24
Kwiecień
2017
00:04

Wprost, 2017.04.24 Kobieta z żelaza_1

zobacz więcej zdjęć (4)

KOBIETA Z ŻELAZA

Kobieta z żelaza

Ukazujący się dziennik Krystyny Jandy to ewenement na skalę światową. Nikt ze współczesnych artystów nie prowadził tak systematycznie zapisków. Jest w nich „cała Janda”.

Leszek Bugajski

W dziejach polskiego teatru i kina było sporo gwiazd, ale Krystyna Janda jest jedna. Tamte gwiazdy były szanowane, wielbione i kochane, ale ich artystyczne możliwości były z reguły ograniczone: zdobywały widzów albo rolami romantycznymi, albo komediowymi, jednak żadna nie była tak wszechstronna jak Janda. Dla niej – zdaje się – nie ma ograniczeń. Teatr, kino, estrada – wszystko jej jedno. Trzeba zagrać współczesną kobietę, proszę bardzo, trzeba się pokazać w sztuce antycznej czy szekspirowskiej, robi to z sukcesem. Z równym powodzeniem wciela się w najlepszą (Marię Callas), jak i w najgorszą (Florence Jenkins) śpiewaczkę świata. W panią Dulską i w knajpianą piosenkarkę dręczoną przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. A już w monodramach, które są od wielu lat jej znakiem firmowym, nie ma sobie równej aktorki: świetnie wciela się w Danutę Wałęsową i w rozmaite postaci kobiet po przejściach. Jeśli pojawia się na festiwalu piosenki – wykonuje „Gumę do żucia” tak, że powala publiczność i staje się legendą. A do tego reżyseruje zarówno w kinie, teatrze telewizji, jak i w teatrach. Śpiewa i nagrywa płyty. I oczywiście prowadzi własny teatr (a właściwie dwa: Polonię i Och-Teatr), który jest jedną z najchętniej odwiedzanych przez publiczność scen warszawskich. Jest tytanem pracy i za tę prace zdobyła mnóstwo oznaczeń, tytułów i nagród, łącznie ze Złotą Palmą na festiwalu w Cannes.

Rozmowa

I teraz rodzi się intrygujące pytanie: po co jej jeszcze potrzebna forma ekspresji, jaką jest dziennik? Każdy, kto zajmuje się pisaniem – nieważne: zawodowo czy amatorsko – dobrze wie, że pisanie to straszny mozół i na ogół działalność mało efektowna. Janda rzuciła się jednak na pisanie bloga we wrześniu 2000 roku z wielką pasją, dokładnie taką sama, z jaką działa we wszystkich innych dziedzinach. I trwa przy nim do dzisiaj. Systematycznie, na początku niemal codziennie, teraz nieco rzadziej, siada do komputera i prowadzi swój – jak to nazywa – dziennik internetowy. Wprawdzie już wcześniej pisała felietony do prasy kobiecej, ale zdaje się, że dopiero gdy odkryła możliwości stwarzane przez osobisty dziennik, poczuła, że wkracza na obszar wolności. Tam może opowiadać czytelnikom o wszystkim, o czym tylko chce, nie jest ograniczana formą, scenariuszem, napisanym przez kogoś innego tekstem, a jedynie swoim wyczuciem smaku i dyskrecji. Tu – jak myślę – poczuła się swobodnie, jak w trakcie rozmowy z przyjaciółmi. I chyba to słowo – rozmowa – jest kluczowe dla znalezienia odpowiedzi na postawione przed chwilą pytanie.

Kiedy uświadomiłem sobie, jak gigantyczne są już dzisiaj rozmiary dziennika Krystyny Jandy, pytałem osoby, które znają ją osobiście i takie, które świetnie znają jej dorobek artystyczny o to, co wydaje im się powodem tego, że aż w nadmiarze spełniona artystycznie aktorka bierze sobie na głowę jeszcze jeden obowiązek. I wykonuje go z niezwykłą systematycznością. Nikt nie potrafił postawić jednoznacznej diagnozy. Intelektualiści, artyści szukali rozmaitych powodów, ale mnie się wydaje, że odpowiedzi najprostsze są zawsze najlepsze. Zawalona zawodowymi obowiązkami, gnana niesamowitą pasją grania Janda miała coraz mniej czasu na towarzyskie pogaduchy, na rozmowy nie tylko o teatrze, ale po prostu o wszystkim: o drobiazgach życiowych, sprawach domowych, o bliskich, o lekturach innych, niż zawodowe. Może nawet nie miała z kim dzielić się usłyszanymi tu i ówdzie dowcipami, które z lubością zamieszcza w swoim internetowym dzienniku, zwłaszcza w pierwszej fazie jego prowadzenia. Bo po co znać dowcipy, jeśli nie ma się okazji do ich opowiadania innym?

Kilkanaście dni po rozpoczęciu pisania dziennika jego autorka jakby na chwilę przystanęła i zadała sobie pytanie: „o co mi więc chodzi” w tym pisaniu? I odpowiada sama sobie: „po pierwsze, dlatego że jest to dla mnie coś zupełnie nowego, a nic mnie tak nie podnieca jak nowości, po drugie, dlatego że lubię pisać (…), po trzecie, pewnie dlatego że to nie ma żadnych reguł, że w naturalny sposób, nie zmuszając się do niczego, na moich warunkach, komunikuję się z ludźmi. I to jest najważniejsze. To rodzaj spotkania z publicznością. Spotkania takie zawsze lubiłam, a teraz nie mam na nie czasu i czuję, że mi tego brakuje. (…) Żyję w izolacji, samotności, w kręgu środowiskowych wartości, ocen, i mnie to prawdziwie martwi”.  No i mamy odpowiedź.

Janda traktuje to pisanie jako spotkanie, bo w Internecie jej dziennikowi towarzyszy forum, gdzie odpowiada swoim czytelnikom na listy, czyli że ten dziennik nie jest „jednokierunkowy”, to pretekst do rozmowy, dla której warto wstać o świcie (większość wpisów dokonuje Janda między godziną szóstą a siódmą rano) i przesiedzieć przy komputerze godzinę. Mało kto zdobyłby się na taki – co tu dużo mówić – heroizm. I taką, nie bójmy się tego poważnego słowa, szlachetność. Mnóstwo gwiazd ma po prostu przewrócone w głowach i jeśli dostrzega swoich wielbicieli, to robi to przymuszana obowiązkiem narzuconym przez umowę zawierającą klauzulę o udziale w promocji. Janda natomiast czuje odpowiedzialność  za swoich widzów, za tych, którzy lubią i cenią jej działalność. W wyniku tego „zobowiązania”, które sama sobie narzuciła, powstał gigantyczny zapis, którego pierwszy tom – ukazujący się teraz – liczy ponad siedemset stronic! Jesienią ukaże się następny o podobnej objętości, w przyszłym roku – dwa kolejne. No i pewnie przez ten czas uzbiera się tyle nowego materiału, że będzie i tom piąty.

Zwierzenia kontrolowane

Czego dowiadujemy się z niego o Krystynie Jandzie? Przede wszystkim tego, że jest osobą niezwykle pracowitą, wręcz zachłanną na pracę, osobą, której nic nie jest w stanie złamać. Czytając to, co o sobie pisze, trudno uwierzyć, że podołała temu wszystkiemu, co robi, ale też jaką cenę za to płaci – co jakiś czas wspomina o swoim skrajnym zmęczeniu, o zapaściach, o zasłabnięciach i radości, że to nie żadna choroba jest ich przyczyną, tylko zwyczajne przemęczenie. I dziwi się: „Jeden znajomy zawał, drugi zator, trzeciemu właśnie w nocy włożyli stend. Pracowali mniej niż ja. Tylko jak się teraz wycofać?”. To notatka sprzed miesiąca. No właśnie, jak się z tego wycofać? Ona nie potrafi, bo już teraz nie odpowiada tylko za siebie czy swoją rodzinę, ale za duże przedsiębiorstwo, jakim są dwa prowadzone przez jej fundację teatry. A przedsiębiorstwo to ludzie w nim zatrudnieni, a Janda czuje, że jest za tych ludzi odpowiedzialna. Więc się nie wycofuje, tylko zasuwa jak czołg – od jednej krótkiej chwili spokoju i wypoczynku do drugiej.

Piętnaście lat temu, po powrocie z wakacji, zanotowała: „Trochę potrwa, zanim się znów przyzwyczaję żyć na wulkanie i przewozić codziennie mój transport nitrogliceryny przez wiszący most”. A nieco wcześniej tak odpowiada przyjaciółce na pytanie „co dziś robisz?”: „Nic. Najpierw muszę przeczytać jeden scenariusz (…). Potem idę zrobić paznokcie, bo jutro wyjeżdżam do Wrocławia na koncert, aha, w tracie paznokci muszę przeczytać jeszcze raz Jowialskiego. Potem mam spotkanie przygotowujące program telewizyjny o miłości i zazdrości w sztuce. Następnie mam spotkanie z czytelnikami (…). Tyle. Aha, wieczorem muszę iść do nauczycielki od angielskiego, bo Adaś (syn – red.) się podobno przestał uczyć”. I to jest opowieść o dniu, w którym nie gra w teatrze.

Czego jeszcze się dowiadujemy z jej dzienników o niej samej? Ano tego, co w sposób kontrolowany ujawnia ze swej prywatności. Z kim się przyjaźni, jak wygląda jej życie domowe itp. Ale, co interesujące z literackiego punktu widzenia, większość tych jej opisów, mimo dziennikowej doraźności, sprawia wrażenie starannie przemyślanych – jeśli coś opisuje, to prowadzi wywód do puenty, stara się zamknąć je przynajmniej jakąś dobrą radą dla czytelników,  a kiedy nie ma dobrego pomysłu, to przynajmniej krzepiącymi życzeniami. Nietrudno więc zauważyć, że obok innych talentów, ma i talent literacki. Najlepiej widać to wtedy, gdy okazuje się, że mimo życia w zawodowej „klatce”, bardzo chętnie z niej wygląda i z wielkim zainteresowaniem przygląda się światu i ludziom, wręcz ich „podgląda”. Podziw budzi, jak to swoje podglądanie opisuje. Jest w tym pewnie jakaś kalkulacja zawodowa – w końcu aktorka musi wiedzieć, jak się ludzie zachowują w rozmaitych sytuacjach, ale jest też zrozumienie i współczucie, jak na przykład wtedy, gdy opisuje obserwowaną na plaży piękną kobietę czekającą na telefon, smutną, samotną. Jak opisuje jej ukrywane rozedrganie, niepokój, sposób, w jaki pilnuje telefonu… i swoje wzruszenie wyobrażaniem sobie jej przeżyć, i współczucie, jakie wzbudza w autorce. Zresztą opisy ludzi zajmują w dzienniku Jandy szczególne miejsce, niekiedy są to wręcz osobne opowiadania, jak jej opis przejażdżki po Warszawie i analiza tego, co można wyczytać ze sposobu chodzenia obserwowanych osób. 

Tu od razu przychodzi czytelnikowi na myśl sposób, w jaki młoda Janda chodziła w swoim pierwszym filmie, „Człowieku z marmuru” Wajdy. Wystarczył, że przeszła przez ekran, by widz wiedział, jakim człowiekiem na ekranie jest ta studentka, ile w niej energii, determinacji w dążeniu do celu, jakim było nakręcenie filmu o Birkucie. Ta szalona dziewczyna, której przeciwności nie załamują, gdzieś w aktorce siedzi nadal, choć Janda już tak nie biega, ale – co ciekawe – „biega” od jakiegoś czasu w swoim dzienniku. Nie dosłownie, ale w nowych jego partiach wyraźnie zmienił się jej styl pisania.

Kiedy zaczynała prowadzić swój internetowy dziennik, traktowała go – zgodnie z deklaracją – jako spokojną rozmowę z obcymi ludźmi, którzy stawali się jej przyjaciółmi, jako chwilę relaksu. Ale wtedy Internet był jeszcze spokojnym miejscem, można go było traktować jako okienko, w którym się człowiek prezentuje tak, jak chce. Dzisiejszy Internet w tej części, w której dochodzi do interakcji między użytkownikami, to pole walki. Janda uświadomiła sobie, z jaką siłą wpływa na swoich czytelników, a jednocześnie wzburzyły ją zmiany zachodzące w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w Polsce. Włączyła się więc do tej walki, jaka toczy się w sieci. Teraz wiele jej tekstów pisanych jest krótkimi, nerwowymi zdaniami, czy równoważnikami zdań, ich rytm jest o wiele szybszy niż dawniej. To bardziej pokrzykiwanie niż rozmowa, pokrzykiwanie z przerażenia, z żalu, za tym co minęło, ale jednocześnie dynamiczna proza. „Jestem w Polsce! Co za stress! Agresja, nienawiść, złość, brak podstawowych zasad dobrego wychowania, szlachetności, grzeczności i wzajemnego szacunku. Wszędzie, wszędzie. Żal, pretensje, decyzje nie do uwierzenia, niesprawiedliwości nie do zaakceptowania, fakty przerażające, słowa które nie powinny zabrzmieć. Ustawy, decyzje, prognozy katastrofalne. Kłamstwa, szantaż, groźby…”. Itd., itd. To brzmi jak poezja awangardowa sprzed stu lat. Ale to bardzo ciekawe, bo już tylko z tych zmian stylu pisania widać, jak zmienia się nastrój autorki, jak ona się zmieniła, jak patrzy na dzisiejszy świat i ile jeszcze energii zachowała na walkę z nim. Dziennik Krystyny Jandy to rzeczywiście ewenement.

Krystyna Janda: „Dziennik 2000-2002”, Prószyński i S-ka

WPROST, 24.04.2017

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.