24
Październik
2011
00:10

Krystyna Janda – artystka nienasycona

Widzowie zobaczyli ją po raz pierwszy na ekranie telewizyjnym w 1973 roku jako tancerkę na chłopskim weselu w historyczno-kostiumowym serialu „Czarne chmury”. Trwało to kilka sekund, w tłumie i bez słów. Tylko coś odrobinę więcej niż statystowanie.

To było „wejście smoka”

Kiedy jednak kilka lat później, wiosną 1977 roku, pojawiła się po raz drugi, tym razem na ekranie kinowym, było to istne „wejście smoka”. Rola główna – Agnieszka w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy. Film wszedł na ekrany w atmosferze dreszczyku politycznego, po walce na szczytach władzy i cenzury. O mały włos, widzowie by go wtedy nie zobaczyli. I nie zobaczyli by też młodej, niezwykle utalentowanej i oryginalnej 26-letniej aktorki, Krystyny Jandy. W czołówce filmu – ówczesnym zwyczajem – pod jej nazwiskiem dodano dopisek „po raz pierwszy na ekranie”. W ten sposób „znakowano” wtedy debiutantów. Widzom, jednak nie było to potrzebne. Sami mogli się przekonać, że takiego zjawiska jak ta aktorka, w polskim kinie jeszcze nie było. Ciągle jeszcze panował zwyczaj grania w filmie w sposób nieco teatralny. Według reguł wyuczonych w szkole aktorskiej. Janda zagrała zupełnie inaczej: niebywale dynamicznie, jakby z furią, z roznoszącą ją energią i niepokojem. Była szybka i kanciasta w ruchach, nieopanowana w mimice twarzy, bezceremonialna i bezczelna. Niezwykle prawdziwa i naturalna. Po ekranie nie poruszała się, lecz ciskała i miotała, ubrana w modny wtedy komplet dżinsowy (marynarka i spodnie) i buty na wysokich obcasach. Wtedy mówiono o nich – koturny.

Już sam ten strój i sposób bycia był wtedy wyzwaniem rzuconym oficjalności, nie tylko politycznej. Za tę rolę otrzymała Janda niezwykle prestiżową Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego za najlepszy debiut filmowy. W zachowaniu i sposobie gry Jandy było wtedy chyba coś „męskiego” i odbiegało od stereotypu zachowania kobiety, bo jej debiutem teatralnym była rola… męska – tytułowy Dorian Gray w przedstawieniu według powieści Oscara Wilde’a.

Po „Człowieku z marmuru” stała się ulubioną aktorką Andrzeja Wajdy. Po kolei zagrała w jego dwóch następnych filmach: epizod w „Bez znieczulenia” (1978) i znów główną rolę w „Dyrygencie” (1978). W tym drugim filmie partnerował jej ówczesny mąż, Andrzej Seweryn. Małżeństwo szybko się rozpadło. Według krążącej wtedy plotki, ta niedopasowana, nieharmonijna, skłócona na ekranie para była poniekąd odbiciem prywatnego życia obojga aktorów. Po tym związku pozostał jednak utalentowany owoc, Marysia, dziś ceniona aktorka i właścicielka „Och-Teatru”, Maria Seweryn.

Nagrody sypnęły się lawinowo

Ról filmowych i serialowych zagrała Krystyna Janda ponad sześćdziesiąt. U Andrzeja Żuławskiego, Piotra Szulkina, Edwarda Żebrowskiego, Janusza Kijowskiego, Waldemara Krzystka, Krzysztofa Kieślowskiego, Yves Boisseta. I znów bardzo szybko los rzucił ją w filmowe przedsięwzięcia, które los wpisał w historię polityczną Polski. W 1981 roku ponownie zagrała Agnieszkę. Tę samą, ale nie taką samą. O kilka lat starszą i znacznie dojrzalszą. Zagrała ją w „Człowieku żelaza”, tym – jak byśmy dziś powiedzieli – sequelu „Człowieka z marmuru”. Wajda nakręcił go na fali wydarzeń po Sierpniu 1980 roku i odniósł ogromny, prestiżowy sukces – Złotą Palmę na Festiwalu Filmowym w Cannes w 1981 roku. W tym samym mniej więcej czasie Janda zagrała główną rolę ofiary stalinowskich represji w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Po burzliwej kolaudacji, która odbyła się w stanie wojennym, film powędrował „na półkę”, czyli otrzymał zakaz rozpowszechniania. Krążył jednak wśród posiadaczy odtwarzaczy wideo w nielegalnie wykonanych kopiach. Za tę rolę dostała aktorka indywidualną nagrodę w Cannes. Dopiero jednak w 1990 roku, prawie 10 lat po powstaniu filmu.

Te dwa utwory, a także powstały w 1987 toku film „W zawieszeniu”, ugruntowały pozycję Jandy jako aktorki „obywatelskiej”, nie tylko wykonującej swój zawód, ale w jakimś stopniu zaangażowanej w sprzeciw wobec panującego systemu. Na początku lat osiemdziesiątych miała już markę aktorki międzynarodowej i zagrała szeregu filmów francuskich i niemieckich. Zaczęły się też na nią sypać, niemal lawinowo, prestiżowe nagrody artystyczne z całego świata. W 1998 roku w plebiscycie tygodnika „Polityka” uznano ją za jedną z najwybitniejszych aktorek XX wieku. Nić dziwnego. Poza kunsztem artystycznym, Janda swoim aktorstwem sygnalizowała emocje, niepokoje, lęki i obsesje końca XX wieku. Nie tylko polskie.

Ale Janda była i jest artystką nienasyconą. Odkryła w sobie pasję śpiewania. Jej słynna, zabawna „Guma do żucia” wykonana w latach siedemdziesiątych na festiwalu piosenki w Opolu była tylko przygrywką do rzeczy poważniejszych. I to z nich złożyła aż sześć płyt. Zdążyła też napisać pięć książek, głównie felietonowych. W 2000 roku odbyła jedną z najdłuższych tras teatralnych w historii polskiego teatru, pod hasłem „Sto twarzy Krystyny Jandy”. Ale i to jej nie wystarczyło. W 2005 roku otworzyła swoją własną, prywatną scenę – Teatr Polonia. Stał się jedną z najpopularniejszych scen teatralnych w kraju, a jego ostatnie dzieło, „Boska!” święci rekordowe triumfy i będzie dziś na żywo emitowany w Teatrze Telewizji.

Trudno zmierzyć jej dorobek

O Krystynie Jandzie niełatwo jest pisać. Jej dorobek artystyczny mierzony liczbą zagranych ról, prac reżyserskich, otrzymanych nagród, wydanych płyt i książek, aktywnością społeczną jest tak kolosalny, że rozsadza ramy każdego tekstu. Trzeba więc na tym poprzestać, a do ogromu szczegółów odesłać zainteresowanych przede wszystkim do internetu, pod hasło: „Krystyna Janda”. Bo w przypadku Krystyny Jandy nie wiadomo, co w pierwszej kolejności podziwiać: jej liczne talenty, z menedżerskim włącznie, czy niezwykłą siłę, niewyczerpaną energię.

Warto jednak wspomnieć o niezwykłej postaci Krystyny Jandy także w kontekście jej dramatycznych doświadczeń osobistych. W 2009 roku pojawił się na ekranach film „Tatarak” Andrzeja Wajdy, według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Grająca tym filmie rolę główną Janda zdobyła się na rzecz niezwykle przejmującą i jednocześnie bardzo odważną. Opowiedziała, jako dygresję poza przebiegiem właściwej akcji, o okolicznościach związanych z chorobą nowotworową i śmiercią jej męża, wybitnego operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego. Z czegoś, co mogło grozić osunięciem się w ekshibicjonizm, uczyniła delikatną i mądrą opowieść o miłości. To kolejne zwycięstwo Krystyny Jandy. Ile ich jeszcze nie będzie? Nie wiemy. Nie wie tego być może ona sama.

Dzisiejsze, żywe spotkanie Krystyny Jandy z Teatrem Telewizji to uwieńczenie 37 lat współpracy, od 1974 roku. Od tego czasu zagrała w kilkudziesięciu przedstawieniach. W 2000 roku ta współpraca nabrała jednak nowej jakości, bo Janda zaczęła w TTV reżyserować. Zaczęło się od inscenizacji „Fizjologii małżeństwa” według utworu Honoriusza Balzaca. W kolejnych latach wyreżyserowała dla telewizyjnej sceny (jednocześnie grając w tych spektaklach) „Klub kawalerów” i „Śluby panieńskie” Aleksandra Fredry, „Zazdrość” Esther Vilar, „Opowieść o życiu i śmierci” Krzysztofa Bizio, „Związek otwarty” Dario Fo, „Małe zbrodnie małżeńskie” Erica Emanuela Schmitta, a ostatnio, w marcu 2011 roku, „Rosyjskie konfitury” Ludmiły Ulickiej.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.