27
Sierpień
2015
23:08

Krem – Janda

KREM numer 1  wywiad.

– Mówi Pani, że najczęściej zadawanym pytaniem przez dziennikarzy jest: „Czym nas jeszcze Pani zaskoczy?” Zatem teraz z całą pewnością znowu zaskoczyła nas Pani! Skąd pomysł, by zostać współudziałowcem nowej firmy kosmetycznej? Jak to się wszystko zaczęło?

 

Lata temu. Od czasu znajomości, a potem przyjaźni, z Jarkiem Cybulskim, który był szefem w firmie Soraya. Ja też kiedyś z tą firmą współpracowałam. Najpierw zrobiliśmy reklamę jednego, potem drugiego, trzeciego kremu. Używałam ich ale zaczęłam mieć swoje  preferencje. No i zaprzyjaźniliśmy się. W końcu, przyszłam do Jarka i powiedziałam: „Zróbcie krem tylko dla mnie”. Taki co to działa na wszystko i to wszystko jest w jednym opakowaniu. Powiedziałam pamiętam, zrób dla mnie „krem na wszystko”. ( śmiech). Muszę tu powiedzieć, że potrzeby mojej skóry są bardzo specyficzne. Jestem aktorką,  w ciągu dnia czasem muszę mieć nałożone nawet trzy zupełnie różne makijaże. Zmywam makijaż  prawie każdego dnia po spektaklu, koło północy, maluję często już o siódmej rano, do zdjęć. Kiedy tylko mogę żyję i pracuję zupełnie bez makijażu i marzę o dobrym wyglądzie gołej skóry, której nie trzeba za wszelka cenę kamuflować.  Podczas moich podróży po świecie, kiedy miałam więcej czasu,  przez wiele lat poszukiwałam kosmetyków idealnych dla mnie. Komponowałam zawartość mojej  kosmetyczki latami i mniej więcej wiem, czego potrzebuję, czego prawdopodobnie potrzebuje każda kobieta w moim wieku. A w każdym razie co służy skórze.

 

– Powiedział pani, zrób dla mnie krem…i co było dalej?

Kiedy Jarek pewnego dnia odszedł z koncernu, spotkał się ze mną zaproponował mi, byśmy razem zrobili kosmetyki na bazie moich potrzeb i pomysłów,  dla kobiet dojrzałych i wymagających. Powiedział, że chętnie wyprodukowałby, wykreowałby  kosmetyki  o nazwie JANDA.

 

– Jak Pani zareagowała? Co Pani wtedy pomyślała?

Miła pani… jak ktoś przychodzi do ponad 60-letniej kobiety i mówi jej, że chce zrobić kosmetyki z jej nazwiskiem w logo, to moim zdaniem jest… szaleńcem! (śmiech) Ale tak mówiąc serio, na początku w ogóle mnie to nie zajęło, jakoś nie przywiązałam do tej propozycji należytej wagi. . Pomyślałam sobie, że tak naprawdę wolę mieć krem, który mi odpowiada, znajdę go sobie  i nie chciałam żeby mi nikt nie zawracał głowy takim  „biznesem” na którym się  nie znam. No ale Jarek…jest miły, spokojny, cichy i spokojnym łagodnym głosem drąży skały ( śmiech).

 

– Podobno kilka  razy odmawiała takim pomysłom? Kilka osób już chciało Pani nazwiskiem firmować swoje produkty. Co sprawiło, że w końcu dała się Pani przekonać?

Kieruje mną ciekawość, przyjaźń i chęć zysku na spokojniejsze, dzięki temu,  lata starości. Rozumiem że razem z moim starzeniem się będą kremy 60+, 70+, 80+, 90+ i tak dalej. Ale będą też pierwsze kremy dla dziewcząt które mają problemy ze skórą , jak ja kiedyś. Że będą to kosmetyki dla wszystkich, czyli niezbyt drogie. …To wszystko jest miłe, nieangażujące nadmiernie jak się okazało, wiedziałam że Jarek inwestuje w to przedsięwzięcie dorobek życia i całą swą niemałą wiedzę w tej dziedzinie. I w to wierzy, co najważniejsze. Po pierwszych reklamowanych przeze mnie kremach , sprzedawczynie w drogeriach mówiły  mi, że przychodzą kobiety i nie pytają o  krem , który reklamowałam, tylko mówią: „Poproszę ten krem Jandy.”  Jarek też to wiedział.  Któregoś dnia spytał, jaki tak naprawdę powinien być kosmetyk, o którym mogłabym powiedzieć, że jest w stu procentach mój. No i zaczęłam mówić, mówić, narzekać…..i  się w to wciągnęłam!

 

– Razem tworzyliście recepturę?

Nie! Nie jestem chemikiem, nie znam się na tym wszystkim. To on jest chemikiem z wykształcenia. Otworzyłam przed nim swoją kosmetyczkę i zaczęłam opowiadać, że chciałabym mieć krem: na twarz, na powieki, na szyję. Koniecznie w jednym pudełku. Kosmetyk, który można używać rano, w południe, w nocy. I żeby był lekki i działał szybko i świetnie. Nie lubię tych setek pudełek, tubek… wiesz mówiłam, ja nie mam czasu, nie lubię całego tego pindrzenia, kremologii, zawracania głowy, zawsze kremem do twarzy, nawet najdroższym,  smarowałam też ręce i co tam chcesz, bo nie zawracałam sobie głowy odkręcaniem nowego słoika… I  ten spokojny mężczyzna, specjalista od kremów,  Jarosław Cybulski cierpliwie słuchał, a potem postanowił zrobić dla mnie taki produkt, krem który będę mogła nosić w torebce, używać nawet w ciągu dnia na makijaż żeby odświeżyć skórę. Tak powstał „krem nr jeden”. Potem dostawałam próbki, próbki, testery, wersje, lżejsze , cięższe kremy , różowe, białe, pachnące  i neutralne i wybrałam…Dziś mam go zawsze przy sobie.

 

– Dlaczego zaufała Pani akurat Jarkowi?

 

Jarek podoba mi się jako człowiek. Jest fajnym, skromnym,  logicznie myślącym facetem. Takim bez fajerwerków! Jest w nim coś bardzo ludzkiego. I koniec. Znałam jego współpracowników, wiedziałam, że jako szef jest lubiany, bardzo dobrze współpracuje z ludźmi. Niewymuszenie. To wszystko było  przyjazne.

 

– Słyszałam, że przed laty pierwsze kremy kręciła dla Pani… mama. To prawda?

 

O tak. Trzeba powiedzieć że miałam prawie całe życie kłopoty z cerą. Widać moje „krosty” i problemy choćby w pierwszych filmach w  „Człowieku z marmuru”.  Urodziłam się w 52 roku kiedy do dyspozycji był krem Nivea i krem zimowy czy krem górski,  jeśli dobrze pamiętam nazwy. Wszyscy lekarze dermatolodzy mieli wtedy swoje receptury na kremy i przepisywali je na receptach.  Kiedy  byłam nastolatką, a potem młodą dziewczyną – studentką szkoły teatralnej, walczyłam ze swoja skórą na oślep.  Swego czasu zorganizowali nawet znajomi lekarze konsylium na mój temat, a ponieważ zawsze byłam osobą szalenie energiczną i emocjonalną, powiedzieli mojej mamie, że mam nerwicę naczyń krwionośnych. Jakieś takie coś. (śmiech). Odkąd więc pamiętam kremy dla mnie robiły przyjaciółki mojej mamy, farmaceutki z apteki, w której pracowała. Do tej pory pamiętam, jak kręciły w białych moździerzach te tajemnicze substancje. W rezultacie powstawał kosmetyk, który miał miły zgrzebny zapach, aptecznym pudełeczku, nie zawierał konserwantów, łatwo się wchłaniał i wszystkie wierzyłyśmy w niego jak w cud, używałyśmy je potem wszystkie. ( śmiech). Kiedy przyszedł do mnie Jarek, w oczach stanęło mi zaplecze tej apteki sprzed lat i wszystko, co się tam działo. Mama do dziś mówi że chciałaby mieć tamten krem. Śmiejemy się wtedy obie.

 

– Ten krem sprzed lat był dobry?

Świetny! Do tej pory pamiętam też, że jak jeździłam po świecie, to gdy tylko miałam zaognioną skórę, szłam do apteki i dawałam różowy paseczek, na którym polskie farmaceutki zapisały mi jego skład. Więc kiedy dostałam propozycję od Jarka, wszystko to stanęło mi w oczach i pomyślałam: „Dobra, niech będzie!” Tylko sobie nie zdawałam sprawy, co znaczy to JANDA na pudełku.

 

– Jak Pani zareagowała, gdy zobaczyła już gotowy produkt?

Kiedy zobaczyłam opakowania z napisem JANDA, doznałam lekkiego wstrząsu. Poza tym wszystko wydawało mi się za ozdobne, za bogate. Bo mi zależało na tym, by te kosmetyki kojarzyły się ludziom z czymś na wyciągniecie ręki, że są dobre i po prostu działają. Opakowanie miało dla mnie drugorzędne znaczenie, wydawało mi się że powinno być proste, techniczne, skromne. W rezultacie  i tu oddałam się wieloletniemu doświadczeniu Jarka. Jest ładne.  No i trzeba napisać na nim  te wszystkie informacje! To tak jak z plakatami w teatrze , najładniejsze są bez tej pisaniny na nich. No ale trzeba „poinformować” też.

 

– Dziś koncerny farmaceutyczne obiecują kobietom bardzo dużo: likwidację zmarszczek w 90 %, odmłodzenie totalne.

Podczas rozmów w firmie ustaliliśmy, że nie będziemy nikogo karmić nadmiernymi obietnicami. Poza tym, kobiety nie są ani naiwne ani nie są głuptasami. Szczególnie kobiety dojrzałe. Wiele już w życiu przeszły, wiele kosmetyków wypróbowały. Chcę, by nasze obietnice były wymierne.

 

– Jakie jest wasze wasze hasło przewodnie?

„Bądź prawdziwa.” Proste! To też moje hasło. Od dawna. Ale musiałam do niego dojrzeć i coś osiągnąć żeby sobie na nie pozwolić. Jestem dumna z tego że mogę spokojnie je stosować.

 

– Właśnie za tę prawdziwość wszyscy Panią dziś cenimy!

Jestem kobietą 62 letnią. Aktorką. Osobą publiczną. Szefową Fundacji , mówią o mnie kobieta – instytucja, autorytet. Wciąż jestem bardzo aktywna, wciąż mam entuzjazm do życia , pracy, ludzi,  wszystko to we mnie nie słabnie, i wciąż muszę gasić swoje emocje i entuzjazmy, żeby w tym konwencjonalnym świecie i kraju utrzymać pozycję, wydawać się dorosła i odpowiedzialna ( śmiech). Ale „bądź prawdziwa” – stosuję od dawna i to jest wolność i przyjemność. A z konsekwencjami bycia prawdziwą , muszę sobie poradzić. ( śmiech) Poza tym, nie muszę się podobać wszystkim, wszystkim podobają się ludzie bez właściwości, jak ja to nazywam, albo grający w orkiestrze, a ja jestem solistką, zawsze byłam. Ale to prawda , dla mnie luksus polega także na tym, by móc być naturalną, nieumalowaną. Jak nie gram i nie potrzebuję mocnego makijażu, nakładam na skórę tylko krem. Niech pani na mnie spojrzy,  dziś nie mam na twarzy podkładu, mam tylko krem i umalowane rzęsy. Mój krem musi więc być taki, by mnie zbierał „do kupy”. (śmiech) Jak napisał Aleksander Fredro – „Kobieta to… coś tak razem”. Uwielbiam twarze bez makijażu. Naturalna i goła skóra, z którą dobrze się czuję, to właśnie luksus! Właśnie na tym polega idea naszych kremów: by móc w nich i po nich, pokazać się z „nagą twarzą”.

 

– Zauważyłam, że niedawno zrezygnowała Pani z farbowania włosów.

O, cztery lata temu. Ale powodów było wiele. Miałam dosyć tych jajecznic na głowie, tych słom, tych …nie ważne. Dobry blond, szlachetny, są trudne do osiągnięcia. A poza tym…( nie cierpię peruk) a jak grać i oglądać, jakiekolwiek historyczne, kostiumowe , z epoki role z tymi sztucznymi blondami  na głowie,  z kolorem, który tak naprawdę zaczęła promować dopiero Marylin Monroe. (śmiech). Kobiet, naturalnych złotych blondynek jest stosunkowo mało. Zazdrościmy im wszystkie. Ja jestem tzw. szarą blondynką  z natury,  czyli miałam na głowie zawsze coś w kolorze szarego błota. Dlatego już pierwszy film, ufarbował mnie na blond. Ale teraz w szarość pojawiły się białe włosy. Pieprz z solą jak to ładnie nazywają. A poza tym….Bądź prawdziwa. Nigdy nie zapomnę, jak kilka lat temu weszłam do banku w Nowym Jorku. Oniemiałam, bo żadna z pracujących tam kobiet nie farbowała włosów. Dyrektorka banku okazało się zjawiskowo piękną 60-letnią panią o siwych włosach. Pomyślałam wtedy sobie, że jest w tym nieprawdopodobna elegancja i godność. Podoba mi się takie nieprzejmowanie się tym ogólnoświatowym owczym pędem za młodością. Odbieram to dziś  nie najlepiej. Chociaż co chwila ktoś , jakaś produkcja , charakteryzatorka, reżyser, chce mnie ufarbować na nowo. No zobaczymy czy mi się uda przemknąć w naturalnych włosach dalej. Jestem jednak aktorką.

 

– Ale dziś wiele aktorek ostrzykuje się botoksem, unieruchamia czoła, powiększa biusty…

Ależ trudno się temu dziwić. Nasze ciało, twarz, sylwetka, wygląd,  jest naszym warsztatem pracy. Aktorkom wiedzą, że dzięki takim zabiegom będą mogły dłużej pracować i dostawać atrakcyjne role. Liczą, że nie będą musiały przejść do grania „babć” co znaczy także drugoplanowe  i trzecioplanowe postaci. Przecież o babciach w Polsce nie opowiada się historii. U nas opowiada się tylko o kobietach w pełni sił a i o nich rzadko. Jeden z moich znajomych reżyserów robiąc obsady mówi: – potrzebuję aktorek w wieku rozrodczym! Nieźle, prawda?.  Więc ja się nie dziwię tym gorączkowym a czasem rozpaczliwym zabiegom wielu aktorek Czuje z nimi solidarność i bliskość. Martwią się że wypadną z gry.

 

– Pani się o to nie  martwi?

Nie wiem. Chyba się martwię w granicach rozsądku. Nie udaję, że mam mniej lat niż mam. A przecież kobieta w każdym wieku może wyglądać dobrze,  niż nie udając. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, na szczęście od dawna, sama sobie wybieram role i stworzyłam scenę na której  gram. I będę grać dopóki ludzie będą mnie chcieli oglądać i ani dnia dłużej. Do tego potrzebny jest też „ wygląd” . No ale to jasne. Dbanie o siebie, zdrowy tryb życia, dobry gust, pewność siebie, wiara w siebie, optymizm, otwartość, nieobciążanie innych swoimi niepowodzeniami, sukcesy, drobne nawet, zawodowe i osobiste, gotowość na wiele , tolerancja, zgoda na to co niesie los i radzenie sobie z tym,  to daje dobry wygląd. To daje klasę. To daje atrakcyjność. No i do tego …tylko  dobry krem.( smiech) Twarz pokazuje kim jesteś, jakim jesteś człowiekiem i jak myślałeś całe życie. Pretensje, złość , nienawiść, niechęć, zaciętość, nietolerancja, małostkowość i żal do wszystkiego i wszystkich daje twarz, której nie poprawią żadne kosmetyki, zabiegi ni szminki. Ale,  wracając do wieku i zawodu. Tak naprawdę dziś niewiele aktorek gra w wieku 70 lat. Bo reżyserzy nie chcą o nich opowiadać , jest mało historii o nich. Ale to się zmieni. Za chwilę w Polsce będzie 10 milionów ludzi po wieku „produkcyjnym” , na emeryturze. To armia odbiorów sztuki o innej tematyce i formie. Także armia potrzebująca pomocy i porady jak żyć, co stosować, kim być czy jakim być. To się już dzieje od dawna na świecie, także widać to po aktywności aktorek w wieku dojrzałym,  myślę tu o Meryl Streep, Maggie Smith, Hellen Mirren czy wielu , wielu innych . I proszę zauważyć ,  one nie udają ze są młodsze.  I to się podoba. Większości.

 

– Czytałam w wywiadzie sprzed lat, że Pani grając jeszcze w „Człowieku z żelaza”, myślała o sobie, że jest brzydka. Przez lata musiała Pani nabrać pewności siebie.

(pauza) Ależ ja zawsze tak myślałam i myślę o sobie. Absolutnie! Jak gram jakaś postać, to mogę schować się z nią. Prywatnie, nigdy nie byłam specjalną fanką siebie( śmiech). Ale może nie powinnam tego mówić. Jaka to będzie reklama? (śmiech). Przede wszystkim to nie jest sprawa wieku. Jestem admiratorką wielu starych,  naprawdę starych kobiet, ich urody. Zjawiskowej urody.

 

– Dla jakich kobiet skierowane są kosmetyki JANDA?

Dla kobiet dojrzałych. Od 35 roku w górę. Bardzo mi się podoba, że niektóre receptury przygotowano dla pań nawet 70 +. To rzadkość na polskim rynku!

 

– Pani od lat prowadzi bloga, regularnie odpisuje na listy czytelniczek.  Dlatego chcę spytać, jakie kobiety do Pani piszą?

Skomplikowane. Nieszczęśliwe i bardzo szczęśliwe. Piszą naprawdę nieźle i nie są ani naiwne ani niemądre.  Chcą być szanowane kochane, docenione. Mają w stosunku do siebie wiele wątpliwości i to jest też ważne. No i tych listów wynika że ironiczne zdanie Jeremiego Przybory – Kobieta to najlepszy przyjaciel człowieka – jest aktualne. Choć kobieta z każdym rokiem w Polsce to także Człowiek.

 

– Skomplikowane kobiety?  Chyba nie wszystkie są takie.

Mówi się o kobietach, generalizując. A ja, co wieczór stoję na scenie  w teatrach gdzie na widowni są głównie kobiety. Prowadzę od 2000 roku swoją stronę internetową z bardzo aktywnym forum odpisując na listy, widzę na co kobiety reagują, co im się podoba, co je śmieszy,  co wzrusza. Nie odważyłabym się powiedzieć, jakie one są. Każda jest inna, każda ma jakieś bardzo specyficzne poczucie godności, sprawiedliwości i miłości. Polskości także i kobiecości nie zapominajmy.

 

– Zaskoczyła mnie Pani. Myślałam, że powie Pani, że czterdziesto- i pięćdziesięciolatki narzekają na to, że nie ma dla nich pracy, a te po sześćdziesiątce, że traktuje się je już tylko w kategoriach babć i opiekunek dla wnuków.

Nie wiem. Ja tak nie powiem , bo nie mam dookoła siebie takich kobiet albo jest ich w moim otoczeniu niewiele. Prawie wszystkie moje znajome to osoby o szerokich horyzontach, aktywne, atrakcyjne, samodzielne, zaradne, silniejsze często niż ich dzieci i wnuki,  bardzo często. Nowoczesne, co ważne, cokolwiek się rozumie pod tym określeniem. Wydziała Pani wczoraj Paradę Starości? ! Ja byłam zachwycona. Moja mama która ma 87 lat jest nadzwyczajna , wie czego chce, rozumie ludzi, i ich akceptuje ze wszystkimi upodobaniami i słabościami, lubi ten świat, wie co jej potrzebne  a także na co już nie ma siły ani co jej już nie pasuje, jak się to popularnie mówi. I nie udaje nic. A kobiety piszą do mnie ? że mają problemy z trzecim związkiem (śmiech). Albo że nauczyły się żyć teraz w samotności i sprawia im to ogromną satysfakcję. Dużo kobiet opowiada mi, jak zawiodły się na mężczyznach, ale że to je nie załamało. Oceniają bardzo surowo siebie, swoją naiwność, łatwowierność. Ale idą dalej! Mówią też, że wymyśliły nowy program na resztę życia i że dopiero teraz zaczęły podróżować albo nie wiem….pomagają innym, są wolontariuszkami w hospicjum. To jest niesamowite! Gramy, nasza Fundacja, na powietrzu spektakl uliczny „ Starość jest piękna” według Esther Vilar. Na widowni siada wile starszych osób. W Och-Teatrze gramy spektakl „ Czas nas uczy pogody” na scenie ludzie 60+ śpiewający . Chciałbym żeby Pani zobaczyła te widownię, jak reagują. Jak na koncercie rockowym!

Przed laty sprzedała Pani dom w Warszawie, by zainwestować pieniądze w otworzenie teatru. Jarek Cybulski, decydując się na produkcję kosmetyków JANDA, sprzedał akcje w koncernie i zainwestował wszystkie pieniądze w nowy biznes. Czuje Pani presję?

Postawił wszystko na swoją wiedzę, doświadczenie, chęci i….moje nazwisko. Ale w tym, co on robi, widzę pasję. A tylko tak można osiągnąć sukces! To jest firma absolutnie polska. Na przykład nazwy wszystkich trzynastu kosmetyków z linii brzmią bez udziwnień, po polsku. Żadne  „ultrapresige”, tylko „żelazko dla zmarszczek” albo zwyczajnie: „krem nr jeden”. Ale presję czuję. Nie, chyba jednak bardziej ciekawość.

 

– Czy Pani te wszystkie kosmetyki testowała na sobie?

Przez rok: od pierwszych wersji, po ostatnie. Rozmawialiśmy o kolorze, konsystencji, działaniu, skuteczności. Do teatru przyjeżdżały tydzień w tydzień maleńkie próbki w białych ascetycznych opakowaniach, prosto z laboratorium. Jedne były za tłuste, inne za lekkie. I powiem szczerze, że dopiero po trzech miesiącach, zadzwoniłam do Jarka i powiedziałam: „To jest naprawdę dobry krem, ten, który przysłałeś teraz”.

 

– To ile to wszystko będzie kosztować?

Podczas pierwszych rozmów postawiłam warunek, że te kosmetyki mają być dobre, ale jednocześnie nie mogą być drogie. Że nie chcę swoim nazwiskiem firmować czegoś, co nie jest dostępne dla prawie wszystkich!

 

– Obietnica została dotrzymana?

Po kilku tygodniach dowiedziałam się, że trzeba importować takie coś…, taki składnik, który jest bardzo trudno uzyskiwalny i drogi. On jest kluczowy dla naszej serii, bo dzięki niemu zmarszczki zostają widocznie spłycone. Trochę się wtedy martwiłam, co będzie dalej. Ale na szczęście udało się pokonać te wstępne problemy i dziś za krem JANDA nr. 1 zapłacimy około 50 złotych.

 

– Słyszałam, że nad formułą kosmetyków pracowano w polskim laboratorium. A gdy już ukończono recepturę, laborantki były przekonane, że tak dobry krem z tak wieloma aktywnymi komponentami, musi kosztować co najmniej 200-250 złotych. Zdziwiły się, jak usłyszały prawdziwą kwotę.

Powiem tak, ja nie wiem, co tam jest w środku. Ale wiem, że działa!

 

Nie miała by Pani ochoty teraz trochę zwolnić tempo. Zagrać może dwie role rocznie i wyjechać na bardzo długie wakacje.

Nie! Co za koszmarny pomysł! Na wakacjach, czytam, oglądam, myślę kombinuję co dalej, co nowego, co teraz . Prawie co roku podczas wakacji uczyłam się nowej roli na pamięć. Tak będzie i w tym roku. Lubię pracować. Granie jest moim życiem. Nie wyobrażam życia bez pracy. I bez nowych pomysłów też.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.