03
Październik
2017
15:10

Okładka książki do recenzji z 03.10.2017

zobacz zdjęcie

Krystyna Janda, czyli o tym, czy aktorka naprawdę zyskuje przy bliższym poznaniu

Krystyna Janda. Słynna Agnieszka z „Człowieka z marmuru” Wajdy. Jeszcze słynniejsza Antonina Dziwisz z „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego. Kolekcjonerka nagród (od Złotej Palny w Cannes, przez Złote Lwy Gdańskie, Złote Kaczki, aż po Srebrną Muszlę zdobytą na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastián). Jej umiejętności aktorskie weryfikuje publiczność teatralna, oklaskując ją na stojąco po każdym z przedstawień i domagając się grania nieśmiertelnych sztuk do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej (vide „Shirley Valentine”, która premierę w Teatrze Powszechnym miała zdaje się w 1990 r.). Prezes Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury. Nieustająco zaangażowana w funkcjonowanie dwóch Teatru Polonia i OCH-Teatru. Kobieta Wolności. Wymieniać dalej? Dodam jeszcze: jednym wpisem potrafi wyciągnąć setki tysięcy Polaków na ulice w obronie podstawowych wartości. Uwielbiana i nienawidzona zarazem.

            Czego dowiadujemy się z kart książki? Nie opowiem wszystkiego, wiadomo. Ale jest tam tak wiele smaczków, które mogą rozjaśnić obraz aktorki, mówią o czasach, w których przyszło jej żyć, że aż by się chciało to wszystko przepisać! 

           Łatwo sprawdzić, że Janda debiutowała w spektaklu Teatru Telewizji „Trzy siostry” Czechowa w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Ale czy wiedzieliście na przykład, że w dniu emisji spektaklu do młodej aktorki zadzwoniła większość ówczesnych dyrektorów warszawskich scen z  propozycją angażu? Czy wyobrażacie sobie podobną sytuacje dzisiaj? A co zrobiła wtedy Janda, która, jak wspomina, była wtedy w ciąży, zginął jej kot i nie do końca rozumiała, co się dzieje? Weszła do zespołu teatru Ateneum, gdzie pracował jej mąż. Okazało się, że choć cenił ją tam dyrektor Warmiński, jego żona (i pierwsza aktorka teatru) Aleksandra Śląska nie pałała już taką sympatią. Efekt? Niewiele tam Janda wielkiego zagrała. Dopiero jedenaście lat później Zygmunt Hübner ściągnął ją do Teatru Powszechnego, gdzie z miejsca niemal zagrała „Medeę”, za którą dostała całą masę teatralnych nagród.

            Wielce interesujące dla wszystkich, którzy zastanawiają się, czy w szkołach aktorskich wykładowcy nie próbują czasem tworzyć swoich klonów, mogą być wspomnienia Krystyny Jandy z zajęć z Janiną Romanówną. Młoda Janda czuła, że pani profesor nie bardzo ją chyba lubiła. Były z dwóch różnych światów. Na dodatek studentka postanowiła na egzaminie zagrać Elizę z „Pigmaliona” Shawa – w dodatku scenę rzucania kapciami w Higginsa (popisową kreację Romanówny). Jak chcesz… – powiedziała pani profesor. Janda na każde zajęcia przygotowywała inną wersję sceny, jednak nie nagrała się za wiele. Zawsze jej przerywano, a to kapelusz niepotrzebny, albo że źle chodzi. Przez dwa miesiące studentka nie wyszła poza pierwsze zdanie i widać już było, że to będzie walka z nauczycielką. Walka, do której trzeba się solidnie przygotować. Janda przeczytała więc wszystkie opisy tego, jak grała Romanówna, obejrzała zdjęcia, wypytała profesorów. Założyła się z całym swoim rokiem, że tym razem nikt jej tej sceny nie przerwie. I co się stało? Janda wchodzi na scenę, a Romanówna na to: – No nie… Ryk śmiechu za drzwiami, natomiast Janda awanturuje się, dlaczego pani profesor nie pozwala jej tego zagrać. Ta zaś spokojnie odpowiada: – Dywanik leżał z lewej strony…

            Cudne, prawda? Niby śmieszne, ale boję się, że takich anegdot mieli by do opowiedzenia wiele także i dzisiejsi studenci szkół teatralnych. Czy to tak naprawdę ich kształtuje? Nie wiem. Za to wiem jedno, Janda do swojej profesorki ma do dziś wielki szacunek, o czym długo i pięknie mówi.

            Chcielibyście wiedzieć, co się stało na egzaminie wstępnym na studia, na które Krystyna Janda zapomniałą włożyć majtek? Albo dlaczego krzyczała do komisji „Gwałććcie, przekrwie?” i jaki skutek miały zapewnienia, że „upieści” Andrzeja Łapickiego? Książka w dłoń! Ręczę, będzie gorąco!

            Jest w tym wywiadzie także list aktorki do widzów, który znalazł się w programie do sztuki o Marii Callas. Pamiętne słowa (z finałowego monologu Callas), które dziesiątki już razy przemknęły przez media (o tym, że może i świat się nie zawali, jeśli od jutra przestanie się grać „Traviatę”, ale warto wierzyć, że wybierając sztukę, sprawiamy, że świat staje się piękniejszy i lepszy). Cudowne, prawdziwe i szalenie smutne. Ale są tam też słowa samej Jandy, która pisze: „Niech żyje sztuka. Sztuka bez kompromisów. Sztuka bez granic i bez ograniczeń.”. Mam wrażenie, że to wołanie o pomoc w sytuacji, gdy sztuka powoli przestaje być wolna.

            Zastanowiły mnie przytoczone w wywiadzie słowa Aleksandra Bardiniego o Kalinie Jędrusik. Uwiodła opowieść o początkach kręcenia „Człowieka z marmuru”, kiedy to Janda zrozumiała, że choć wielu w ekipie nie podoba się jej sposób grania, ona już wie, kim jest Agnieszka i jak ją należy sportretować.

            Nie do uwierzenia jest niemal historia z sesji zdjęciowej, na jaką wysłano Krystynę Jandę następnego dnia po tym, jak zdobyła Złota Palmę w Cannes. Pojawiła się o czasie we wskazanym apartamencie, usiadła, a wokół niej kłębił się tłum makijażystek, fotografów, stylistów. Jedli śniadanie, pili kawę, przeglądali gazety czekając na nadejście gwiazdy. Po półtorej godziny Janda wstała, oznajmiła, że czas się skończył i musi jechać już na lotnisko, na co tłum zareagował histerycznymi przeprosinami, że nie poznali itp. „Pokazałam język i wyszłam”. Dystans, proszę Państwa, rzecz, której brakuje dziś większości gwiazd i gwiazdeczek…

            Wyjazdy aktorki do Cannes to w ogóle odrębna historia. Jadąc na jubileuszowy, pięćdziesiąty festiwal filmowy, po wyjściu z lotniska w Nicei Janda zauważyła chłopaka z plakietka obsługi festiwalu. Pyta go więc o samochód, ale ten zbywa ją machnięciem ręki, że najlepiej będzie, jak pojedzie autobusem. Kiedy ta wsiadła do taksówki, zbystrzał. Pyta: a Ty kto? Aktorka? – Tak, mam Złotą Palmę. _Ty, nie wygłupiaj się, zadzwonię do biura.  A potem… pałac festiwalowy tak obstawiony policją, że przejść się nie da. Aktorka ma jednak zaproszenie. – Dlaczego nie przyjechała Pani samochodem? – Bo mam blisko. Żart nie został zrozumiany…

            Wcale mnie nie dziwi, że zapytana o marzenia, Janda natychmiast zaczyna opowiadać o teatrze. Bo czuje się odpowiedzialna, nie tyle za siebie, co za innych, wszystkich tych, których zaraziła misją stworzenia teatrów przyjaznych widzom. Także za tych, którym umożliwia w Polonii lub OCH-u debiuty, albo za tych, którzy przeżywają tu drugą artystyczną młodość.

            Jeśli myślicie, że ktoś taki jak Janda, aktorka – marka, aktorka – instytucja, wchodzi do teatru i gra, od niechcenia, przeczytajcie (s. 235), jak dziś przygotowuje się do grania. Patrzę czasem na młodych ludzi, którzy czują się gwiazdami, jak bez trudu przychodzi im wyjść na scenę, a po zajściu z niej upajają się – w swoim odczuciu – sukcesem. To nawet nie jest różnica klas. To deklasacja.

             Sporo w tej książce Jandy prywatnej, nie wiem, czy to dobrze czy źle. Jest momentami bardzo intymnie, aż na granicy bólu. Czytam o tym, jak zachorował mąż aktorki (Edward Kłosiński), potem umarł, a Janda zagrała kilka godzin później „Boską”. „Śmiałam się, śpiewałam, jak co wieczór.”. Jak trzeba być twardym, żeby to przetrwać? I mieć odwagę powiedzieć, że mąż umarł tak, żeby ona mogła zdążyć do teatru? Ich wspólnego teatru.

            Dużo łatwiej jest czytać o gosposiach artystki. To wdzięczny temat, czasem już wykorzystywany w wywiadach, a i tak ta część książki jest rozkoszna!

            Przeczytajcie jeszcze koniecznie o trzech ścieżkach myślenia na scenie (to cenna lekcja dla młodych aktorów). Albo o tym, co czuje aktor grając przedstawienie, które zwyczajnie się nie udało. I jeszcze o tym, że mając zbudowaną pozycję zawodową, trzeba się starać jeszcze bardziej, bo także wymagania publiczności rosną! I koniecznie o tym, co się dzieje, gdy się nie chce zagrać nago, a potem podczas postsynchronów widzi się zamiast własnej pupy – męską owłosioną!

            Dziwna to recenzja, bo zamiast komentować, opowiadam. Ale – powiedzmy sobie szczerze – choćbym nie wiem jak tu się wywnętrzał, nie będę ciekawszy niż Krystyna Janda. Powiem jednak coś od siebie na pewno. Otóż: tego, czy „pani zyskuje przy bliższym poznaniu”, tak naprawdę nie wiem, bo nie miałem okazji nigdy z aktorką porozmawiać, swoje zaś widziałem i myślę. Za to wiem jedno: choć czytałem tę książkę z niekłamaną przyjemnością (zapewne nieraz do niej wrócę), czekałem na to, co znalazło się niemal na samym końcu. Rozmowa o przekraczaniu granic w teatrze i wypowiedź jakby wycięta z mojej głowy. O tym, że tak modne ostatnio przekraczanie granic w teatrze niewiele ze sobą niesie. Nie chodzi tu nawet o banalną nagość aktorów, ale o zmuszanie ich do „robienia na scenie rzeczy upokarzających”. Janda rozumie, że coś ma nas poruszyć czy zbulwersować. Tylko ona też widzi, że najczęściej nie dzieje się to w ważnej sprawie (a bywa, że i w żadnej)! Padają tu słowa o reżyserach poszukujących, którzy torturują nerwy i ciała aktorów, bo … może coś się objawi. Jakże się z tym zgadzam. Na szczęście (to już poza książką) – nikt nie ma monopolu na spektakl idealny. Ten może się trafić dosłownie wszędzie. I to też jest piękne w teatrze.

            Zastanawiam się, czy nie wezmę tej książki na grudniowy spektakl „Pomocy domowej”, w której gra Krystyna Janda. Poproszę o autograf, bo „Pani zyskuje przy bliższym spotkaniu” to nie jest książka, po przeczytaniu której chciałbym się pozbyć. O, nie!

            Włodzimierz Neubart

 03.10.2017

 https://chochlikkulturalny.blogspot.com/2017/10/krystyna-janda-czyli-o-tym-czy-aktorka.html

 

 

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.