02
Listopad
2010
00:11

Krystyna Janda na okładce WOMAN

zobacz zdjęcie

KOBIETA Z KOMIKSU

Kobieta z komiksu

Największa polska aktorka, silna osobowość, wrażliwa artystka, miłośniczka Toskanii, piasku i fal. Krystyna Janda opowiada nam o swojej kobiecości, życiowych wyborach i sposobach interpretowania świata.

Marzena Mróz: Czy lubisz być kobietą?
Krystyna Janda: Bardzo. I zawsze lubiłam.
M.M.: Pamiętasz moment, w którym odkryłaś swoją kobiecość? Mam na myśli tę potęgę kobiecości wybuchającą w każdej z nas w dzieciństwie, w okresie dorastania, czasem później – różnie to bywa.
K.J.: Pamiętam moment, kiedy poczułam chęć zmiany świata, otoczenia, wyglądu, potrzebę jakiejkolwiek kreacji, ale momentu poczucia kobiecości – nie. Zawsze przyjaźniłam się raczej z chłopcami, z nimi konkurowałam na pomysły, realizacje itd., ale to wszystko było naturalne, nie zauważyłam, że jestem odmiennej płci. Ja byłam dziewczyną, potem podlotkiem, kobietą, ale zawsze partnerem i czułam raczej „potęgę partnerstwa” niż kobiecości. Aż pewnego dnia zakochałam się po raz pierwszy. Ale to już całkiem inna historia.

M.M.: Jesteś silną osobowością, wrażliwą artystką, spontaniczną pisarką, reżyserką z wyboru, konsekwentną w swoich działaniach właścicielką teatru, miłośniczką Toskanii, piasku i fal. Co pominęłam?
K.J.: Na szczęście, dużo drobiazgów, z których składa się życie i które również lubię. Jestem wielbicielką życia! Lubię w nim wszystko, od obudzenia się rano do zaśnięcia wieczorem, razem ze wszystkimi kłopotami i przyjemnościami, jakimi są choćby poranna kawa i rozmowa przy stole podczas śniadania. Razem ze wszystkimi, co mi przynosi potem dzień.

M.M.: Moim zdaniem masz w sobie niezwykłą siłę, twardo stąpasz po ziemi, a jednocześnie posiadasz ogromne skrzydła.
K.J.: Skrzydła to potrzeba wyrażania się w różnych formach, interpretowania świata i sprawa, które rozumiem na swój sposób. Czy to się nazywa kreatywność? Chyba tak.

M.M.: Zawsze taka byłaś? Kto Cię ukształtował?
K.J.: Banałem byłoby powiedzieć, że wszyscy, których spotkałam, ale chyba tak było. Z każdego spotkania, każdej rozmowy, chwili wynika nauka, z każdego działania – skutek i jego konsekwencje. Na szczęście od dziecka spotykałam się z ludźmi wartościowymi, mądrymi, dobrymi, artystami, humanistami. Od moich dziadków, którzy mnie wychowali poczynając, poprzez moich nauczycieli malarstwa, kompozycji, języka polskiego, potem profesorów, wielkich aktorów w Akademii Teatralnej, a później wspaniałych i oryginalnych reżyserów, kolegów muzyk ów, scenografów, kostiumologów… wielkie indywidualności aktorskie. Nie mówię już o każdej przeczytanej książce czy obejrzanej wystawie… Najważniejsze chyba było to, że w dzieciństwie nauczono mnie doceniać spotkania z ludźmi, nauczono mnie analizowania, porównywania i oceniania tego, co mnie spotyka. Oceniania także krytycznego. Stąd wybory. Bo co to jest twórczość i życie, jeśli nie wybór, wybór, co chwila wybór…

M.M.: Jaka jesteś dla siebie samej?
K.J.: Z latami coraz lepsza, mniej surowa. Żyję z coraz większą codzienną radością, bo mam w moim wieku świadomość cenności każdej chwili. Dlatego też robię sobie coraz częściej małe prezenty. Pozwalam na chwile zamyślenia, bezczynności, zaniechania.

M.M.: Kiedy czujesz się bardziej kobietą, matką, aktorką, bizneswoman?
K.J.: Bizneswoman na pewno nie. Aktorką w pracy. Kobietą bywa, że się czuję, ale matką czuję się cały czas i mam tu też największe do siebie pretensje .

M.M.: Które cechy uznawane za typowo kobiece lubisz w sobie, a które są Ci obce?
K.J.: Jestem zbiorem klasycznych przywar i wad kobiety – kobietą z komiksu, jak mawiał o mnie mój mąż. W momentach mobilizacji czy zagrożenia czuję się czasem superkobietą, ze wszystkimi zaletami, ale to tylko wtedy, jak muszę, bo jest to dość męczące.

M.M.: Czy grałaś kiedyś rolę kobiety takiej jak Ty?
K.J.: Nie wiem , co to znaczy. Bo jaka ja naprawdę jestem? Kim jestem?? Taka jak ja, to znaczy jaka? W każdej z moich ról jestem po trosze, a raczej jest mój sposób rozumienia spraw, uczuć, świata.

M.M.: Którą ze swoich ról najbardziej lubisz?
K.J.: TO jedna z najtrudniejszych odpowiedzi. Do każdej z ról mogłabym dziś coś dodać, coś w niej zmienić, poprawić. Wszystko się zmienia, świat się zmienia, ja się zmienia, a tylko w teatrze mam co wieczór szansę na korektę roli, którą gram. Z drugiej strony każdą z moich ról lubię. Każda niesie inne przyjemności w rozmowie z publicznością. Gdybym nie lubiła, tobym ich nie grała!

M.M.: Czy czujesz się spełniona jako kobieta i jako aktorka?
K.J.: Tak. Czasem zastanawiam się, czy zasłużyłam na takie spełnienie.

M.M.: Przeszłaś niezwykłą metamorfozę. OD Agnieszki z „Człowieka z marmuru” , bohaterki „Przesłuchania” po pełne dramatu i pasji role w „Tataraku” i „Parę osób, mały czas”.
K.J.: To naturalne zmiany i naturalny rozwój przy tak intensywnie uprawianym zawodzie.

M.M.: Czy lubisz grać ze swoją córką?
K.J.: Bardzo, choć bardziej się wtedy denerwuję za nią, niż myślę o swojej roli/ To nie jest do końca komfortowe. Ale rozumie t o chyba każdy, kto podejmuje pracę z własnym dzieckiem i bierze jakby na siebie odpowiedzialność za jego poczynania. Ponadto aktorstwo to zawód intymny, grając uruchamia się najgłębsze uczucia i emocje. Trochę to krępujące, a do tego nasz stres jest niczym w porównaniu ze stresem dziecka. Jestem z córki bardzo dumna, ale za każdym razem jest to wielkie przeżycie dla nas obu. Nawet dziś, po wielu latach wspólnych działań i w teatrze, i w filmie.

M.M.: Uważasz się za feministkę?
K.J.: Chyba tak. Ale nieortodoksyjną.

M.M.: Przeżyłaś w życiu miłość, śmierć, żal po stracie. Zmieniłaś się?
K.J.: Bardzo. Bardzo, bardzo. Aż się sama często sobą dziwie. Dziś na przykład lubię samotność, której wcześniej nie mogłam znieść.

M.M.: Jesteś szczęściarą. Spotkałaś w życiu mężczyznę, który wypowiedział słynne zdanie: „Wchodzisz, blask, za Tobą ciemność”.
K.J.: Tak i mam pełną świadomość, że to było tak ważne, że Jego właśnie w życiu spotkałam. Taki człowiek. Napisałam, powiedziałam, zagrałam o tym, jaki był, wiele zdań. To On jest bohaterem moich książek i zbiorów felietonów, które pisałam przez dwadzieścia lat.

M.M.: Czy Polki są szczęśliwe?
K.J.: Moim zdaniem nie. Ale jak już są, to umieją być szczęśliwe i bardzo to doceniają. Zresztą potrafią zrobić szczęście z byle czego i choćby na moment.

M.M.: Wiele kobiet zwraca się do Ciebie z prośbą o poradę. Najczęściej w sprawach trudnych, a nawet beznadziejnych.
K.J.: No cóż, długo już żyję i nie odwracam się plecami. Jedną z podstawowych umiejętności zawodowych aktorki jest umieć postawić się w czyjejś sytuacji i zrozumieć uczucia i okoliczności psychologiczne, tak to nazwijmy. Trafne wyobrażenie to siłą aktorstwa. Mam wprawę w staraniu się, aby rozumieć ludzi.

M.M.: Znasz receptę na tzw. ułożenie sobie życia?
K.J.: Nikt jej nie zna. Zresztą każdy to inaczej rozumie. Dla wielu to tzw. ułożone życie to nieszczęście, nuda, zmarnowane życie. Tak różne są potrzeby ludzi i poczucie harmonii.

M.M.: Emanujesz niezwykłą energią. Skąd ona się bierze?
K.J.: Nie wiem. Moja mama też nią emanuje, więc może to w dużej części przekaz genetyczny.

M.M.: Po 23 latach zdecydowałaś się wystawić „Białą bluzkę” Agnieszki Osieckiej w Och-teatrze. Dlaczego wróciłaś właśnie do tej sztuki?
K.J.: Z biedy. Początkujący Och – teatr znalazł się w kryzysie z powodu sytuacji ogólnej i nastrojów społecznych. Postanowiłam dać nową premierę w trzy tygodnie. Przyszła mi do głowy „Biała bluzka”. Zresztą zawsze za nią tęskniliśmy i ja, i muzycy, i Magda Umer, która i wtedy, i dziś ten spektakl reżyserowała. To był szczęśliwy pomysł, żeby wrócić do tego tekstu po tylu latach. Wrócić inaczej, z nowymi interpretacjami i piosenkami, wzbogacić go o to wszystko, co się stało w międzyczasie. Wzbogacić to o wiedzę i doświadczenie.

M.M.: Grasz w niej dojrzałą kobietą.
K.J.: W moim wieku. Gram tamtą opowieść jakby w nawiasie.

M.M.: Czy prywatnie lubisz białe bluzki? Bardziej widzę Cię w czarnej długiej sukni.
K.J.: Jakoś nie mogę wyjść z żałoby już ponad dwa lata. Najlepiej czuję się w czerni, najspokojniej.

M.M.: W jakim momencie życia jesteś dziś?
K.J.: To trudne pytanie. W innym.

M.M.: CO przed Tobą? W najbliższych miesiącach, latach, dekadach?
K.J.: Mam nadzieję, że to samo.

M.M.: Napisałaś kiedyś, że życie jest ważniejsze i cenniejsze niż sztuka. Miesza się ze sztuką i jest inspiracją wieczną, tworzywem podstawowym dla każdego, kto tworzy. Najczęściej dzieła nie dorównują życiu, ale potrzeba, aby życie chwalić i opisywać każe ponawiać próby i daje wieczny sens wszelkiej twórczości. Szczególnie wtedy, gdy doświadczenie życiowe staje się obsesją. Mądre zdanie.
K.J.: Dziękuję. Nie jest to myśl odkrywcza, tylko nazwana raz jeszcze.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.