swój przejmujący monolog Winnie. W Polonii Willie swobodnie porusza się po scenie, siada na stołku w zasięgu wzroku Winnie, więc zupełnie niezrozumiała staje się jej wypowiedź: „Wiesz, co mi się marzy czasami? Żebyś na stałe przeniósł się na tę stronę, bym mogła cię widzieć. (…) Lub chociaż na trochę, co jakiś czas. Żebyś przechodził na tę stronę co jakiś czas, bym mogła się tobą nacieszyć. Ale nie możesz, wiem o tym”. U Cieplaka może.

Grający Williego Jerzy Trela, który na co dzień pracuje w Starym Teatrze, opanowanym przez młodych reformatorów sceny, i nie takie już rewolucje w życiu widział, postawione przed nim zadanie wykonuje w mistrzowski sposób. Scena wspólnego śmiechu Winnie i Williego, poprzedzona jego żartem o porubstwie, to jeden z najlepszych momentów w spektaklu.

Coś o myszce

To, co ledwo trzyma się kupy w pierwszym akcie, zupełnie rozsypuje się w drugim. Z niejasnych przyczyn następuje bowiem w inscenizacji Piotra Cieplaka radykalna zmiana. Po odejściu od Becketta w pierwszej części mamy nagle próbę nawiązania do jego stylistyki, choć niekoniecznie z tej sztuki, lecz, powiedzmy, z „Komedii” lub „Nie ja”.

W tym momencie wychodzi, na jaw zupełna niemoc Krystyny Jandy wobec takiego wyzwania, w sprostaniu któremu nie umiał jej już reżyser pomóc.

Z twarzą skierowaną bardziej ku sufitowi niż widowni Janda wygłasza w bardzo szybkim tempie i bezładnie wyprany z sensu monolog, który budzi na widowni dezorientację – o czym ona plecie? To co, kocha go czy nie kocha? W głowie jej się pomieszało pod koniec dnia? Jaka myszka? Jaka Mildred? Mrówka to była – wlazła jej do dziury, ale myszka? I kim jest Mildred? Nie zdążysz się połapać – koniec monologu. Kurtyna. Żal.

„Kto kogo wkopał?”
Iza Natasza Czapska
Życie Warszawy nr 12
15-01-2007

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.