09
Luty
1992
19:02

KOTKA NA ROZPALONYM BLASZANYM DACHU - 1992. Rola - Margaret

zobacz więcej zdjęć (13)

Kotka na rozpalonym blaszanym dachu

Premiera 09.02.1992 w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera

Autor: Tennessee Williams

Przekład: Kazimierz Piotrowski

Reżyseria: Andrzej Rozhin

Scenografia: Anna Maria Rachel

OBSADA:

Margaret – Krystyna Janda

Brick – Piotr Machalica

Mae – Daria Trafankowska

Matka – Mirosława Dubrawska

Ojciec – Henryk Machalica

Gooper – Zygmunt Sierakowski

Doktor Baugh- Gustaw Lutkiewicz

Dzieci – ****

 

RECENZJE/ARTYKUŁY:

Premiera w Powszechnym

9 lutego o godz. 19 odbędzie się w Teatrze Powszechnym premiera „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu” T. Williamsa w reż. Andrzeja Rozhina i scenografii Anny Marii Rachel. W roli głównej (Margaret) wystąpi Krystyna Janda, jako jej mąż – Piotr Machalica, ojciec – Henryk Machalica, matka – Mirosława Dubrawska, a poza tym Daria Trafankowska, Zygmunt Sierakowski, i Gustaw Lutkiewicz. „Kotkę” oglądamy po raz pierwszy w Warszawie.

mok

Życie Warszawy nr 30

06-02-1992

 

Krystyna Janda w „Kotce…”

Po raz pierwszy warszawska publiczność zobaczy Kotkę na rozpalonym, blaszanym dachu Tennessee Williamsa, autora tak popularnych sztuk, jak Szklana menażeria czy Tramwaj zwany pożądaniem.

Premiera Kotki… odbędzie się 9 bm., w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hubnera.

W roli głównej wystąpi Krystyna Janda, której partnerują; Mirosława Dubrawska, Piotr Machalica, Henryk Machalica, Daria Trafankowska, Gustaw Lutkiewicz i Zygmunt Sierakowski.

Reżyserem przedstawienia jest Andrzej Rozhin, scenografię zaprojektowała Anna Maria Rachel.

M.K.

Nowa Europa nr 5

07-02-1992

 

 Janda na blaszanym dachu

WARSZAWA. 9 lutego, w Teatrze Powszechnym premiera Kotki na rozpalonym, blaszanym dachu, słynnej sztuki Tennesee Williamsa, w wersji ekranowej znanej dzięki roli Liz Taylor. W Powszechnym „kotką” jest Krystyna Janda. Spektakl wyreżyserował Andrzej Rozhin, grają m.in. Mirosława Dubrawska, Daria Trafankowska, Henryk i Piotr Machalicowie, Gustaw Lutkiewicz.

Glob 24 nr 27

07-02-1992

 

Janda na rozpalonym dachu

Wczoraj w Teatrze Powszechnym odbyła się premiera „Kotki na rozpalonym, blaszanym dachu” Tennessee Williansa. W tej napisanej w 1955 r., bulwersującej obyczajowo sztuce święciła niegdyś triumfy Elizabeth Taylor. W Powszechnym wystąpiła Krystyna Janda, a obok niej Mirosława Dubrawska, Daria Trafankowska, Henryk Machalica, Gustaw Lutkiewicz, Piotr Machalica i Zygmunt Świerzawski. Reżyseria Andrzeja Rozhina, scenografia Anny Marii Rachel.

im

Express Wieczorny nr 28

10-02-1992

 

 Gotowa do skoku

Ten przebój lat pięćdziesiątych (a i późniejszych) grany jest w Warszawie po raz pierwszy. Fabuła „Kotki” nie jest niczym oryginalnym. Problemy przyszłych spadkobierców z uzyskaniem fortuny po spodziewanej śmierci ojca czy też kłopoty bohaterki sztuki spowodowane brakiem kontaktu seksualnego z mężem – to wydawałoby się za mało na taką popularność, jaką cieszy się sztuka Wiliiamssa, od 37 lat wędrująca po scenach świata. A jednak. Wielką zaletą tej sztuki jest świetna charakterystyka postaci, doskonale napisane role. Trzy, z nich wymagają wybitnego aktorstwa: Margaret (tytułowa kotka), Brick (jej mąż) oraz ojciec Bricka. W tych rolach – zarówno w wersjach teatralnych, filmowych jak, i telewizyjnych – występowali najwybitniejsi, aktorzy świata.

W inscenizacji Andrzeja Rozhina gra czołówka naszego aktorstwa: Krystyna Janda (Margaret) oraz junior i senior Machalicowie, jako sceniczny syn i ojciec. Ale spektakl aktorsko zagarnęła Janda. Pierwszy akt jest jej. I tylko jej. Temperament aktorski i osobisty, żywiołowość i nerwowość ruchu, a zarazem najautentyczniejsza naturalność. Jej Margaret jest drapieżną kotką, gotową do skoku z rozgrzanego do gorąca dachu. Posiada instynkt i przebiegłość, jest sprytna, energiczna, bystra, agresywna, ale też ma wdzięk i usprawiedliwienie ze strony widza dla swojej agresji. Bo jest to agresja wynikająca z niespełnienia. Ta kotka wszak nie posiada kociąt. Brick nie odpowiada na jej miłosny zew.

Janda pochłania całą sceniczną rzeczywistość. I trudno się dziwić, że w I akcie Bricka nie ma, choć fizycznie obecny jest na scenie. Nawet kiedy on mówi, widz nie odrywa oczu od Margaret – Jandy. Bo właściwie odnosi się wrażenie, że te dwa światy: sceniczny i rzeczywisty, wzajemnie się przenikają. Świadczy to – można powiedzieć – o pokrewieństwie osobowości, psychiki. Jeśli idzie o środki wyrazu uzewnętrzniające stan ducha i uczuć jej bohaterki, to Krystyna Janda odwołuje się w tym spektaklu do swoich poprzednich doświadczeń aktorskich, zwłaszcza w „Dwoje na huśtawce”, czy o wiele wcześniejszej „Edukacji Rity”.

Piotr Machalica gra Bricka na zbytnim wyciszeniu. Jego bohater to alkoholik, jest słabszy psychicznie od Margaret, przeżywa kryzys osobowości i swoją ucieczkę, w alkoholizm usprawiedliwia obrzydzeniem na panujące wokół zakłamanie. Mało to przekonywające.

Drugi akt to właściwie pojedynek między ojcem a jego ulubionym synem. U Williamsa ojciec jest postacią, o bardzo wyraziście naszkicowanych cechach. To arogancki, apodyktyczny, poirytowany swoją chorobą starzec. Swoim despotyzmem i „parszywym” charakterem potrafi uprzykrzyć życie rodzinie. A przy tym jest uczciwy Henryk Machalica, nawet w scenie największej złości, swoim sposobem bycia bardziej przypomina jednak dobrze ułożonego starszego pana, aniżeli gburowatego, niesympatycznego jegomościa o „parszywym”‚ charakterze. Niestety, to jednak ma swoje konsekwencje w budowaniu napięcia w II akcie. Tempo gry, dynamizm aktu pierwszego, opada w akcie drugim, trochę „przegadanym”. Konfliktowa sytuacja w scenie rozmowy ojca z synem nie uzyskuje takiego napięcia dramaturgicznego, jakiego można by oczekiwać po zderzeniu tych dwóch postaci.

Mimo tych drobnych uwag jest to udany, sprawnie, z lekkością wyreżyserowany spektakl, który ma wszelkie atuty, by stać się przedstawieniem obleganym przez publiczność.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

Życie Warszawy nr 35

11-02-199

 

 Kotka antychadecka

 Teatr Powszechny w Warszawie: Tennessee Williams – Kotka na rozpalonym blaszanym dachu, przekład: Kazimierz Piotrowski, reżyseria: Andrzej Rozhin, scenografia: Anna Maria Rachel Premiera 9 lutego 1992 r.

«Nie ma wątpliwości: to jest teatralny przebój sezonu! Licząca sobie 37 lat sztuka Tennessee Williamsa brzmi świeżo, mocno, aktualnie. Silna stawka aktorska jest zdumiewająco wyrównana. Na tym tle – prawdziwa gwiazda, która ściąga do teatru tłumy widzów. Margaret w Kotce na rozpalonym dachu grywały Elizabeth Taylor, Natalie Wood i Jeanne Moreau, ale Krystyna Janda wnosi na scenę intensywność tak obezwładniającą, że wspomnienie o poprzedniczkach pierzcha bezpowrotnie.

Janda jest świetną aktorką – nie ma co do tego wątpliwości – ale posiada również predyspozycje jednoznacznie gwiazdorskie. To sprawia, że premiery z jej udziałem stają się wydarzeniem artystycznym i towarzyskim (i tym razem obecni byli wszyscy). Zaś pod ścianami teatru pojawiają się bladzi młodzieńcy z bukietami kwiatów. Janda jest aktorką, którą można i warto ubóstwiać. Zasługuje na to.

Kotka w Powszechnym to pozycją absolutnie obowiązkowa dla każdego szanującego się teatromana. Andrzej Rozhin poprowadził przedstawienie w sprawnym tempie teatru komercyjnego. To nic, że to dramat, a nie musical. Ten spektakl korzysta z wzorca doświadczeń Broadwayu. Opiera się na aktorach (oprócz fascynującej Jandy poruszająca rola Mirosławy Dubrawskiej jako Matki i doskonały duet Henryka i Piotra Machaliców, jako Ojca i Syna, który zapewne przejdzie do historii polskiego teatru), na efektownej, eleganckiej scenografii, świetnym tekście, budzącym rezonans u publiczności.

Jedynymi widzami, którym nie polecam Kotki, są bojownicy moralności chrześcijańskiej. Nie sądzę, by mogły się im spodobać agresywny ton, zwrócony przeciw świętoszkowatości, kołtuństwu i zakłamaniu; groteskowy, sposób pokazania wielodzietności, ironiczny stosunek do dziecka poczętego; na domiar złego – niewyparzony język niektórych postaci oraz słowa krytyki pod adresem Kościoła. To zestaw śmiertelny dla chadeków. Powinni więc omijać Powszechny.

A publiczność? No cóż, reaguje na owe amerykańsko-libertyńskie prowokacje, jak dawniej na antykomunistyczne kawały: śmieje się, odpręża, bije brawo. Koło się obróciło. Kto inny dziś w Polsce wzbudza lęk. Z kogo innego dowcipkujemy…

Kotka na rozpalonym blaszanym dachu jest uniwersalną przypowieścią o hipokryzji. W Powszechnym – jest też przeżyciem artystycznym. Teatr (w duchu komercyjnym) zachęca do kupienia biletów, wyświetlając wieczorem na ścianie swego frontonu; slajdy, prezentujące sceny ze spektaklu.

Widzom zmotoryzowanym zapewniono bezpieczeństwo, przygotowując miejsca na parkingu strzeżonym (opłata: 10 tys. zł). W foyer czynne są dwa dobrze zaopatrzone bufety, co jest istotne, jako że spektakl trwa dwie i pół godziny. Warto też kupić znakomicie zredagowany program!»

Tomasz Raczek

Nowa Europa nr 7

11-02-1992

 

Kotka – Janda

Teatr Powszechny, „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa -pierwsze, popremierowe przedstawienie, a wiec dla zwykłej, biletowej publiczności. Na scenie „Powszechnego” pojawia sie w ramach cyklu przypomnającego hity lat 50. (takim było też „Dwoje na huśtawce”) i jest pierwszą w Warszawie realizacją tej sztuki. W roli tytułowej, granej zazwyczaj przez największe i najbardziej kasowe aktorki świata (m. in. przez Nathalie Wood czy Elisabeth Taylor) – Krystyna Janda. W roli jej męża – Piotr Machalica. Ponadto grają: Henryk Machalica, Mirosława Dąbrowsko, Daria Trafankowska, Zygmunt Sierakowski i Gustaw Lutkiewicz.

ZEW.

Kurier Polski nr 29

11-02-1992

 

Chyba hit

Tuż pod neonem Teatr Powszechnego im. Zygmunta Hubnera – wielki, podkolorowany i podświetlony slajd z Jandą i Machalicą młodszym. Parking przed teatrem płatny (10 tys.), program z kolorowymi zdjęciami, na kredzie, też 10 tysięcy.

Na scenie pięknie urządzony wielki dom. Z ażurowymi okiennicami, przestronny, salon jak stodoła (jak oni powiększyli scenę?), sypialnia, łazienka, fragment tarasu i werandy. Wierzy się, że to dom plantatora w delcie Missisipi w letni wieczór.

Tennessee Williams (1911-1983) – Kotka na rozpalonym (już nie gorącym? – ale wola tłumacza) blaszanym dachu. Przebój dramaturgii amerykańskiej i światowej z roku 1955. Role, które grywali najwięksi i najlepsi – Liz Taylor, Natalie Wood, Jeanne Moreau, Paul Newman, Lawrence Olivier. Reżyserowali tę Kotkę… i Elia Kazan (premiera w Morosco Theatre w Nowym Yorku) i Richard Brooks (wersja filmowa z Taylor i Newmanem) i Peter Brook (w Paryżu).

Williams czyli psychologia, charaktery, powikłane osobowości, zabłąkane dusze, pokłady zakłamania, zalegające na stosunkach międzyludzkich i… role. Role jak złoto. Do grania dla najlepszych, najbardziej dysponowanych.

Zarzucano Williamsowi czasami kicz. Może i uwierzył – jego depresje mogły być odpowiedzią na wszystko. Ale i wielbiono go, ponad miarę, w miarę – kto wie. Nagrody spadały na niego jak deszcz. Za Kotkę… też wziął trzy – Pulitzera, Koła Krytyków Dramatu i Donaldsona.

W Polsce, choć po Październiku grywano Williamsa wręcz sztandarowo (Tramwaj zwany pożądaniem, Szklana menażeria, Noc iguany, Tatuowana róża), to Kotkę… rzadko (dopiero w 1972 r., w Łodzi, w Powszechnym). Ta teraz, z warszawskiej Pragi, jest pierwszą inscenizacją stołeczną.

Na kryzys, na pogubione wartości, na biedę – fotografia psychologiczna rodziny jaka bywa, a jaka być nie powinna. Rodziny bogatej, a zatem kłopoty na poziomie efektownego suspenseu dla przeciętnego widza. I tam, na szczytach finansowych, chorują śmiertelnie na raka, i tam ktoś ma nadmierne skłonności do swojej płci, i tam się pije nałogowo, wszyscy kłamią, a młode kobiety są nieszczęśliwe i dumne. Słowem, Dynastia prawie.

Ale stop. To krzywda dla Williamsa. Realistyczna i psychologiczna tkanka jego utworów zawiera wiele prawdy syntetycznej i wiele prawdy, by tak rzec, amerykańskiej, z Południa zwłaszcza.

I chyba dobrze wystawiony Williams, to zawsze będzie teatralny (telewizyjny, filmowy) pewniak.

W Powszechnym Andrzej Rozhin lubiący obsadzać Jandę (Edukacja Rity w Ateneum, przed laty), oddał tę rodzinną problematykę Kotki… w ręce doświadczonych aktorów, zaufał ich instynktowi i… wycofał się, dyskretnie na pozycje obserwatora z prywatną kamerą na barku (tak sobie sam filmował premierę).

I króluje aktorstwo imitujące tak zwane życie. Najpierw Krystyna Janda – nerwowa, bezczelna, prawa i przylepna, kobieca na swój zwykły, nieco rozwichrzony sposób. To rola dla niej, to się czuje od pierwszej sceny. I jej wielki, w tym spektaklu, partner – Piotr Machalica (syn Henryka), który gra Bricka, alkoholizującego się syna starego bogacza w wykonaniu ojca – Henryka. Piotr Machalica tworzy wspaniałą kreację. Na ściszeniach, zaniechaniach, pauzach, nieśmiałej nadświadomości. Jego sceny z ojcem są teatrem, o jakim się długo pamięta. A ponadto, bardzo dobrzy: Mirosława Dubrawska – matka, Daria Trafankowska – szwagierka Jandy, Machalica starszy, solenizant, bo to właśnie jego urodziny. Zindywidualizowani, charakterystyczni, a tak ludzcy, jak lubi każdy widz pod każdą szerokością geograficzną. I jeszcze coś – ze sceny parują namiętności, choćby do pieniędzy tylko, ale przecież są i prawdziwe uczucia, takie jak Maggie-Jandy do męża. I ten delikatny posmak dwuznaczności – był, czy nie był homoseksualistą Brick, Machalica junior – ach, jak się to lubi w teatrze, na ekranach…

Cóż, chyba będzie hit.

Na premierze brawom nie było końca.

Teresa Krzemień

Glob 24

12-02-1992

 

 W teatrach

Z pewnością warto wybrać się w najbliższych dniach do Teatru Powszechnego na będący świeżo po premierze spektakl „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa w reż. Andrzeja Rozhina ze wspaniałą rolą Krystyny Jandy, której partnerują Piotr i Henryk Machalica, Daria Trafankowska, Mirosława Dubrawska i in. O spektaklu pisałam szerzej w recenzji zamieszczonej parę dni temu na niniejszych łamach.

Choć premiera „Krzeseł” Ionesco w Teatrze Dramatycznym odbyła się już spory czas temu, tym z państwa, którzy jeszcze nie widzieli tego spektaklu, polecam obejrzenie go głównie ze względu na doskonały duet aktorski, jaki tworzą tu Zofia Kucówna i Henryk Bista jako para Starców.

To prawdziwie mistrzowski duet, rzadko już dziś spotykamy takie w teatrach.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

Życie Warszawy nr 38

14-02-1992

 

Janda pali i… pali

Kiedy chodzi o przyszłość rodzinnego majątku szacowanego na ponad 180 milionów dolarów i 23 tys. akrów najżyźniejszej ziemi, wówczas jest prawie pewne, że w rodzinie musi dojść do ujawnienia różnicy zdań. Znamy to z wielu przykładów oraz z… „Dynastii”. W takim sensie przypomniana przez Andrzeja Rozhina „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” Tennessee Williamaa nie jest żadnym odkryciem czy repertuarową rewelacją. Ale nie o to w najnowszym przedstawienia Teatru Powszechnego chodziło.

Twórcy spektaklu mieli zapewne inne cele. Chodziło o zrobienie takiego teatru, o którym można by powiedzieć, że jest w nim tak „jak w życiu”. Psychologiczna prawda postaci, naturalistyczna niemal gra aktorska, brutalność językowa, prawdopodobieństwo sytuacji, zgodność dramaturgii teatralnej z dramaturgią życia. Osobiście nie przepadam za tego typu teatrem, czy taką konwencją sztuki, ale być może spotyka się ona z większym zrozumieniem publiczności. A jej faktyczne, czy domniemane gusty liczą się teraz najbardziej.

Powstało więc przedstawienie solidne, trochę w starym stylu, przyzwoicie zagrane, wyreżyserowane, z naturalistyczną scenografią Anny Rachel „odrobioną” jak z prawdziwego „domu plantatora”, który, jak się rzekło, może konkurować gustem i majętnością z samym „ojcem Dynastii”.

Dla publiczności najważniejsi w tym przedstawieniu są aktorzy. Krystyna Janda (Margaret) gra tytułową „kotkę” prawdziwie, „jak w życiu”, w praktyce sprowadza się do tego, że zapala papierosa od papierosa, chyba ze 12 razy zapalała papierosa na scenie. „Zalicza” w nerwowym bieganiu, po swojej nie najmniejszej sypialni, więcej kilometrów niż moja kotka w ciągu dziesięciu lat życia. Rozbiera się i ubiera, pokazuje bieliznę, „gra” długimi nogami. Krzyczy, perswaduje, zrywa się, wybucha. Wymachuje rękami, klepie się po udach, nie może usiedzieć w miejscu. Może i pokazuje na czym polega życie, ale obawiam się, że nie pokazuje na czym polega „rola” w przedstawieniu… Taka prosta identyfikacja „życia” i „roli” pachnie, niestety, grafomanią teatralną. Nic na to nie poradzę. Janda od czasów „Madei” w reż. Zygmunta Huebnera nie zagrała niczego istotnego. Co gorsze, cofnęła się ze swym aktorstwem do „Człowieka z marmuru”. Szkoda, że nie pracuje z reżyserami, którzy by ją, a nie ona ich, reżyserowali. Szkoda, bo jest to ciągle jedna z nielicznych aktorek, na którą jeszcze chce się chodzić do teatru.

Dużo lepsze wrażenie pozostawia duet panów Machaliców. Henryk gra Ojca, a Piotr jego syna Bricka. Ich dialog, szczególnie w II akcie, prowadzony z poczuciem jakiejś wewnętrznej więzi, ukrytej serdeczności, jest rzadką okazją do podglądania aktorstwa opartego nie tylko na wielkich umiejętnościach, ale także na nie dających się normalnie „zagrać” emocjach. Dobrą scenę w III akcie ma Mirosława Dubrawska (Matka), kiedy dowiaduje się o chorobie męża. Nie najlepiej się stało, że druga para małżonków (Daria Trafankowska i Zygmunt Sierakowski) została jeszcze bardziej, niż jest to u Williamsa, odsunięta na dalszy plan. Bowiem osłabia to konflikt w sztuce, przesądzając od samego początku o sympatiach publiczności, po stronie pary Margaret-Brick.

Nie wiem, czy przedstawienie będzie miało powodzenie u publiczności. Może tak. Ze względu na aktorów. Na Jandę. Dobra Janda mogłaby zmieniać oblicze teatru. Kiepska Janda świadczy o jego niemocy.

Andrzej Lis

Trybuna nr 39

15-02-1992

 

 Nowa epoka gwiazd

Uwielbiam Krystynę Jandę. Od chwili, gdy ją pierwszy raz zobaczyłem w „Człowieku z marmuru”: gwałtowną, nadpobudliwą, zaciętą, pełną naiwności i bezceremonialnych zachowań.

Z handlowego punktu widzenia obsadzenie Jandy w roli Margaret z „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu” Tennessee’a Williamsa sukces zapewnia murowany. Jej pojawienie się na deskach warszawskiego Teatru Powszechnego gwarantuje najlepszy zestaw gości na premierze i prasowe zachwyty krytyki.

Krystyna Janda jest wcieleleniem temperamentu. Nikt nie umie tak jak ona kląć na scenie. Nikt tak jak ona nie potrafi demonstrować swego ciała. Ta, aktorka rozsadza ramy. Roznosi scenę. Wyskakuje z ekranu. I choć ciągłl nie dojrzała do klasycznego repertuaru, choć właściwie obca jej jest poezja, odniesie sukces w każdej teatralnej roli.

Fenomen Jandy pomaga zrozumieć, na czym polegała dziewiętnastowieczna, tak zwana epoka gwiazd teatralnych. Ano na tym, że przychodziło się doń nie po to, by oglądać reżyserskie sztuczki. Nie po to też, by obcować z literaturą (na której przeżywanie pozostawały miłośnikom długie, nie zajęte przez telewizję wieczory), lecz po to, by popatrzeć na ukochanego aktora.

Epoka gwiazd zaczęła się w europejskim teatrze wraz ze schyłkiem światłej opieki Kościoła czy Dworu i wkroczeniem na widownię płacącego za bilet mieszczaństwa. Niewykluczone więc, że także w naszym odbudowującym się pomalutku komercjalizmie coraz większą rolę będą znowu odgrywać aktorzy.

Takim bóstwem jest dziś niewątpliwie Krystyna Janda. Rzecz jasna, do czasu. Rozsądna Wedeta o tym wie. I ma prawo się bronić. To znaczy domagać się wpływu na artystyczne decyzje. W teatrze, w którym rządzić znów zaczną gwiadzy, powróci hierarchia. Ten kto zapewnia kasę, ma prawo decydować o wyborze sztuki, doborze partnerów, rodzaju ubioru.

Rolę Margaret w sztuce Williamsa na dużej scenie Teatru Powszechnego gra Janda używając tych samych dokładnie środków, którymi posłużyła się przed rokiem występując w reżyserowanej przez Macieja Wojtyszkę na małej scenie „Shirley Valentine”. W tamtej znakomitej, aktualnej, żywej, świetnie przełożonej sztuce, odniosła sukces. Więc nowy impresario Powszechnego Krzysztof Rudziński, któremu po Hubnerze, Wajdzie i Wojtyszce przyszło walczyć o byt tego teatru, zdecydował widać, że mając w zespole taki skarb jak Janda, nie warto trzymać go pod korcem, lecz trzeba wyeksponować możliwości artystki urządzając jej na dużej scenie benefis.

Pomysł naturalny, tylko że wykonania zabrakło. Święcie wierzę, że publiczność gotowa będzie oglądać Jandę wszędzie i długo jeszcze, lecz artystka ma prawo wymagać, by zapewniono jej najlepszą oprawę. Powinna występować w interesującym repertuarze, otrzymać od reżysera pomoc, od scenografa strój i sprzyjającą przestrzeń.

Tego wszystkiego, niestety, w Teatrze Powszechnym zabrakło. Anna Rachel – zaproponowała filmowo zakomponowane „ładne” niemodne, nieprzytulne wnętrze nie ułatwiające aktorce kontaktu z dużą salą. Reżyser Andrzej Rizhin nie znalazł sposobu artystycznego porozumienia się z zespołem. Środki stosowane przez Jandę nie współbrzmią więc dobrze ze stylem gry proponowanym przez jej bardzo wybitnych partnerów, jakimi są obsadzeni w roli ojca i syna Henryk i Piotr Machalicowie. Wreszcie wybór sztuki Williamsa trudno pochwalić. Tekst ten traci niebotyczną myszką. Nie ma w nim ani poezji, ani problemu, ani wiecznotrwałego dramatu. A trudno podejrzewać, by kogoś u schyłku stulecia bulwersowało, ekscytujące przed trzydziestu siedmiu laty, wprowadzenie do akcji wątku miłości homoseksualnej.

Dopóki Krystyna Janda będzi miała, czas i ochotę, by trwonić siły w tym spektaklu, zapewne jej wielbiciele będą oblegali kasę. Obawiam się jednak, że znajdzie się wkrótce impresario teatralny czy filmowy, krajowy albo i obcy, który odbierze Powszechnemu ten diament proponując rolę, dzięki której moja ulubiona artystka będzie się mogła artystycznie rozwijać.

KAT

Nowy Świat

17-02-1992

 

W konwencji realistycznej

Szmer podziwu przebiega widownię w chwili uniesienia kurtyny: scenografię opracowano z iście kobiecą troską o realizm szczegółu. Przestronne, jasne wnętrze wypełniają eleganckie i sprzęty – tu bukiet kwiatów, tam niedbale rzucony słomkowy kapelusz, w boczną kieszeń fotela ktoś wetknął kilka ilustrowanych magazynów. Prawdziwa jest nawet wanna z najprawdziwszą wodą i pianą. Pławi się w niej Brick – Piotr Machalica.

Tymczasem Krystyna Janda w roli jego żony, Margaret, krąży po pokoju niczym lampart zamknięty w klatce. Wydaje się równocześnie agresywna, brutalna i – chorobliwie znerwicowana. W długim monologu opowiada o konfliktach, które będą przedmiotem akcji dramatu: o rozkładzie swojego pożycia z Brickiem, o bliskiej śmierci jego ojca, bogatego plantatora (Henryk Machalica) i rodzinnych napięciach związanych z treścią testamentu. Podczas tego monologu wypala jednego papierosa za drugim, kilkakrotnie przebiera się w wytworne toalety, demonstrując przy okazji równie wytworną bieliznę.

Nie ulega wątpliwości: to spektakl utrzymany w realistycznej konwencji mieszczańskiego teatru, który pragnie pogrążyć widza w złudzeniu, że oto w pewnym domu na chwilę usunięto „czwartą ścianę”. Dzięki temu zajrzeć można do środka, zaspokoić ciekawość cudzych spraw, cudzych problemów, cudzych tragedii.

I wszystko jest w porządku, ponieważ sztuka Tennessee Williamsa do tej właśnie konwencji należy. Tym bardziej iż z upływem lat straciła charakter prowokacji obyczajowej, jaką była w chwili powstania, gdy na scenie o homoseksualizmie mówiono niechętnie. Dzisiaj jest to materiał na taki właśnie spektakl – adresowany do mieszczańskiej publiczności o dość tradycyjnych gustach artystycznych.

Co niekoniecznie jest równoznaczne z publicznością serialu telewizyjnego „Dynastia”. A Tennessee Williams w reżyserii Rozhina sprawia chwilami takie właśnie wrażenie – jakby przykrojono go na miarę wyobrażeń i tęsknot wielbiciela „Dynastii”.

Stąd właśnie nadmierna dbałość o polor luksusu w świecie scenicznej iluzji. Stąd, trafna wprawdzie, ale zanadto jednoznaczna charakterystyka postaci. Ich ewolucja psychologiczna – tak wyraźna to obrębie dramatu. Williamsa – na scenie wydaje się prawie niewidoczna.

Dobrze się stało, że Teatr Powszechny znów sięgnął do repertuaru w którym święcił, największe triumfy – do sztuki pozwalającej zademonstrować aktorskie umiejętności zespołu. Szkoda, źe tę okazję nie w pełni wykorzystał. Moźe następnym razem…

Wanda Zwinogrodzka

Gazeta Wyborcza nr 41

18-02-1992

 

 Gra w Kotkę

Choć od czasów Strindberga jawnie prezentowana niechęć do kobiet nikogo nie jest w stanie zadziwić, niemniej jednak dla purytańsko nastawionych Amerykanów „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” była w połowie lat 50. wyzwaniem. Tennessee Williams uczynił w niej bowiem z własnych kompleksów gaya (zasadnicze kłopoty z prokreacją) materiał dla potrzeb teatru. W Polsce prapremierę „Kotki” w reżyserii Jerzego Hoffmana dał w 1972 r. Teatr Powszechny w Łodzi. Teraz tę jedną z najgłośniejszych i najdrastyczniejszych sztuk Williamsa po raz pierwszy możemy obejrzeć w Wars$zawie, jednak czasy, kiedy mogłaby kogokolwiek zaszokować, minęły bezpowrotnie. Ta wypełniona namiętnościami, sadomasochistyczna rozgrywka rodzinna o sukcesję po umierającym na raka milionerze nie może być już żadnym zaskoczeniem dla najniewinniejszego nawet odbiorcy „Dynastii”.

Temat, wydawałoby się przerobiony już u nas na 122 stronę, znalazł w praskim Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hubnera znakomite przyjęcie. Na frekwencyjny sukces wpłynęła przede wszystkim doskonała obsada. Krystyna Janda w roli Margaret prezentuje aktorstwo drapieżne, w pełnej skali emocjonalnych odczuć, doskonale przylegające do wizerunku tytułowej Kotki, kobiety ambitnej, niepohamowanej w dążeniu do zachowania własnej godności, w walce o ukochanego mężczyznę i trwałość związku nie dyktowanego wyrachowaniem. Choć z woli autora małżonek Brick czuje do Margaret jedynie obrzydzenie, Krystyna Janda, wręcz przeciwnie, w seksownej bieliźnie prezentuje się nader apetycznie. Aktorka wypowiada swoje kwestie z taką siłą przekonania, że widz wierzy bez zastrzeżeń nawet w pean o zaletach ciała małżonka, choć Piotrowi Machalicy (Brick) daleko jednak do uroku Adonisa, a już zwłaszcza z nogą w gipsie i na nieustannym rauszu. Podobnie jak Janda, Piotr Machalica znacznie przesilał zguje się obok ramotowatych niekiedy mielizn tekstu. Gra jednak w efektownym kontraście do partnerki: spokojnie, „intelektualnie”, chłodno. Pomimo tego chłodu, kiedy jest na scenie razem z Jandą, temperatura spektaklu gwałtownie wzrasta. Aktorski koncert pary głównych wykonawców sprawia, że niewątpliwe zasługi innych współtwórców scenicznego sukcesu schodzą na plan dalszy.

 Janusz R. Kowalczyk

Rzeczpospolita nr 42

19-02-1992

 

 „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”

Warszawa

Teatr Powszechny; Kotka na rozpalonym blaszanym dachu Williamsa, reż. Andrzej Rozhin, prem. 9 lutego

Portret rodzinny we wnętrzu. Obłuda, chciwość, rywalizacja o przyszły spadek, małżeńskie konflikty. W Ameryce uznana za najbardziej kontrowersyjną sztukę lat 50-tych trafia na scenę warszawskich teatrów po raz pierwszy. Brutalny język dramatu, poruszony problem homoseksualizmu dziś nikogo już nie szokuje. Ale świetnie napisane dialogi, ostre konflikty dzielące członków rodziny, a zwłaszcza doskonała charakterystyka postaci sprawiają, że utwór Williamsa znakomicie sprawdza się na scenie. W Teatrze Powszechnym scenę całkowicie zagarnęła Krystyna Janda w roli Margaret. Zdesperowana w walce o swoje zniszczone małżeństwo miota się po scenie w czarnej seksownej bieliźnie, pali nerwowo papierosy, jest podrażniona i poirytowana. Przy tym przemyślna w zabiegach o spadek, chociaż nie z chciwości – tylko z lęku przed nędzą. Można by się czepiać, że Maggie to kolejna Rita czy Shirley, ale jej maniery i język, którego używa, doskonale uzupełniają postać dziewczyny z niezbyt zamożnej rodziny, która poślubiła bogatego chłopca. Piotr Machalica w roli Bricka, męża Margaret, kontrastowo nieobecny, kuśtyka po scenie w poszukiwaniu kolejnego drinka, by zagłuszyć siebie, odsunąć poczucie życiowej przegranej. Bardzo wyrazistą postać zatroskanej, kochającej Matki stworzyła Mirosława Dubrawska. Henryk Machalica w roli Ojca okazuje się być dobrodusznym starszym panem, który pod koniec życia wreszcie może dać upust tłumionej nienawiści do obłudy, którą dostrzega w swojej rodzinie. Na scenie pojawia się także Daria Trafankowska (Mae) i Zygmunt Sierakowski (Gooper) w roli czatujących na ojcowski spadek małżonków. Słowem zachwycający portret rodziny we wnętrzu.

Ewa Gałązka

Goniec Teatralny nr 8

24-02-1992

 

Janda jako „Kotka”

Ten spektakl w Teatrze Powszechnym należy do najbardziej obleganych, i trudno się dziwić. Na scenie pojawia się rzadko oglądana Krystyna Janda. To zresztą chyba pewna prawidłowość ostatnich paru sezonów – powrót tealra gwiazdorskfego. Widz nie przychodzi, by przeżywać wraz z bohaterami egzystencjalne rozterki, głębię filozoficznych rozważań, lecz przede wszystkim by obejrzeć „na żywo” uwielbianą gwiazdę. Tworzywo dramaturgiczne jest tu jakby sprawą wtórną. Tak przynajmniej jest w przypadku „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa. Dramat, który w 1955 roku bulwersował Amerykę i przyniósł autorowi nagrodę Pulitzera, dziś – wobec zalewu książek i filmów gloryfikujących przemoc, seks w najbardziej wyrafinowanych formach – wydaje się być wyjątkowo grzeczny i ułożony. Ot, w dniu 65 urodzin superbogaty amerykański farmer dowiaduje się, że ma raka, a najbliższym bardziej zależy na jego majątku niż zdrowiu. Ma kłopoty ze starszym synem – alkoholikiem. Brick oprócz zbyt częstego zaglądania do kieliszka ma trudności z samookreśleniem seksualnym. Do żony czuje wstręt, natomiast darzy głębokim uczuciem przyjaciela, który zapił się na śmierć uprzednio zdradziwszy Bricka ze wspomnianą żoną. Całą tę zagmatwaną sytuację kreśli Williams powierzchownie, bez wchodzenia w głębię psychiki postaci.

Ale trzeba wybrać się do Powszechnego, by zobaczyć co z postaci zwietrzałego dramatu potrafią zrobić znakomici aktorzy. Krystyna Janda jako kochająca, walcząca o swoje uczucie i partnera kobieta tworzy w roli Margaret, żony Bricka wspaniałą kreację. Jest na swój sposób zmysłowa i delikatna, na swój sposób brutalna i arogancka. I te właśnie odpowiednio dobrane proporcje w osobowości Margaret czynią ją bardzo prawdziwą. Niemniej przekonujący jest Piotr Machalica w roli Bricka. Nieco flegmatyczny, o spowolnionych przez alkohol reakcjach baseballista, zachowuje się – kiedy trzeba – niezwykle przytomnie, z dużą wrażliwością i szlachetnością. A przecież jest jeszcze dobra rola Ojca (zarówno scenicznego jak i rzeczywistego) – Henryka Machalicy i Mirosławy Dubrawskiej jako Matki.

Reżyser Andrzej Rozhin, jak można wnioskować z rozwoju wypadków na scenie, pozwolił po prostu zagrać aktorom i pokazać swoje możliwości.

Top nr 9

28-02-1992

 

Janda – kocica na dachu

BOHATEROWIE „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu”, najbardziej bulwersującego w latach 50 dramatu Tennessee Williamsa, są nieszczęśliwi i przerażająco samotni. W letni wieczór, w domu bogatego plantatora na południu Stanów Zjednoczonych, rozgrywa się dramat obłudy, chciwości i wzajemnej nienawiści.

W Teatrze Powszechnym w Warszawie, w przedstawieniu wyreżyserowanym przez Andrzeja Rozhina, króluje na scenie Krystyna Janda w roli Margaret. Głośna, nerwowa, agresywna, ma w sobie wielki ładunek energii. W efektownej czarnej bieliźnie, na wysokich obcasach, paląc papierosa za papierosem, miota się wokół obojętnego męża. To ona jest kotką na rozpalonym dachu. Maggie walczy z desperacją o utrzymanie swego martwego małżeństwa i o pieniądze po żyjącym jeszcze teściu. Panicznie boi sie biedy. Sprytna i wyrachowana, gotowa jest znieść każde upokorzenie. Chwilami budzi raczej odrazę mi współczucie. Ale to właśnie Maggie ma za sobą prawa życia. I to ona zwycięży.

W latach 50. „Kotka…” budziła emocje swą śmiałością obyczajową. Williams złamał ówczesne tabu, poruszające problem homoseksualizmu. Był to zresztą jego problem osobisty. Świat zmienił się od tamtei pory, homoseksualiści mają dziś własne pisma i lokale, często afiszują sie ze swa innością. Bricka, męża Maggie skłonności homoseksualne skazały na los życiowego nieudacznica. Nie jest on w stanie przyznać się – nawet sam przed sobą – jakiego rodzaju uczucia łączyły go z tragicznie zmarłym przyjacielem. Ucieczki szuka w alkoholu. Zapija się systematycznie – od rana do nocy Brick Piotra Machalicy jest ponury, zatopiony w sobie i gburowaty. Jeśli był kiedyś czarującym, świetnym chłopakiem, to niewiele z tego zostało. Brakuje mu uroku, który tłumaczyłby uczucia Maggie i ciągle zakochanych w swym nieudanym synu rodziców.

Henryk Machalica w roli ojca stworzył przekonująca postać despotycznego, ale ludzkiego w głębi serca, mocnego człowieka. W roli matki sekunduje mu Mirosława Dubrawska. Role starszego syn, Coopera (Zygmunt Sierakowski) i jego żony Mae (Daria Tra fanko wska) – współzawodników Maggie w walce o majątek – potraktowane zostały farsowo.

Sztuka Williamsa, po raz pierwszy wystawiona w Warszawie, cieszy się wielkim powodzeniem. Ludzie przychodzą przede wszystkim zobaczyć Jandę. Za jej sprawą od pierwszej chwili są po stronie Maggie, cieszą się jej sukcesem. Przedstawienie ogląda się doskonale. Trudno jednak w Teatrze Powszechnym uwierzyć, że Williams był mistrzem poetyckiego nastroju, niuansów i niedomówień.

Irena Maślińska

Express Wieczorny nr 46

05-03-1992

 

Janda jako „Kotka” na scenie Powszechnego

I TO BY BYLI GOŚCIE, A CO U MIEJSCOWYCH? Z najciekawszą premierą ostatnich tygodni – pierwszą pod nową dyrekcją naczelną i artystyczną Krzysztofa Rudzińskiego – wystąpił Teatr Powszechny, przypominając „Kotkę na rozpalonym blaszanym dachu”. Przypominając, że taka sztuka w ogóle powstała – w Warszawie nigdy jej bowiem dotychczas nie wystawiano, choć „Kotka” była swego czasu sporą sensacją i sporym przebojem teatrów całego świata. Napisał ją Tennessee Williams – obok Arthura Millera najwybitniejszy amerykański dramaturg ostatniego półwiecza, autor m. in. „Tramwaju zwanego pożądaniem”, „Szklanej menażerii’ czy „Tatuowanej róży”; wszystkie jego znaczące sztuki grywane były w Warszawie, z wyjątkiem tej jednej – dobrze więc, że odrobiono wreszcie i tę zaległość, bo „Kotka” tego warta. Treść jest w zasadzie banalna: walka rodziny o spadek po umierającym bogaczu, ale jakże to świetnie, ostro, drapieżnie napisane, jak znakomicie naszkicowane role, stwarzające ogromne pole do popisu dla dobrych, wybitnych aktorów – a tylko tacy powinni grywać w sztukach Williamsa. W Powszechnym tacy grają. Przede wszystkim Krystyna Janda – w tytułowej roli znerwicowanej, bezwzględnie walczącej o należne miejsce w ojcowskim testamencie Margaret. Powiększyła Janda tą rolą swoją galerię grywanych przez nią tak często – i tak doskonale! – postaci kobiet umiejących walczyć, przebojowych, nie pogodzonych z cierpkim życiem, jakie zgotował im los. I – ostatecznie – wygrywających, choć czasem bywają to gorzkie zwycięstwa… Jej partnerem, powściągliwym, zobojętnianym na wszystko mężem-alkoholikiem jest Piotr Machalica, jego scenicznym ojcem – jego ojciec prawdziwy, Henryk Machalica, matką – Mirosława Dubrawska. Spektakl reżyserował Andrzej Rozhin, sprawnie organizując sceniczną przestrzeń dla aktorskiego koncertu gry.

I ciekawostka: napisana w roku 1955 sztuka (wkrótce potem sfilmowana z Liz Taylor i Paulem Newmanem) była wówczas, jak wspomniałem, nie tylko sukcesem, ale i sensacją. Sensacją ze względu na to, iż padają w niej niedwuznaczne, co prawda, lecz przecież nad wyraz delikatne podejrzenia głównego bohatera o skłonności homoseksualne. Ludzie! Jak bardzo zmienił się świat! W najnowszej premierze teatru Kwadrat, w wybornej farsie Raya Cooneya „Maydav”, od „pedałów” i „ciot” wymyślają sobie niemal wszyscy przez cały drugi akt, i nikt nie uznaje tego za coś nadzwyczajnego – ot, kolejna chytry wybieg bigamisty pragnącego usprawiedliwić przed policja fakt posiadania dwu mieszkań. A w ogóle, to choć już różne śmieszne rzeczy – i w Kwadracie, i gdzie indziej – widywałem, to muszę przyznać, że ta jest śmieszniejsza od innych! Farsowe nawarstwienie komplikacji jest tak piramidalne, tak szokująco absurdalne, że nie powstydziliby się tego najlepsi francuscy mistrzowie sztuk „dobrze skrojonych”. O jedno tylko można mieć do autora pretensję: o to, że tak wszystko zaplatał, iż sam rozplatać tego nie był już w stanie i pointa, choć śmieszna, jest tylko unikiem, bo nie rozwiązuje przecież problemów głównego bohatera.

Lucjan Kydryński

Przekrój nr 10

08-03-1992

 

 Williams – dzisiejsza klęska sukcesu

„Genialny kicz”, „tatuowana dramaturgia”, „dramat seksualny”, „amerykańska wersja Mniszkówny w wydaniu dla homoseksualistów”, „purytański melodramat” – oto jak krytycy nazywali twórczość Tennessee Williamsa. On sam mówił i pisał o „klęsce sukcesu”. Jeżeli za sukces bezsprzeczny uznać Tramwaj zwany pożądaniem i Szklaną menażerię, to klęską Williamsa mogłoby być jedynie to, że na nich nie poprzestał. „Nie można przestać być artystą” – twierdził.

Napisał ponad 70 sztuk, a także siedem tomów opowiadań, trzy tomy poezji, dwie powieści i autobiografię. Jego przyjaciel Gore Vidal miał powiedzieć, że Williams „należy do pisarzy, którzy się nie rozwijają: po prostu piszą dalej”. Nowe sztuki Tennessee’a Williamsa – mimo niegasnącego powodzenia i ciągłych wystawień – nie mogły zadowolić krytyków, którzy zestawiali je z Menażerią i Tramwajem oczekując wciąż jeśli nie przewyższenia, to przynajmniej sięgnięcia wysokiego lotu tamtych dramatów. Ale Williams uparcie nie szukał nowych inspiracji i wykorzystywał ciągle te same motywy, postacie, sytuacje, ten sam język i scenerię. A więc pisał o psychicznych rozbitkach uciekających od rzeczywistości w iluzję, alkohol, homoseksualizm; o spadkobiercach tradycji amerykańskiego Południa, osamotnionych, wrażliwych, przeciwstawionych kołtuńskiej, zacofanej i okrutnej „reszcie”; o brutalnej walce z kłamstwem i obłudą, o niemożności nawiązania kontaktu między jednostką a otoczeniem. Pisał językiem soczystym, nierzadko pretensjonalnym i trywialnym. Mieszał sentymentalizm z naturalizmem, egzaltację z pesymizmem. Swoje sympatie zawsze lokował po stronie outsiderów, uważając ich za skrzywdzonych przez życie – tak jak Południe uważał za skrzywdzone przez historię. Kotka na rozpalonym blaszanym dachu z 1955 r. jest jedną ze sztuk zawierających wszystkie niemal elementy Williamsowskiego obrazowania. „Sztuka ta, wzniosła i płaska, głupia i chorobliwa, druzgocąca i banalna, mimo swych braków ma w sobie nerw teatralny. Czegóż więcej od niej żądać?” – pisał po głośnej piemierze w Teatrze Antoine’a (1956) w reżyserii Petera Brooka z Jean Moreau w roli głównej jeden z krytyków. Może dlatego większość jej wystawień podbijała publiczność. Prapremierową realizację na Broadwayu (w reżyserii Elii Kazana) powtórzono 694 razy. Williamsa uhonorowano za Kotkę nagrodami Pulitzera, koła krytyków dramatu oraz Donaldsona. Były wersje filmowa i telewizyjna. W Polsce – tylko jedna realizacja teatralna. I wreszcie, po 37-letni juz utwór sięgnął po raz pierwszy warszawski teatr – Teatr Powszechny. Czy Kotka na rozpalonym blaszanym dachu, utwór nie pierwszej świeżości, zachowała do dzisiaj ów wychwalany po prapremierze „nerw teatralny”? Reżyser warszawskiego spektaklu Andrzej Rozhin starał się udowodnić, że owszem, stawiając na doborową obsadę. A więc w roli Margaret – tytułowej „kotki” – występuje w Powszechnym Krystyna Janda, jako Brick – jej mąż – Piotr Machalica, a w postać starego Pollita – południowego patriarchy szykującego się na śmierć – wciela się Henryk Machalica. I wszystko wskazuje na to, że tylko nazwiska mają zapewnić przedstawieniu sukces. Spektakl nie ma innych atutów. Reżyseria daleka jest od oryginalności: pomysł na realizację ogranicza się do wydobycia podstawowych zależności istniejących między bohaterami, ukazania, jak seks walczy z alkoholizmem, a pogoń za pieniądzem z humanitarnymi odruchami. Dlatego zapewne również scenografia (Anny Marii Rachel) jest jednowymiarowa, w najmniejszym nawet stopniu nie sugeruje skomplikowanej symboliki Williamsa przemieszanej z jego naturalizmem – trudno dopatrzeć sią pierwotności, romantyzmu, tradycji konserwatywnego Południa, klimatu miasteczka w delcie Missisipi w pozłacanych meblach rodem z Dynastii.

Powierzchowny jest rysunek bohaterów dramatu. W rozmowie Bricka z ojcem, gdy po raz pierwszy udaje im się dojść do porozumienia dzięki prawdzie, którą sobie mówią (mimo że wiedzą, jak bardzo jest okrutna), pozostaje tylko zewnętrzna warstwa nieznośnej retoryki i sztucznego patosu, pod którą niełatwo znaleźć brutalność zderzającą prawdę z iluzją. A w scenie, w której Brick mówi swojej żonie, by „zeskoczyła” z rozpalonego dachu, czyli po prostu znalazła sobie kochanka, jest tylko trywialny język pozbawiony wymiaru tragedii, jaką przeżywają – broniący się przed temperamentem żony, w alkoholu szukający ucieczki przed swymi problemami Brick i zraniona Maggie. Patrząc na te sceny ma się wrażenie, że reżyser nie postawił przed aktorami trudniejszych zadań, pozwolił im kierować się doświadczeniem, intuicją, by nie powiedzieć rutyną. Wyraźne jest to zwłaszcza w roli Krystyny Jandy. Ci widzowie, którzy widzieli ją w Shirley Valentine czy w Edukacji Rity, dostrzegą z pewnością znane z tamtych spektakli środki wyrazu. Bowiem aktorka także i postać Margaret buduje przy pomocy ostrej gestykulacji, charakterystycznych załamań głosu, nerwowego drżenia towarzyszącego zapaleniu papierosa. Wrażenie powierzchowności w pracy reżysera i aktorów – a przez to i w wymowie spektaklu – potwierdza także gra Darii Trafankowskiej. Jej Mae (bratowa Bricka) to ledwie szkic sylwetki kobiety płytkiej, naiwnej i wścibskiej, bezmyślnej, a zarazem chytrej i chciwej; kobiety, dla której cel życia sprowadza się do roli samiczki – im więcej dzieci urodzi swemu samcowi, tym będzie lepsza. Ów szkic jest jednostronny- koncentruje się na intryganckich i materialistycznych skłonnościach Mae, słabo i mgliście punktując jej światopogląd mieszczki. Jednak mimo wszystko można uważać, że Andrzej Rozhin osiągnął sukces stawiając na gwiazdorską obsadę. Oczywiście, jeśli za miarę sukcesu przyjąć popularne kryterium, jakim jest zainteresowanie publiczności. Potwierdziło się przekonanie, że widzowie chętnie dają się zwabić dobrymi nazwiskami na afiszu. Ale nie tylko. Reakcje widowni i standing ovation dowodzą prawdziwości jeszcze jednego sądu, który dawno znalazł potwierdzenie w powodzeniu Williamsa na Zachodzie i którego nie zdołały zachwiać kontrowersyjne opinie krytyków. Mianowicie publiczność chodzi na Williamsa chętnie, bo jego dramaty są efektowne, niezbyt trudne i umiejące zainteresować fabułą, także dzięki melodramatycznie tanim efektom i soczystemu językowi. Chociaż ten ostatni „atut” w przypadku Kotki w Powszechnym budzi poważne wątpliwości. Może to wina tłumaczenia (Kazimierz Piotrowski), a może pewnej dozy improwizacji, obecnej w grze aktorów podczas premierowego przedstawienia. Dość, że „soczyste” przekleństwo w postaci nieustannie odmienianego przymiotnika „cholerny”, miast ubarwiać język postaci, ożywiać i uwiarygodniać akcję, daje efekt zdziwienia i zażenowania.

Sukces warszawskiej Kotki jest jednak sukcesem pozornym. Fakt, że dzisiejszym widzom wystarcza sprawne podanie tekstu „dobrze skrojonej” sztuki przez uznanych aktorów i nie przeszkadza, że jedynym nerwem teatralnym owej sztuki są nerwowe gesty i krzyki tych aktorów, należy uznać za klęskę. Jest to zapewne klęska teatru w ogóle, ale także – i przede wszystkim – klęska sukcesu premiery w Teatrze Powszechnym. „Hamlet pozbawiony zawartej w nim poezji byłby plugawą szmirą. Otóż Kotka pozbawiona jest poezji” – tak pisał po prapremierze Elii Kazana jeden z nielicznych niezadowolonych krytyków. Otóż Kotka Andrzeja Rozhina również pozbawiona jest poezji. Dlatego jej powodzenie to dzisiejsza klęska sukcesu Tennessee Williamsa. I chyba nie tylko Williamsa.

Natalia Adaszyńska

Teatr nr 4/5

01-04-1992

 

Atrakcyjna „Kotka”

Kiedy wchodzi na scenę, szmer idzie przez widownię. W taki sposób publiczność wita tylko gwiazdy. I KRYSTYNA JANDA, bo o niej piszę, jest gwiazdą w przedstawieniu „KOTKI NA ROZPALONYM BLASZANYM DACHU” TENNESSE WILLIAMSA w warszawskim Teatrze Powszechnym. Gra ostro, impulsywnie, jakby nie dbała o sugestie reżysera. Jej bohaterka, Maggie, reaguje spontanicznie i tak nerwowo, że wiemy od razu – ukrywa coś. Papieros za papierosem, podniesiony głos, niepohamowane gesty, agresywność… Te zachowania zdradzają dwie rzeczy: pochodzenie (proste) i frustrację. Janda mocno podkreślą niezrealizowane aspiracje Maggie, także macierzyńskie. Rozpadło się małżeństwo, mąż pije, ma homoseksualne skłonności. Ale Maggie będzie walczyć, o niego i o siebie.

Oglądamy więc tutaj kolejną wersję postaci, jakie aktorka z powodzeniem już grała, bliską tytułowym dziewczynom z „Edukacji Rity” czy „Shirley Valentine”. Przy czym żywiołowa chwilami ekspresja Jandy zderza się z całkowicie odmiennym aktorstwem PIOTRA MACHALICY w roli męża, powściągliwym i ściszonym. Brick jest nadwrażliwcem, introwertykiem, który od świata ucieka w nałóg. Ale wątek tej nieszczęśliwej i zagubionej pary małżeńskiej nie wyczerpuje fabuły sztuki Williamsa, autora od lat obecnego w naszych teatrach (m.in. „Szklana menażeria”, „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Tatuowana róża”). Dom plantatora trzciny cukrowej „w delcie Missisipi”, gdzie toczy się akcja, jest miejscem rodzinnego zjazdu. Imieniny ojca, śmiertelnie chorego (w tej roli HENRYK MACHALICA) stają się przysłowiową „pułapką na myszy”. Wobec perspektywy odziedziczenia wielkiego spadku, pryska układność rodziny. Odsłaniają się prawdziwe uczucia oraz intencje niemal wszystkich – żony (dobra rola MIROSŁAWY DUBRAWSKIEJ), drugiego syna (ZYGMUNT SIERAKOWSKI), szwagierki (DARIA TRAFANKOWSKA). Nie ma powodu, by opowiadać tutaj perypetie sztuki. Warto może dodać, że oceniano ją różnie. Jedni uznawali „Kotkę” za dzieło znakomite (prestiżowa nagroda Pulitzera), inni zaś za tekst „błahy”, „obyczajówkę z hafcikiem”. Jan Kott napisał przed wielu laty: „połączenie trzciny cukrowej z freudyzmem, pederastią i impotencją było irytujące i już zbyt głupie”. Przyznaję, że powyższa opinia jest mi bliska. Ale mogę docenić warsztat, literackie rzemiosło Williamsa, a zwłaszcza role, skreślone ze znajomością psychiki ludzkiej. Grały je słynne aktorki, Nathalie Wood, Elizabeth Taylor.

To przedstawienie, wyreżyserowane przez ANDRZEJA ROZHINA, już zdobyło sobie miano przeboju teatralnego sezonu, przynajmniej w stolicy. Teatry, walcząc o publiczność, szukają dzisiaj atrakcyjnego repertuaru i w samej tylko Warszawie obejrzeć można sztuki Cowarda, Cooneya czy Slade’a. Na ich tle „Kotka” zdecydowanie się wyróżnia. Teatr Powszechny gwarantuje poziom artystyczny, tyle że w komercyjnym stylu. Zwracam uwagę Państwa na scenografię ANNY MARII RACHEL. Eleganckie na amerykańską modłę wnętrze rezydencji jest bardzo efektowne. I tak oto duch „Dynastii” zagościł na polskiej scenie.

Barbara Osterloff

Twój Styl nr 5

01-05-1992

 

„Kotka…” z Warszawy

TENNESSEE Williams był objawieniem w literaturze amerykańskiej w połowie lat 50. Miał za sobą już „Szklaną menażerię”, nagrody Koła Krytyków Dramatu w Nowym Jorku, realizację sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem'”, którą jako pierwszy reżyserował Elia Kazan, a grali w niej Jessica Tandy i Marlon Brando. Był laureatem prestiżowej nagrody Pulitzera, w Rzymie interesował się jego twórczością Visconti, w Paryżu Jean Cocteou. Na podstawie jego dramatów nakręcono filmy z udziałem hollywodzkich gwiazd. „Kotkę na rozpalonym błaganym dachu” napisał Williams w 1955 roku i prapremierowe przedstawienie przygotował znowu Elia Kazan. Przez kilka miesięcy sztuka ta biła rekordy frekwencji. W wersji filmowej zagrali Elizabeth Taylor i Paul Newman w teiowizyjnej Natalie Wood i Lawrence Olivier. Na sceny polskie twórczość tego niespokojnego autora trafiła dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych i to z ogromnymi trudnościami – także z powodów finansowych. „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” miała prapremierę polską w Teatrze Powszechnym w Łodzi w 1972 roku. I właściwie już od kilku lat, dość systematycznie, sztuki Williamsa, powracają do repetuaru naszych teatrów. Spektakl Teatru Powszechnego im. Z. Hubnera wyreżyserowany został przez Andrzeja Rozbina w ubiegłym roku. Scenografia jest autorstwa Anny Marii Rachel, która także od lat związana jest ze sceną Teatru „Wybrzeże”.

Do Gdańska „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” przyjedzie na dwa dni na zaproszenie Agencji „Kontakt”. Spektakle zaprezentowane zostaną na scenie przy Targu Węglowym.

Williamsa nazwano „Szekspirem dła ubogich”, surowo oceniono jego twórczość, nawet naśmiewono się z jego nieznośnej liryczności. Pisarz reagował spokojnie na wszelkie głosy krytyki. Przyznawał, że nieobojętny jest mu Czechow i Freud, i chętnie szuka inspiracji w ich twórczości. Miewał oczywiście wiele kłopotów. W życiu, los płatał mu figle, ale publiczność przyjmowała jego twórczość gorąco. Puryści obyczajowi szczególnie ostro zareagowali właśnie na „Kotkę na rozpalonym blaszanym dachu”, bowiem to w tej sztuce brutalny język atakuje widza, a poruszony temat homoseksualizmu – bulwersuje. Williams był wierny sobie i napisał sztukę o własnych skłonnościach i słabostkach. Warszawski spektakl, w znakomitej obsadzie: Krystyna Janda, Piotr Machalica, Daria Trafankowska, Mirosława Dubrawska, Henryk Machalica, Gustaw Lutkiewicz – wart jest obejrzenia, jeżeli uda się jeszcze zdobyć na to przedstawienie bilety.

ak

Głos Wybrzeża nr 114

15-05-1992

 

 „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”

W sobotą o godz. 18 i niedziele godz. 16 i 19 w Teatrze „Wybrzeże” wystąpi gościnnie Teatr Powszechny z Warszawy ze sztuką amerykańskiego dramaturga, mistrza w kreśleniu ludzkich osobowości, Tennessee Williamsa: „Kotka na blaszanym dachu” z Krystyną Jandą w roli głównej.

Gazeta Gdańska nr 105

22-05-1992

 

 Janda i Machalica działają jak magnes

„Nie należę do ludzi przegranych, mam zamiar zwyciężyć za każdą cenę” – mówi Margaret (Krystyna Janda) w spektaklu Tennessee Williamsa „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”. Przedstawienie to przyjechało do Gdańska dzięki Agencji „Kontakt” z Teatru Powszechnego z Warszawy. Bilety (drogie!) rozkupione zostały bardzo szybko. I w sobotę i w niedzielę grane przy szczelnie wypełnionej widowni.

Sztuka Williamsa wystawiono po raz pierwszy w Nowym Jorku w 1955 roku przysporzyło autorowi uznania krytyki i widowni. Najznakomitsi realizatorzy siegali po ten tekst, a artyści – zarówno w wersji teatralnej jak i filmowej oraz telewizyjnej występowali najprzedniejsi. To spektakl aktorski, i dziś, kiedy już tekst „Kotki…” trochę zwietrzał, szczególne staje się wyzwanie obsadowe. Andrzej Rozhin – reżyser – doskonale zdawał sobie z tego sprawę i dlatego główne role obsadził troskliwie. Margaret – Krystyna Janda jest kobietą dojrzałą. Świadomą walki, którą podjęła – zarówno o względy męża jak i o sprawiedliwy podział rodzinnego majątku. Janda jest aktorką o ogromnych ekspresyjnych możliwościach. Pobudliwa, niespokojna, nie potrafi usiedzieć no miejscu, zaborcza -tak też prowadzi swą rolę. Jej wyciszenia są pozorne, pulsuje każdym nerwem. Ten typ aktorstwa trzeba lubić, by w pełni zaakceptować taką „Kotkę…”. Natomiast Piotr Machalica jako Brie – mąż Margaret przynajmniej w pierwszym akcie stworzył dobry kontrapunkt – zupełnym przeciwieństwem. Ucieczki przed zakłamaniem, obrzydzeniem i słabością szuka w alkoholu. Udaje mu się wpadać w trans. Odgradza się od otoczenia murem pozornej obojętności, odpoczywa w ciszy. Jego zaklęty świat przełamuje ojciec – (w spektaklu i w życiu) Henryk Machalica. Część druga przedstawienia – ich rozmowa to rosnące napięcie, w którym wykrzyczana zostaje prawda. Jest ona okrutna dla obu.

Scenografię do warszawskiego spektaklu stworzyła Anna Marie Rachel, dobrze znana gdańskiej publiczności, bowiem od lat pracuje w Teatrze „Wybrzeże”. Zaprojektowała ciepłe gustowne wnętrze w domu zamożnego farmera. Jest „dobrobyt i alkohole”, są nastrojowe światła. Efektowny świat ułudy, w którym rozegra się dramat.

Dlaczego kobiety są złośliwe i drapieżne jak kotki? Bo zżere je zazdrość i tęsknota. Dlaczego mężczyźni są okrutni i despe tyczni? Bo nie znoszą obłudy i zakłamania, odczuwają przerażenie, z którym nie potrafią sobie poradzić. Te recepty Williamsa publiczność gdańska przyjęła życzliwie, a aktorów warszawskich nagrodziła brawami. Kurtyna szła w górę kilka razy.

Alina Kietrys

Głos Wybrzeża nr 122

25-05-1992

 

Kotka na rozpalonym blaszanym dachu

Kotka na rozpalonym blaszanym dachu (Teatr Powszechny – Warszawa) ***

Starawy już trochę spektakl, ale idzie wciąż i to, jak słyszę, z powodzeniem, warto więc może wrócić do niego na tym wakacyjnym bezrybiu, gdy wszystkie teatry leżą pod gruszą na dowolnie wybranym boku i nie ma nowych premier.

Kłopotem „Kotki” jest zapatrzenie się reżysera Andrzeja Rozhina i scenografki Anny Marii Rachel na „Dynastię” i inne seriale. Mamy więc już w pierwszej sekwencji imponującą wannę na scenie, dekoracje pokazują świat, wieczorowe stroje błyszczą; także konflikty rysowane są jak na małym ekranie; jednoznaczną

plakatową kreską. Tumczasem u Williamsa jest gorące, duszne Południe, gdzie ludzie nie zachowują się ze swobodą światowców, tylko wariują z namiętności; na prawdziwe szaleństwo nie ma jednak miejsca w świecie oper mydlanych. Nie może się w tym scenicznym świecie umościć Krystyna Janda: gra najpierw komedię, później szlachetny melodramat. Jej partner, Piotr Machalica, poddał rolę z góry (przynajmniej tak było na premierze; może po pół roku grania spektakl przeewoluował w innym kierunku). Wpisuję kategorię „dla wszystkich” zgodnie z naszą klasyfikacją; czy wszyscy będą zadowoleni, to już jest rzecz inna.

Jacek Sieradzki

Polityka nr 35

29-08-1992

 

Wielkie kreacje, wielkie owacje

Przedstawieniem „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu” Tennesee Williamsa rozpoczęła się we wtorek w Tarnobrzegu XVI Barbórkowa Drama Teatralna. Publiczność nagrodziła aktorów Teatru Powszechnego owacjami na stojąco.

– Na Dramę przychodzą zawsze te same osoby, budżetówka i uczniowie -skomentował tłumy kłębiące się w holu Piotr Markut, dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury.

Publiczność szczelnie wypełniła salę widowiskową. Ponad sto osób odeszło z kwitkiem, nie wystarczyło dla nich miejsc. Wielu widzów przez całe przedstawienie stało pod ścianami.

Ekipa techniczna Powszechnego przyjechała do Tarnobrzega w przeddzień spektaklu. Niewielka scena Wojewódzkiego Domu Kultury wymagała wielu przeróbek. Scenografia „Kotki” jest bardzo bogata. Publiczność zachwycała się przede wszystkim dużą, okrągłą wanną, w której w pierwszym akcie” pluskał się Piotr Machalica.

W tym roku po raz pierwszy nie ma na Dramie telewizji.

– Nie możemy wpuścić ekipy telewizyjnej, bo gdy pracują kamery, siadają wszystkie korki w budynku – powiedział Andrzej Wilgosz, organizator imprezy.

Po przedstawieniu aktorzy rozdawali autografy. Szczególnie oblegana byłą Krystyna Janda. Najsympatyczniej wpisywał się Gustaw Lutkiewicz, który każdy autograf dedykował imiennie.

Oficjalna inauguracja Dramy odbyła się w środę. Na rozpoczęcie przybyli: wojewoda Janina Sagatowska, dyrektor Wydziału Spraw Społecznych UW Krzysztof Leszczyński i prezydent Tarnobrzega Stanisław Żwiruk. Gości i widzów przywitała Jolanta Rosik-Rosińska, dyrektor WDK Janina Sagatowska uroczyście otworzyła XVI Barbórkową Dramę Teatralną.

W czwartek już od godz. 14 przed wejściem do WDK czekała grupka młodych ludzi. Mieli nadzieję, że zdobędą wejściówki na wieczorne przedstawienie „Cinema” Teatru KTO z Krakowa. Spektakl wyreżyserował Dolek Weltschek. „Cinema” to cykl zbudowanych z działań aktorskich metafor. Humor przenika całą sztukę, eksploduje wieloma dowcipami sytuacyjnymi. Publiczność bawi się razem z aktorami. Cierpliwym licealistom i udało się wejść na salę już po wygaszeniu świateł. Zgodnie z tradycją Dramy, po przedstawieniu aktorzy składali podpisy na programach sztuki i podsuwanych przez widzów karteczkach.

Dzisiaj widzowie obejrzą spektakl : Mikołaja Grabowski „Damy i huzary” Aleksandra Fredry w wykonaniu Teatru im. J. Słowackiego z Krakowa. W sobotę i niedzielę wystąpi Teatr Ateneum z Warszawy. Pokaże „Antygonę w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego. Dramę zakończy w poniedziałek Scena PREZENTACJE z Warszawy spektaklem Noela Cowarda „Życie prywatne” ze znakomitą kreacją Joanny Szczepkowskiej.

Renata Furman

Gazeta Lokalna nr 282

03-12-1993

 

Setna „Kotka” dla Wrocławia

W piątek. 28 bm. w Teatrze Powszechnym odbędzie się 100. przedstawienie „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu” Williamsa w reżyserii Andrzeja Rozhina. Grają: Krystyna Janda, Mirosława Dubrawska, Daria Trafankowska, Henryk Machalica, Piotr Machalica, Gustaw Lutkiewicz, Zygmunt Sierakowski. Honoraria i dochód z przedstawienia zostaną przekazane na rzecz odbudowy spalonego wrocławskiego Teatru Polskiego.

M.P.

Życie Nasze Codzienne nr 22

27-01-1994

 

„Kotka…” po raz setny

28 bm. na scenie Teatru Powszechnego odbędzie się setne przedstawienie „Kotki na rozgrzanym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa, w reż. Andrzeja Rozhina, w którym występują Krystyna Janda, Mirosława Dubrawska, Daria Trafankowska, Henryk Machalica, Piotr Machalica, Gustaw Lutkiewicz, Zygmunt Sierakowski.

Honoraria i dochód z przedstawienia zostaną przekazane na rzecz odbudowy spalonego wrocławskiego Teatru Polskiego.

Ł.

Trybuna nr 23

28-01-1994

 

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.