23
Październik
2012
00:10

Kazimierz Kutz

zobacz zdjęcie

Kazimierz Kutz: Jest nam dane

Przychodzi taki czas po Abrahamie, kiedy wszystko, co mamy, jest już do końca życia nasze; dzieci, rozwody, groby, wrogowie i przyjaciele. A także wszystkie szczęścia i nieszczęścia.

Motto: „Sztuka reżyserowania to w zasadzie umiejętność zorganizowania wspaniałego przyjęcia. Wszyscy są zadowoleni, wszyscy dobrze się bawią. A jednocześnie starają się utrwalić te chwile” – Martin Scorsese

Nie ma już co szaleć ani szarpać się. Wypadałoby już na świat patrzeć z perspektywy własnego pochówku i ładzić wokół siebie, co tylko się da. Zwłaszcza wszystko, co tyczy rodziny, dzieci i wnuków. A także to, co tyczy swoich kotów i psów. To nie znaczy, żeby być od razu św. Franciszkiem, ale rozważnym człowiekiem po minionych wzlotach i upadkach. Takiej postawy trzeba się uczyć jak raczkowania, bo schodzi się niejako znów „do parteru”. „Gleichgewicht” – czyli zrównoważenie – jest piękną cnotą dojrzałości i nie ma nic wspólnego z kapitulacją.

Takie refleksje naszły mnie po przeczytaniu książki Martina Scorsese o własnym życiu i po premierze spektaklu w teatrze Krystyny Jandy wedle autobiografii Danuty Wałęsy.

Scorsese jest wielkim antyhollywoodzkim reżyserem, amerykano-sycylijczykiem, który spotkał się ze swoimi aktorami italiano-amerykanami (Roberto De Niro, Leo DiCaprio) i katolicko-irlandzko-amerykanami (Jack Nicholson), a ta wybuchowa mieszanka przyniosła wiele genialnych dokonań w kinie amerykańskim. Wyspowiadane rozmowy Scorsese są dla wtajemniczonych w fachu czymś w rodzaju przewodnika po znanych okolicach.
Podobnie jest z opowiedzianą autobiografią Danuty Wałęsy. Tyle że ona wiedzie nas po naszych rodzimych Himalajach najnowszej historii. Teraz rzecz skropliła się w teatrze Krystyny Jandy. Byłem na premierze spotkania obydwu wyzwolonych kobiet. Efekt jest niezwykły; mierząc go głębokością przeżyć, zasługuje na miano genialnego wydarzenia teatralnego, choć jest to teatr ubogi nad wyraz. Opowieść pani Danuty jest ponadliteracka. To znaczy jest literaturą, której nie da się wymyślić. Spektakl Jandy ma ten sam walor teatralny. Jest opowieścią o tym, jak pani W. robi jabłecznik, bo lubiły go dzieci. Obiera jabłka, robi ciasto, piecze je, a gdy wystygnie, kroi je na kawałki i daje do zjedzenia widzom.

Przy tym prozaicznym zajęciu opowiada nam swoje życie – nanizuje je na wielką historię i swój intymny los. To nie jest przyjemna opowieść, ale jej wymiar jest zgoła antyczny. Powoli wchodzimy w otchłań minionej rewolucji solidarnościowej, dawno uwiędłej pamięci i poczucia klęski uczestnictwa przy dawno zmurszałym stole.

Jest to też opowieść o miłości kobiety do mężczyzny, czyli jej do Lecha Wałęsy, opowiedziana z pięknym bezwstydem. Bezwstydnie opowiada też o „Solidarności” i ludzkiej nędzy zwycięzców. Nie wiem, jak to się działo, ale kilka razy podczas spektaklu wzruszenie dławiło mi krtań i broniłem się przed szlochem. Kiedy gratulowałem pani Krystynie Jandzie, przyznałem się do przeżyć, a ona powiedziała: „To ciekawe, ale wczoraj po próbie generalnej, kiedy tu weszłam, zobaczyłam w rogu Stasia Tyma. Siedział i płakał. Pytam go: »Stasiu, co ci się stało? «. A on powiedział: »Krysiu, daj mi popłakać «. I nadal płakał”.
Niezwykły los i osobowość pani Danuty oraz talenty pani Krystyny obdarowały mnie przeżyciami, jakich nie miałem w teatrze od „Dziadów” Konrada Swinarskiego i „Umarłej klasy” Tadeusza Kantora. Te baby osiągnęły najwyższy luksus, jaki w sztuce jest możliwy – prostotę. Trochę na tym się znam, bo pracowałem w tej konkurencji i obrabiałem losy ludzi podobnych do „rasy” pani Danuty. Ale tu, w teatrze Krystyny Jandy, te dwie herod-baby zrobiły jednocześnie wielką manifę babskości. One urwały się z wielowiekowego przycumowania do męskiego lądu i opowiadają jakimś sobie tylko znanym kodem o sprawach, które są poza zasięgiem samców.

Wyłaniające się z tych opowieści portrety Lecha Wałęsy i „Solidarności” nie są ani krzepiące, ani pocieszające. W momentach uwznioślenia, kiedy rzeczywistość teatru pochłaniała bez reszty – w hibernacji estetycznej – miałem upiorne wrażenie, że wszystko dzieje się na dnie zatopionego statku.
To było „wspaniałe przyjęcie”, o jakim mówi Martin Scorsese. Mam przekonanie, że przy dzisiejszym teatrze, totalnie gówniarskim, spektakl w Polonii Krystyny Jandy przywraca honor rodzimej scenie.
* * *
Zaś teatr w Sejmie to już małpi gaj. Nasłuchiwałem, co Donald Tusk powie w swojej mowie o Górnym Śląsku. Powiedział, że trzeba wybudować dwie kopalnie i kawałek autostrady do lotniska. Te kopalnie pojmuję jako koalicyjny haracz dla „kolonialnej” polityki Waldemara Pawlaka, czyli „wkładkę tłustego boczku” do grochówki, jaką w najbliższej przyszłości szykuje nam przywódca polskiego chłopstwa kumoterskiego. A kawałek drogi do lotniska – na otarcie łez.

Jesteśmy jak obładowany pociąg towarowy – nie powiem kim i czym – odstawiony na boczny tor.

Gazeta Wyborcza, 23.10.2012

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.