25
Marzec
1991
22:03

Felieton - Szpilki, nr 16/1991

zobacz zdjęcie

Klaus

Szanowni Państwo!

Mam wrażenie, że wszystkie gazety zwariowały na punkcie ankiet, quizów, krótkich wypowiedzi na różne tematy. Przynajmniej raz dziennie mam telefon, który brzmi mniej więcej tak:

– Dzien dobry, tu Albertyna Prustowska, jakim samochodem pani jeździ?…

Ja na to przerażona:

– A dlaczego pani pyta, nie zapłaciłam być może OC, czy coś się stało?…

– Nie proszę pani, to ankieta do gazety „ Iskra”… itp.

W tym tygodniu jak kretynka wezwana nagle do tablicy, nie umiejąc odmówić, na zawołanie zastanawiałam się:

1) Co dał mi dom rodzinny?

2) Jakie kobiety mężczyźni lubią naprawdę?

3) Jaki samochód jest moim zdaniem najlepszy (swoją drogą wybrali sobie we mnie niezłego „eksperta” -odpowiedziałam, że nowy)?

4) Jak bym chciała spędzić wymarzony dzień?

5) Prośba o przepis na mazurek świąteczny.

6) Co sądzę o naturalnej regulacji poczęć?

Ponieważ do wszystkiego podchodzę serio, zaczynam się zastanawiać, na przykład, jaki procent mężczyzn w Polsce przychodzi wieczorem do domu pijanych? Czy w kraju alkoholików w ogóle możliwe są te naturalne metody? Czy możliwe jest wytłumaczenie mężczyźnie w takiej sytuacji czegokolwiek? Lub wpadam w zadumę, jaki procent kobiet jest w tym momencie pijanych? Wyobrażam sobie, że w niemałej liczbie domów kobieta zanim dojdzie do szafki z termometrem, żeby sobie zmierzyć temperaturę czy zajrzeć do kalendarzyka małżeńskiego, dostaje po „ryju” i zostaje zgwałcona. Staram się to nieśmiało sformułować do kolejnej gazety i narasta we mnie poczucie buntu, dlaczego mam się wypowiadać na wszystkie te tematy?

Dziś rano telefon i pytanie:

– Czego pani oczekuje po wizycie Papieża?…

W pierwszym odruchu powiedziałam:

– Ja? Niczego. A potem ledwo wybłagałam, żeby tego nie pisali. Uprosiłam, odłożyłam słuchawkę, mam pisać do Państwa, a to pytanie nie daje mi spokoju… Czego ja się mianowicie spodziewam po wizycie Papieża?

Chciałam Państwu opowiedzieć o moim kochanym, cudownym charakteryzatorze, z którym „spędziłam” rok w pewnym filmie. O młodym Niemcu, Klausie, nazywanym przeze mnie SzuSzu. Homoseksualiście, szczęśliwym w 10 lat trwającym związku z innym młodym, inteligentnym, zdaje się historykiem szuki. O SzuSzu, wesołym, niezwykle oczytanym, wrażliwym człowieku, jednym z najbardziej wartościowych ludzi, jakich udało mi się spotkać w życiu. Katoliku, głęboko wierzącym, z którym łączyło mnie właściwie wszystko, dzieliła jedna rzecz, jego nienawiść do Naszego Papieża.

Kied spotkałam Klaisa, przeżywał głęboko niedawną śmierć kolegi chorego na AIDS, którego razem ze swoim przyjacielem pielęgnowali 2 lata u siebie w domu, a którego jak opowiada Klaus, znaleźli w ciężkim stanie, na schodach jednego z kościołów kolońskich. Nie mogę zapomnieć, jak przede mną, osłupiałą, przybyłą z kraju, gdzie w niedzielę kościoły są pełne, a 95 % ludzi deklaruje się być katolikami, krzyczał , że nie potrzebuje, że sam sobie poradzi, że i tak się z Bogiem porozumie i mu wytłumaczy, nie wchodząc do tego sekretariatu, jakim się mieni Kościół.

I nie zapomnę, jak wreszcie zrozumiałam, że co prawda przyjeżdżam z kraju, gdzie ludzie chodzą do kościoła i nazywają się katolikami, z kraju (którego widoku nie zapomnę, kiedy pewnego roku w Boże Ciało chciałam go przejechać w szerz, a ponieważ kościoły są zbudowane głównie przy drogach, była to najwolniejsza i najpiękniejsza podróż w moim życiu, bo jechałam, prawie cały czas między klęczącymi ludzmi i po kwiatach, w szumie łopoczących biało- niebieskich chorągwi), w którym zupełnie nie przeszkadza tym samym ludziom, po mszy leżeć pijanym po rowach, patrzeć na  „dekalog” z pogardliwym uśmiechem, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego, a w każdym razie traktować wiarę i „bycie chrześcijanianem” dużo mniej poważnie niż np. mój Klaus. A mimo to Kościół go nie chce, odrzuca, bo zbłądził, bo jest pedałem, i nie ma tam dla niego miejsca. Dlatego nienawidzi i da sobie radę sam.

Klaus przyszedł malować mnie  jako trzeci, poprzednich dwóch charakteryzatorów reżyser zwolnił, bo jak twierdził, nie umieli mnie umalować. Nieskazitelnie ubrany, pachnący, z pięknymi dłońmi  ubranymi w 20 brylantowych pierścionków, z ufarbowanymi, zakręconymi, spadającymi aż do pasa włosami. Na widok mojego zdumienia uśmiechnął się i powiedział przepraszająco:

– Mężczyźni wolą blondynki.

Malował mnie, czesał cały dzień, efekt był naprawdę dobry. Następnego dnia malował, czesał 4 godziny przed pierwszym dniem zdjęciowym. Efekt był znakomity. Ja wiedząc, że mam do zagrania długą, ciężko napisaną scenę rozrachunkową z odchodzącym filmowym mężem, a wszystko to dzieje się podczas balu urodzinowego naszej córki, nie zwracałam na pracę Klausa uwagi, cały czas zastanawiałam się, co zrobić z moja sceną – klopsem, jak dodać temu „fantazji”, „lekkości”, nie wiem czego…

Pojechaliśmy na plan, Klaus obgryzając cały czas ze zdenerwowania paznokcie, perfumując się co minuta i mówiąc co chwila, że zasłabnie na widok reżysera, ja zajęta swoją sceną.

Reżysera jeszcze nie było, nagle zobaczyłam przygotowane maski, confetti i serpentyny u rekwizytora. Niewiele myśląc, złapałam wielki gumowy, świński różowy ryjek, czując, że jest to wybawienie z moich atystycznych problemów na ten dzień, nie namyślając się wiele założyłam go na cały pieczołowicie wykonany przez Klausa makijaż, udaremniając jakąkolwiek ocenę jego starań. Reżyser, zobaczywszy mnie, najpierw zbaraniał, a po próbie, na której zagrałam najlepiej jak umiałam, najprawdziwiej i najbardziej wzruszająco, ale ze świńskim ryjkiem na twarzy, zawył z radości. Klaus, długo tego dnia miał czerwone oczy od płaczu, kiedy przychodził przypudrować mi te trzy  centymetry czoła, które było widać, ale tego dnia zaprzyjaźniliśmy się na śmierć i życie. Mył, czesał, pocieszał, przynosił kawę, chusteczki nasączone miętą podczas pięćdziesięciostopniowych upałów na pustyni. Uczył niemieckiego, nie spuszczał z oka na zdjęciach, mnie, która nie ma  zwyczaju spojrzeć do lustra ani razu podczas całego dnia zdjęciowego i nienawidzi poprawiających charakteryzatorów, uważając, że przeszkadzają mi w pracy.

Za to wysłuchiwałam godzinnych relacji z codziennych rozmów telefonicznych z „ mężem” – przyjacielem, przychodziłam w nocy wezwana, żeby wyjąć pająka z hotelowej pościeli, leczyłam w przeziębieniu, bez zmrużenia oka gryzłam ofiarowaną, jedzoną właśnie przez niego czekoladkę, pozwalałam się malować wiecznie rozkrwawionymi od obgryzania skórek palcami, jednocześnie umierając ze starchu, że się być może zarażam AIDS (idiotka).

SzuSzu okazał się najlepszym, najofiarniejszym, posiadającym największą godność osobistą człowiekiem w całej ekipie, a przeżywaliśmy naprawdę różne kataklizmy. Cały czas reżyser kazał mu wozić 20 gumowych nosów dla mnie , bo będę jeszcze musiała gdzieś w tym zagrać, co było męką dla Klausa, który w to wierzył, a średniej klasy zabawą dla reżysera.

Ale mieliśmy z Klausem i swój mały triumf.

Cała obsada filmu (około 40 osób), aktorów niemieckich od 18 do 70 roku życia, miała wspaniałe, porcelanowe zęby za miliony. Myślę, że tylko ja miałam prawdziwe, żółtawe, nierówne i swoje. Klaus zabronił mi palić, pić kawę i herbatę, żeby nie żółkły bardziej, ale sprzeciwił się wysłaniu mne do dentysty i „zrobienu mi przodu”.

Po dwóch tygodniach zdjęć, mój główny partner pojechał na sobotę i niedzielę do swojego dentysty – zmienić zęby na prawdziwsze, kosztowało go to, jak mi potem mówił, 17 tysięcy marek (ekspres). Następnego wolnego dnia odjechały dwie aktorki, dużo grające ze mną w scenach dialogowych (zbliżenia), wróciły z zębami brzydszymi, ale nowymi. Po jakimś czasie okazało się, że reżyser z producentem, oglądając codziennie materiały, nie mogą się skupić , niczego ocenić, bo dostali fobii zębowej, patrzą tylko na zęby. I tylko moje, prawdziwe, nie wyprowadzają ich z równowagi.

Myślę, że była to jedna z fanaberii reżysera, bardzo zresztą kapryśnego, tym niemniej tak to moje socjalistyczne, źle leczone w szkole, w dzieciństwie zęby, doprowadziły moich naładowanych witaminami, jedzących tylko sole mineralne niemieckich kolegów do poważnych wydatków.

A Klaus? Nie wiem czy spotkałam w życiu wielu ludzi tak zasługujących na „przyjęcie“ do Kościoła . Pozdrawiam,

Krystyna Janda

PS.1) O pewnej godzinie rannej w Milanówku nie można dostać się do fryzjera, usiąść w kawiarni, młodzież okupuje miasto. Zapytałam o przyczynę, kalnerka w kawiarni odpowiedziała mi ze stoickim spokojem : – To są godziny religii i rekolekcji dla szkół. Czyżby groźba Klausa o odwróceniu się młodych od Kościoła zaczęła się sprawdzać?

PS. 2) Niedawno zwierzyłam się ze swoich „trosk” o młodzież i Kościół pewnemu młodemu księdzu. On uśmiechnął się wyrozumiale, pochylił do mojego ucha i szepnął…

„Szeroko zakrojona akcja zmowy masońsko-żydowskiej“… i zupełnie go nie speszyły moje ze zdumienia wybałuszone oczy.

PS. 3) Zdjęcie moje z gumowym nosem jest na zagórku, trwa remont, a ja nie mam siły go szukać.

Szpilki, nr 16/1991

 

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.