09
Listopad
1990
00:11

„Komedianci Rzecz o bojkocie”

„Komedianci
Rzecz o bojkocie”

Agencja Omnipress & Zakłady wydawnicze ,,Versus”, Warszawa 1990.

Krystyna Janda

A MOŻE WSZYSTKO BYŁO INACZEJ?

(Notował Paweł Smoleński)

Szłam ulicą, kiedy rzuciła się do mnie jakaś kobieta ze łzami w oczach i powiedziała:
– Dziękuję pani za udział w bojkocie.
– Przepraszam – powiedziałam – ale w tym czasie byłam we Francji i niestety nie mogłam brać w nim udziału.
Dla tej pani było oczywiste, że bojkot był również moją postawą.
Bojkot telewizji o tyle mnie nie dotyczył, że na pół roku przed stanem wojennym podpisałam umowę na duży film z Francuzami. Wiedziałam więc, że bojkot się zaczął, lecz nie odrzucałam żadnych propozycji, bo zwyczajnie ich nie dostawałam. Mój wyjazd opóźnił się o dwa miesiące, ponieważ po wprowadzeniu stanu wojennego postanowiłam zabrać ze sobą dziecko. Na początku okazało się, że to niewykonalne, więc ja byłam tu, a ekipa filmowa czekała na mnie na południu Francji. Umowa była podpisana między Filmem Polskim a francuską telewizją, co jednak władz jakby nie interesowało. Powtarzano mi, że ja mogę wyjechać tylko nikt nie mówił, kto miałby zaopiekować się córką zostawioną w kraju, gdzie przecież nie wiadomo co się stanie.
W marcu ’82 byłam już we Francji. I tam właśnie dotarł do mnie stenogram z kolaudacji ,,Przesłuchania”. Czytaliśmy go w kilka osób, siedząc na hotelowym tarasie w Cannes i dosłownie ryczeliśmy ze śmiechu. Z tej perspektywy ten stenogram wydawał się nam prawie nierealny, surrealistyczny. Język, słowa, wypowiedzi: ,,Kim jest ta ku*wa na ekranie? Co to za symbol pokolenia akowskiego?” – dzięki temu zrozumieliśmy, co się naprawdę w Polsce dzieje.
Francuscy koledzy-aktorzy przyjmowali wiadomość o bojkocie z pełnym zachwytem i jakby niedowierzaniem, że takie postępowanie w ogóle jest możliwe. Był to może efekt ich smutnych doświadczeń z czasów niemieckiej okupacji. Wówczas ich środowisko nie potrafiło się właściwie zachować. Wszyscy grali, nawet największe nazwiska. Z Francji wróciłam pod koniec 1983 roku i dokładnie w dniu przyjazdu jeden z kolegów zawiadomił mnie, że w kościele na Przyrynku odbędzie się msza z udziałem prymasa Glempa, a aktorzy będą recytować wiersze. Zaproponował, żebym wzięła w tym udział. Szybko więc nauczyłam się jakiegoś wiersza i niemal prosto z lotniska trafiłam do kościoła. Przyjechałam ze świata, w którym główny problem bytowy aktorów polega na tym, czy kupić sobie samochód, czy sweter i nagle znalazłam się w kościelnej ławce obok pani Śląskiej, pani Mrozowskiej, pana Łapickiego, w gronie moich profesorów ze szkoły, moich autorytetów, wielkich aktorów. Zupełnie nie wiedziałam jak się zachować. Nie wiedziałam, co wolno, a co nie. Nagle Śląska zwróciła mi uwagę, że mam za bardzo umalowane usta. Czułam się, jak uczennica w szkole.
W pewnym momencie między aktorami poszedł ,,głuchy telefon”, że przed recytacją trzeba się ukłonić prymasowi. Siedziałam vis-à-vis mikrofonu. Nigdy nie zapomnę jak pani Mrozowska z przerażeniem w oczach przerwała wiersz, bo zapomniała się ukłonić. Odwróciła się do prymasa, ukłoniła, a potem zapomniała dalszych linijek wiersza. Aktorzy przeżywali wtedy rzeczy straszne, niezwykłe, lecz dla mnie prawie niezrozumiałe. Może gdybym wcześniej uczestniczyła w podobnych wydarzeniach, widziała spektakle wystawiane w kościołach, to zareagowałabym inaczej, ale cała atmosfera tej mszy była dla mnie szokiem.
Po recytacjach wstaje Glemp i mówi, że się bardzo cieszy, iż aktorzy tak ładnie i miło deklamowali wierszyki, ale kościół to jednak nie miejsce na przedstawienia i wolałby żebyśmy pracowali tam, gdzie powinniśmy pracować. Że misjonarze byli wysyłani do różnych krajów, w różne miejsca i tylko jeden zmarł śmiercią naturalną. Moje oczy robiły się wtedy coraz większe, jak spodki. A Glemp nagle mówi:
– O, widzę tutaj panią Jandę. Tak pięknie pani szła na końcu filmu ,,Człowiek z marmuru” tym korytarzem w telewizji i ja bym chciał, żeby pani przeszła znów tym korytarzem i otworzyła te drzwi dla wszystkich. Mam nadzieję, że na święta zobaczę panią w telewizji.
A ja po prostu opuściłam głowę i myślałam, że zwariowałam. Powiedziałam sobie, że nigdy w życiu nie wystąpię na żadnej mszy. (W 1986 roku wystąpiłam w spektaklu ,,Wieczernik” Ernesta Brylla w reżyserii Andrzeja Wajdy w kościele na Żytniej i nie żałuję.) W tym zgadzam się z prymasem: kościół to rzeczywiście nie miejsce dla aktorów. Może nie byłam przygotowana do takiej mszy i takich wypowiedzi. W każdym razie miałam dość podobnego cyrku.
Następnego dnia jadę do teatru. Zawsze się spóźniałam i dlatego nie mogłam znaleźć miejsca na parkingu w ,,Ateneum”. A tu raptem widzę kilka samochodów. Wchodzę do teatru, pytam portiera:
– Jak to, nie ma próby?
– Jest – odpowiada – wszyscy koledzy są na górze.
– A co z samochodami?
– Posprzedawane.
I to znów pokazało mi, co się stało: parking był zawsze pełen, a teraz pusty. Koledzy naprawdę nie mają z czego żyć. Młodzi ludzie są w strasznej sytuacji – żony nie pracują, bo małe dzieci, nie mają mieszkań. Jeden z kolegów podszedł do mnie i zapytał, czy nie mam jakichś niepotrzebnych spodni po mężu. Własne pękły mu podczas próby, a na nowe nie było go stać (młodzi zarabiali wówczas 7600, ja 12 tys., a Śląska czy Świderski, którzy na scenie spędzili wiele lat, około 20 tysięcy). Zaczęłam więc wypytywać, jak tutaj jest, jak żyją. Ci młodzi odpowiadali, że nie chodzą do telewizji, do radia, co kiedyś dawało dodatkowe pieniądze. Bojkot trwał. Nie, nie było to nic zorganizowanego, nic konkretnego, żadnej presji środowiska. Jedyną rzeczą, jaką się czuło, to jakby nacisk ze strony widowni. Jeżeli ktoś maił instynkt samozachowawczy, to wiedział, że jeżeli pojawi się w telewizji, a potem wyjdzie na scenę, to żeby zagrał nie wiadomo jak dobrze i tak zostanie oceniony tylko pod względem moralnym, a nie artystycznym.
Przyjechałam po dwóch latach bojkotu w bardzo trudnym momencie. Po jakimś czasie zrozumiałam, ze bojkot w dotychczasowej postaci trwać nie może, że środowisko się załamie, bo teatry nie dają możliwości utrzymania. Albo więc coś się zrobi, albo wśród kolegów dojdzie do ruchów nerwowych, gwałtownych, niepotrzebnych. Nikt nie podważał sensu bojkotu, lecz pierwszy okres minął i po dwóch latach wszyscy mieli świadomość, że sytuację trzeba zmienić. Każdy wiedział, że przy KC powstała specjalna komórka do lansowania nowych gwiazd, którą kierował Świrgoń. Wybierano osoby młode, które nie zrobiły jeszcze kariery. Ładowano w nie pieniądze. Byli na tyle inteligentni, że wybierano bardzo zdolnych, ale politycznie obojętnych, bez światopoglądu. Kilka takich osób znaleźli, ale zbyt dużo nowych gwiazd wylansować się nie dało. Jednak mieliśmy świadomość, że władza podejmuje próby zastąpienia niegrzecznych.
W środowisku zaczęły toczyć się rozmowy, jak należy bojkot przerwać, w jaką formę powinien się zamienić. Wymyślono, że warto zrobić jakąś sztukę z dużego repertuaru – jakby z podtekstem: ,,uwaga, już można, tylko uwaga co?- gdzie zostaną obsadzeni sami najwięksi aktorzy, o największym autorytecie. Chodziło o demonstracyjne przerwanie bojkotu. Wybrano – o ile się nie mylę – ,,Nieboską komedię” w reżyserii Jana Englerta, ale środowisko było jeszcze tak ,,zatkane”, że Englert nie mógł skompletować pełnej obsady. To środowisko było zawsze bardzo spolaryzowane, a bojkot scementował je tylko pozornie, w formie spontanicznego odruchu.
I wtedy przyszedł mój przyjaciel, do którego mam pełne zaufanie od lat. Powiedział mi, że wymyślili, że to ja powinnam zagrać w telewizji, że mam nazwisko, więc jeśli zagram, to za mną pójdą inni. Nie było to tylko jego zdanie. Po trzech miesiącach od tej rozmowy dostałam propozycję zagrania w ,,Pożądaniu w cieniu wiązów”. Zgodzili się ze mną wystąpić Jurek Bińczycki i Boguś Linda. Powiedziałam sobie: dobrze, podejmuję to ryzyko. Nawet jeśli zostanę zlinczowana. Zaczęłam próby. Wówczas ktoś z TV zapytał, czy Kronika Filmowa może zarejestrować próby. Długo się nad tym zastanawiałam, poszłam znów do tego mojego przyjaciela i on powiedział ,,znakomicie, o to właśnie chodziło”. Więc po długich wahaniach zgodziłam się. Kronika zjawiła się, materiał poszedł w kinach. ,,Pożądanie w cieniu wiązów” nie miało artystycznie większego znaczenia, ale wiadomo było, że ja zaczęłam pracować w telewizji. I po mnie, jakby falą, poszli inni. A może wszystko było inaczej, może tworzę jakąś mistyfikację? Niemniej, wszystkie te fakty się wydarzyły. A poza tym decyzja zagrania w telewizji była dla mnie prawdziwym koszmarem.
Jeszcze przed podpisaniem umowy koledzy prosili mnie, żebym za wszelka cenę wywalczyła jak największą stawkę, żeby w przyszłości mieli się na czym oprzeć. Chcieli również, żebym próbowała w swojej umowie wywalczyć prawo autoryzacji wywiadów oraz zakaz używania ,,twarzy” w innych programach. To przecież była również jedna z głównych przyczyn bojkotu. Aktorzy nie tylko strajkowali za całą Polskę, kiedy w fabrykach stało wojsko. Wykorzystywano nas też w celach propagandowych; aktor nie ma żadnych praw do własnej twarzy raz zarejestrowanej w telewizji, można, można nas wmontować w każdy program i skomentować, jak się chce. Fragment sztuki współczesnej, podmontowany pod komentarz w DTV, i już jakiś aktor niby popiera stan wojenny, bo przecież publiczność nie rozpozna fałszu. Stawkę wywalczyłam, natomiast władze telewizji nie zgodziły się na drugi warunek, bo zwyczajnie, odwieczny sposób przygotowania umów itd. Przekazałam kolegom, że w tym wypadku musimy wszyscy nacisnąć TV. Nieważne, że nie mamy własnej organizacji. Środowisko powinno wziąć adwokata, który spróbowałby to załatwić na drodze sądowej; musimy walczyć o nową formułę umowy przy pomocy prawnika. Lecz sprawa upadła, do podobnych rozmów nigdy nie doszło.
Wrócę jeszcze do pobytu we Francji. Spontaniczna reakcja przystąpienia większości aktorów do bojkotu wcale mnie nie zaskoczyła. Różnica między aktorem polskim a francuskim czy niemieckim jest taka, że u nas aktor jest przede wszystkim osobą publiczną, a jego postawa, światopogląd są podane do powszechnej wiadomości. Jest to sytuacja typowa dla kraju, w którym nie ma wzorców, gdzie wartości się kompletnie zdewaluowały. To społeczeństwo siłą narzuciło nam taką rolę. Ja sama miałam takie dwa lata, kiedy bałam się odezwać ze strachu, że nie dorastam do pozycji, na której postawił mnie Andrzej Wajda.
Nie wolno mi niektórych rzeczy powiedzieć, nie wolno mi pójść w bardzo wiele miejsc. A to, co ja powiem, niesie się po całym mieście, po domach i nagle zostaję wezwana na przesłuchanie, bo opowiadałam żart o ZOMO. Głupstwo, lecz głupstwo opowiedziałam ja – osoba publiczna. Dostałam nawet karę. Przez rok miałam na granicy rewizje osobiste…

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.