19
Maj
2017
00:05

VIVA! Polish Cinema special. wywiad w wersji angielskiej

zobacz więcej zdjęć (3)

KOBIETA Z ŻELAZA – ROZMOWA Z KRYSTYNĄ JANDĄ

19 maja 2017

Z aktorką Krystyną Jandą dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes rozmawia Ola Salwa.

Ola Salwa: W 1990 roku, podczas 43. edycji festiwalu w Cannes, zdobyła Pani Złotą Palmę dla najlepszej aktorki za rolę Antoniny Dziwisz w filmie Ryszarda Bugajskiego „Przesłuchanie”. Jak Pani to wspomina?

 Krystyna Janda: Nie byłam na to zupełnie przygotowana. Do Cannes przyleciałam na prezentację „Przesłuchania” i wróciłam od razu do Polski. Miałam małe dziecko i siedziałam z nim na wsi. Kilka dni później znalazł mnie na tej wsi w lesie, przedstawiciel producenta i oświadczył, że muszę wrócić do Cannes, że powinnam. Pomyślałam, że może producent – Janusz Morgenstern i reżyser – Ryszard Bugajski chcą jednak, żebym była na zakończeniu festiwalu. Nie przyszło mi do głowy, że mogę dostać nagrodę. Bardzo nie chciałam jechać, to nie był rodzinnie dobry moment, dziecko było malutkie, chwilę później okazało się, że znów jestem w ciąży. Ale uznałam, że mam jednak do wypełnienia obowiązki wobec producenta i polskiego kina i pojechałam. Poza tym ten film, ta rola, były dla mnie naprawdę ważne. Do Cannes dotarłam na dwie godziny przed uroczystością. Rozglądałam się, gdzie na Croisette jest zakład fryzjerski, ale ostatecznie poszłam do hotelu. I… natychmiast zasnęłam. Obudził mnie telefon, że trzeba już iść na galę. Szybko się ubrałam, przeczesałam i pobiegłam do samochodu, który miał mnie zawieźć na czerwony dywan. Powiedziano, że nie mogę tam pójść na piechotę. Wszystko to było dosyć traumatyczne i stresujące. Dodatkowo przywiozłam ze sobą z Polski moje miłe zmęczenie macierzyństwem.

 I nadal nic Pani nie podejrzewała?

 W kuluarach mówiło się, że faworytką jest Irina Churikova, która zagrała w filmie „Matka” Gleba Panfiłowa. Coś mnie tknęło dopiero, gdy podszedł do naszej grupy pan i zapytał, jak się wymawia nazwisko Janda. Ale pomyślałam, że może będą wyczytywać nominacje, albo po prostu wymieniać obsadę filmu. A potem usłyszałam swoje nazwisko jako najlepszej aktorki festiwalu. Nie wierzyłam. Złota Palma. Marzenie wszystkich europejskich aktorów. Byłam w szoku. Nie miałam przygotowanej „ mowy” podziękowania. W Internecie można znaleźć nagranie tamtej chwili. Widać, że jestem w panice.

Emocje ochłonęły na bankiecie?

 Nie, ponieważ na niego w ogóle nie poszłam. Do drugiej w nocy, razem z innymi laureatami udzielałam wywiadów. A o szóstej czy siódmej rano wyjechałam do Polski.

 Pamięta Pani o co pytali wówczas dziennikarze?

 Na pewno pytali o to, co się będzie dalej działo z Polską.

Był maj 1990 roku, niecały rok po tym, jak w Polsce skończył się komunizm.

Pytano mnie też o moje plany zawodowe. Ale odpowiadałam, że przez najbliższe dwa lata nie będę pracować z powodów rodzinnych.

Polska budziła wówczas naturalne zainteresowanie, polskie kino także. Na festiwalu w Cannes powstało słynne zdjęcie, na którym na tle polskiej flagi stoją: Andrzej Żuławski, Andrzej Wajda, Agnieszka Holland, Roman Polański, Ryszard Bugajski i Krzysztof Kieślowski.

 Polscy twórcy budzili wtedy duże zainteresowanie. Byli też w Cannes rozpoznawalni, nie tylko panowie Polański i Żuławski, którzy mieszkali we Francji. Przede wszystkim Andrzej Wajda budził emocje. Ale także inni, realizowali oni od dawna filmy za Żelazną Kurtyną, Krzysztof Kieślowski, Agnieszka Holland, Filip Bajon i inni współpracowali z producentami z RFN czy Francji. Wtedy, w Cannes, cały czas siedziała z nami pani Regina Ziegler, Tony Moliere, a także producenci ze Szwajcarii, Portugalii. W latach 80. i 90. występowałam we Francji, w RFN i w Szwajcarii. Zrobiłam w sumie 10 ról poza Polską, kilka z nich nagrodzonych wcześniej także na innych festiwalach.

Polskie kino nie było zamknięte na Europę.

Zdecydowanie nie. Po „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, który powstał w 1976, filmowcy z Polski często pracowali za granicą. Ciągle pojawiały się nowe pomysły na współpracę. W Cannes też rozmawialiśmy o kolejnych projektach – polsko-niemieckich, polsko-szwajcarskich.

 Niedługo po tym, jak otrzymała pani nagrodę w Cannes Krzysztof Kieślowski zrealizował we Francji swoją trylogię „Trzy kolory” oraz „Podwójne życie Weroniki”.

Kieślowski po „ Dekalogu”, polsko- niemieckim serialu, był „gwiazdą”. To o nim wszyscy mówili. A on, siedział i miał wszystkim to zainteresowanie „za złe”. Nie lubił być w centrum uwagi. Śmiać mi się chce, jak sobie to przypomnę. Denerwował się – tu nie mógł zapalić, tam ktoś nie dawał mu spokoju. Ciągle ktoś czegoś od niego chciał, a to autograf, a to wspólne zdjęcie. Pamiętam, jak się złościł, że ciągle są jakieś bankiety, strasznie nie chciał na nie chodzić. A najbardziej nie chciał odpowiadać na pytanie, nad jakim filmem teraz pracuje.

 A jak Pani wspomina Cannes?

 Śmiałam się, że kompletnie tam nie pasuję, bo nie jestem opalona. Przyjeżdżałam na ten festiwal zawsze na jeden dzień – albo prosto z planu filmowego, albo z teatru. Najczęściej zmęczona. Wtedy też. I „Przesłuchanie” i ja nie byliśmy zupełnie w stylu Cannes! Choć ten „styl” bardzo lubię a festiwal i jego historia, także lista nagrodzonych imponująca, wspaniała. Pamiętam, że widzowie po wyjściu z kina zaczepiali mnie na Croissette i dziękowali za „wieczór”. Byłam zdziwiona, że opalone, szczęśliwe, uśmiechnięte, jedzące lody lub pijące szampana panie dziękują mi za wieczór? Po projekcji „Przesłuchania”? To mi zupełnie nie chciało się złożyć w jeden obrazek.

Właściwie dlaczego? W programie Cannes bardzo często pokazywane są filmy poruszające ciężkie tematy. Festiwal nigdy ich nie unikał. By nie szukać daleko – jak „Mefisto” Istvana Szabo, w którym zagrała pani jedną z głównych ról.

Canneński przepych – słońce, palmy, sztuczne ognie – nie łączyły mi się z tym, o czym i w jakich warunkach zrobiliśmy film. Ani z tym, jaka otaczała go legenda. Przez dziewięć lat, czyli od powstania filmu do upadku komunizmu, krążył on w podziemnym obiegu, był pokazywany w kościołach, w domach. Realizatorzy byli przesłuchiwani potem, reżyser został banitą na lata. W stanie wojennym tłumaczyłam „Przesłuchanie” a vista na francuski dla różnych osób, dziennikarzy, zagranicznych korespondentów, nawet ambasadora Francji, kilkadziesiąt razy. Nie miałam dobrej kopii filmu – brakowało muzyki, na ekranie widać było plamy. Gdy przesłuchiwała mnie Służba Bezpieczeństwa, mówili, że znają „Przesłuchanie” bo pokazują im ten film jako „film szkoleniowy”. Szkolenie nienawiści. A więc kontekst był traumatyczny i nijak miał się do atmosfery Cannes. Dodam, że festiwal co roku, 8 lat, zapraszał film do konkursu, ale dopiero w 1990 roku mógł być na nim pokazany. Jesteśmy Cannes winni wdzięczność za wzruszającą wierność temu filmowi.

To był Pani pierwszy pobyt w Cannes. Wróciła Pani na festiwal siedem lat później, w 1997 roku.

 Tak, ani przy okazji „ Człowieka z marmuru”, „Człowieka z żelaza” ani kilku innych filmów, bo miałam tu role i w filmach szwajcarskich i niemieckich, nie mogłam przyjechać z powodu zobowiązań zawodowych. Z okazji 50. edycji festiwalu, zostałam zaproszona wraz z innymi laureatami Złotych Palm, aby przyjechać i zrobić wspólne zdjęcie. Przyjechałam znów na krótko i znów prawie spóźniłam się na galę. Kiedy stanęłam zdyszana na czerwonym dywanie usłyszałam, że ktoś krzyczy przez głośnik: „Krystyna Janda, actrice-fetiche de Andrzej Wajda”. Zaskoczyło mnie, że dopasowano do mnie takie właśnie zdanie, przecież zdobyłam Złotą Palmę za rolę w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Jakiś czas później dostałam w prezencie encyklopedię kina i notka o mnie zaczynała się od słów „actrice fetiche de Andrzej Wajda” i tak jest we wszystkich opracowaniach na temat kina. Bardzo mi z tym dobrze.

 Wystąpiła Pani w końcu w jego pięciu filmach. W sumie współpracowaliście państwo przez trzydzieści trzy lata. Z czym Pani najmocniej kojarzy się Andrzej Wajda?

Z niekonwencjonalnością, kreacją, prawdą, wielkością. Wszystko, co Andrzej robił było związane ze sztuką i z Polską. Był wielkim autorytetem i artystycznym i moralnym, piewcą polskości. Racjonalny romantyk. Polska sztuka, teatr, film, życie polityczne, społeczne bez Wajdy byłoby i inne i dużo, dużo uboższe. Do mnie miał stosunek specjalny, niewątpliwie. Kiedy przygotowywał się do realizacji filmu „Dyrygent”, w którym jak mówił nie miał dla mnie roli, przyszedł do mnie do domu, porozmawiać z moim ówczesnym mężem, aktorem Andrzejem Sewerynem. Siedzieli przy stole i rozmawiali o scenariuszu, a ja w drugim końcu pokoju bawiłam się z małą córeczką. Kiedy rozmowa się skończyła, podszedł do mnie i powiedział: „Po co ja szukam innej aktorki do »Dyrygenta«? Przecież ty jesteś kobietą!”. Wybuchnęliśmy wtedy oboje śmiechem.

„Odkrycie”, że jest Pani kobietą jest związane z tym, że…

 W „Człowieku z marmuru” miałam zagrać… chłopca. Oczywiście nie dosłownie. Przed „Człowiekiem z marmuru” nie powstał w Polsce film, w którym kobieta była „motorem sprawczym” a o jej uczuciach nawet nie wspomniano. Dziś jest bardzo dużo takich dynamicznych, kategorycznych aktorek, w tamtych czasach to była nowość. Oprócz mnie w Europie pojawiło się wtedy kilka artystek, który reprezentowały tamto pokolenie – Barbara Sukova , Hanna Schygulla, Irina Churikova i Ludmiła Gurczenko. Potem pojawiła się jeszcze wspaniała Katharina Thalbach. Ale mnie przyszło reprezentować działanie i pokolenie Solidarności. Pamiętam jak Andrzej mnie zapytał – potrafisz zagrać mężczyznę? Zresztą zobaczył mnie na próbie teatralnej „Portretu Doriana Graya” i tam grałam Doriana.

Agnieszka, jedyny „mężczyzna”, którego Pani zagrała wraca w nagrodzonym Złotą Palmą filmie „Człowiek z Żelaza”. Andrzej Wajda często mówił, że to był jedyny film, jaki zrobił na zamówienie. Poprosili go o niego robotnicy pracujący w Stoczni Gdańskiej. Podczas tegorocznego festiwalu „Człowiek z żelaza” będzie pokazany na specjalnym seansie.

To film koszmarnie dla Andrzeja trudny, nie miał nic, broni, czołgów, mundurów, pomocy wojska czy Policji, nic Mu nie dano, miał tylko dym. Dlatego o najważniejszych wydarzeniach ulicznych musiałam opowiedzieć z ekranu w monologu w więzieniu. Nie miał wyjścia. Zrobienie tego filmu dla Niego było heroizmem. Film zrobiony pół roku po wydarzeniach, o których opowiadał, czyli strajkach w Stoczni Gdańskiej z sierpnia 1980 roku. To była i odpowiedzialność przed historią i przed Polakami mu współczesnymi. Zimą 1981 roku kręciliśmy sceny letnie, bo nie mogliśmy już czekać. Andrzej czuł niepokój, przeczuwał że musimy się spieszyć ze zdjęciami, bo niedługo nie będziemy mogli nakręcić filmu. Miał rację, 13 grudnia tego samego roku, chwilę później, zaczął się stan wojenny.

Pracowaliście w ogromnym tempie.

Jakby z temperaturą 39,9, w uniesieniu i napięciu. Codziennie do Andrzeja przychodzili ludzie związani z „Solidarnością”, opowiadali mu swoje historie, przerabiano to w nocy na kolejne sceny, pokazywali blizny po postrzałach, znaczki Solidarności zrobione ze złota, noszone dumnie na piersi. Na ulicach zaczepiali nas robotnicy i grozili, że jeśli zrobimy nieprawdziwy film, powieszą nas na latarniach. Do tego jacyś ludzie, esbecy, którzy mówili, że Lech Wałęsa i inni strajkujący to ruscy agenci. Nie mówiąc już o tym, że kręciło się wokół nas mnóstwo donosicieli. Andrzej wziął na siebie ogromną odpowiedzialność.

I zdobył Złotą Palmę. A propos – gdzie trzyma Pani swoją statuetkę?

Nigdzie, bo jej nie mam.

?!

 Aktorzy otrzymują tylko dyplom. I on wisi na ścianie u mnie w bibliotece.

 

Rozmawiała Ola Salwa dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes

http://www.pisf.pl/aktualnosci/wiadomosci/kobieta-z-zelaza-rozmowa-z-krystyna-janda

 

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.