17
Grudzień
2006
07:12

Jesteśmy jak siostry . Gala nr 50/51/11.12

Jesteśmy jak siostry

Nie przejmują sie konfliktem, który poróżnił ich matki. MARIA SEWERYN, córka Krystyny Jandy, i HANNA KONAROWSKA, córka Joanny Szczepkowskiej, cieszą się, że mogły spotkać sie na scenie.

Na dodatek nie byle jakiej i w nie byle jakich okolicznościach.
Grają w „Trzech siostrach”, które zainaugurowały otwarcie dużej sceny w Teatrze Polonia.

Maria Seweryn ma 31 lat , jest mężatką,i ma dwie córki: 9-letnią Lenę i 2-letnią Jadwigę.Osiem lat temu ukończyła Akademie Teatralną, ma za sobą kilka ról filmowych i teatralnych w tym jedną rozbieraną w skandalizującym spektaklu ,,Shopping and Fucking”. Hanna Konarowska ma 23 lata. Nie poszła do szkoły teatralnej, lecz wcale nie dlatego, że wykładała tam jej mama. W tym roku zaliczyła warsztaty aktorskie w Nowym Jorku. Grała w kilku serialach, między innymi w tasiemcu „Na Wspólnej”. Aż do września tego roku, kiedy zaczęły się próby w Teatrze Polonia, nie stanęła nigdy na scenie.

Marysia jest esencją kobiecości. Można patrzeć w nieskończoność, jak porusza się, jak siada. Hania sprawia wrażenie trzpiotki, słodkiego aniołka. W sobotę 2 grudnia Marysia i Hania zagrały po raz pierwszy przed publicznością na nowo otwartej dużej scenie Teatru Polonia Krystyny Jandy. W spektaklu Czechowa „Trzy siostry” Hania jest tą najmłodszą. Nie obchodzi ich konflikt, który poróżnił i rozdzieli! zawodowe drogi ich matek. One właśnie spotkały się na scenie i uważają, że to spotkanie jest ważne i cenne.

GALA: Czy znałyście się wcześniej?

HANNA KONAROWSKA: Poznałyśmy się na imprezie u naszej wspólnej znajomej. Ale to nie była jakaś zażyłość, nie spotykałyśmy się.

GALA: Teraz sprawiacie wrażenie, jakbyście naprawdę były siostrami: w czasie sesji zdjęciowej Marysia dbała o to, żebyś ty, Haniu, dobrze wyglądała, przed kolejnym ujęciem wygładzała fałdy na twoim ubraniu.

MARIA SEWERYN: Myślę, że nasze relacje ze sceny przeniosły się do życia prywatnego. To zrozumiałe przed premierą, poza tym próby trwały trzy miesiące, spotykałyśmy się codziennie. Wiele razem przeszłyśmy. Każda z nas miała też kryzysy i wtedy te relacje były bardziej burzliwe.

HANNA: Czuję, że stałyśmy się w pewnym sensie rodziną. I to nie tylko dotyczy Marysi i mnie, ale wszystkich aktorów biorących udział w przedstawieniu. Cały zespół zżył się, polubił. Pamiętam taki wieczór po próbie, kiedy siedziałyśmy w garderobie z Joasią Kasperek i Agatą Buzek i czułyśmy, że wcale nie chcemy się rozstać, nie mamy ochoty nigdzie iść.

MARIA: W Teatrze Polonia, który jest teatrem bez stałego zespołu aktorów i realizatorów, powstał autentyczny zespól. Stworzyła się grupa ludzi bardzo silnie ze sobą związanych, mówiących sobie wprost wiele rzeczy. Trzeba to pielęgnować. To ewenement.

GALA: Obie pochodzicie ze znanych aktorskich rodzin, to ułatwia dogadanie się?

MARIA: Oczywiście. Nie rozmawiałyśmy z Hanią o naszych rodzicach, ale mam wrażenie, że wiele rzeczy rozumiemy pozawerbalnie dzięki temu, że Hania ma jako rodziców TAKICH aktorów i ja również mam TAKICH aktorów. Myślę, że w takiej sytuacji wielu rzeczy nie trzeba mówić, nie trzeba precyzować, nazywać. Czasem, kiedy zachowuję się w sposób niezrozumiały dla innych, widzę, że Hania doskonale wie, co się ze mną dzieje.

GALA: Mając jako rodziców TAKICH aktorów, a w twoim, Haniu, przypadku także TAKIEGO dziadka, czuje się presję, że powinno się zostać aktorką?

HANNA: W moim wypadku było przeciwnie – wręcz czułam obawę rodziców, żebym nie poszła w tym kierunku. M.in. dlatego że aktor w dużym stopniu zależy od innych. MARIA: Moi rodzice nie chcieli, żebym została aktorką. To trudny, okrutny i niesprawiedliwy zawód, który wymaga ogromnej odporności psychicznej. Pamiętam, kiedy mama przychodziła z teatru i płakała. Wtedy obiecywałam sobie, że nigdy nie będę go uprawiać. Ale kiedy miałam 17 lat, namówiono mnie, żeby zagrała w filmie „Kolejność uczuć”. To miała być tylko przygoda, zabawa. A okazało się, że zakochałam się w kinie.

HANNA: Myślę, że aktorstwo jest jak narkotyk. Kiedy się gra, zachodzą w organizmie jakieś niezwykłe reakcje – w ciele, w umyśle. Za tym się tęskni. To jest adrenalina.

MARIA: Dla mnie teatr i granie są oczyszczające. I trwam w tym zawodzie, chociaż okres, który poprzedza premierę, jest absolutnym koszmarem. Kiedy próbuję zrozumieć postać, którą tworzę, są takie chwile, kiedy wydaje mi się, że jestem bliska utraty zmysłów. Ale za to potem, kiedy ta postać już jest prawie poznana i oswojona, kiedy można ją przedstawić publiczności i razem z tą publicznością jeszcze głębiej ją poznawać, wtedy czuje się ogromną przyjemność. To rekompensuje wcześniejsze twórcze cierpienie.

GALA: Myślę, że tobie, Marysiu, absolwentce Akademii Teatralnej, łatwiej jest pracować nad postacią niż Hani, która nie była studentką.

HANNA: Nie ukończyłam szkoły aktorskiej w Polsce, ale zaliczyłam trymestr w szkole aktorskiej w Nowym Jorku, więc trochę wiem o tym zawodzie. Poza tym moimi nauczycielami byli rodzice. Oglądali mnie w rolach w różnych serialach, komentowali je.

MARIA: Ale po Hani naprawdę tego nie widać, że nie studiowała w akademii. Na scenie, w czasie prób natychmiast chwytała i rozumiała, o co chodzi. Szkoła to fantastyczne cztery lata, w czasie których człowiek uczy się pod okiem wspaniałych profesorów. Ale ten zawód naprawdę poznaje się w praktyce. Nie ukrywam, że dla mnie i dla mojej edukacji aktorskiej najważniejsze były lata 2001 i 2002, kiedy spotykałam się na scenie z moją mamą w spektaklu Donalda Marguliesa „Opowiadania zebrane”, który przygotowałyśmy wspólnie. Potem poznałam też innych świetnych reżyserów, między innymi Annę Augustynowicz czy Piotra Łazarkiewicza, ale właśnie tamten spektakl był lekcją warsztatu. Wymagało to ode mnie czasem dużego samozaparcia, bo trudno jest pracować z własną matką. Ale było warto.

HANNA: Kiedyś rozmawiałam z mamą na temat wspólnego grania i doszłam do wniosku, że to byłoby dla mnie zbyt trudne. Ale teraz dojrzałam, stałam się bardziej pewna siebie i już bym się nie wahała. Kiedy mama zaczęła uczyć w Akademii Teatralnej, to był właśnie jeden z powodów, który przesądził o tym, że nie zdecydowałam się zdawać do tej szkoły. Choć świetnie dogadujemy się w życiu, myślę, że w relacjach profesor – student byłoby nam bardzo trudno. Wtedy nie byłam na to gotowa, by z nią współpracować na innym polu niż rodzina. Za to kiedyś spotkałam się w filmie telewizyjnym z tatą (Mirosławem Konarowskim – przyp. red.), graliśmy w epizodzie ojca i córkę. To była dla mnie ogromna przyjemność.

GALA: Obie macie mamy o silnej osobowości, niezwykle emocjonalne. Czy w dzieciństwie nie miałyście wrażenia, że wywierają na was presję, coś w rodzaju „emocjonalnego terroru”?

HANNA: Kiedyś jeden z magazynów napisał, że gdy moja mama uczyła się roli, mnie i mojej siostrze nie wolno było nawet wejść do kuchni. Żeby przypadkiem nie stuknąć naczyniami i nie przeszkodzić jej. Muszę sprostować – to absolutnie nieprawda. Nigdy mama nie wymagała od nas jakiegoś specjalnego traktowania, nigdy nie zdarzyło się, że czegoś nam zabraniała, bo uczyła się roli.

MARIA: Moja mama też nigdy niczego nie wymuszała na mnie. Pozwalała mi na bardzo wiele. Ja sama musiałam się kontrolować. To jest pewien model wychowania – im więcej zaufania daje się dziecku, tym bardziej to dziecko próbuje temu zaufaniu sprostać.

GALA: Kiedy zauważyłyście, że wasze mamy to niezwykłe kobiety i znakomite aktorki?

MARIA: Przez wiele lat nie miałam świadomości, że mama jest kimś szczególnym. Urodziłam się w określonej rodzinie i to, co widziałam wokół siebie, uważałam za normę. Dopiero później zaczęłam zauważać, że mama wzbudza u ludzi emocje, że patrzą na nią w jakiś szczególny sposób: z podziwem, miłością, szacunkiem.

HANNA: Mogę się podpisać pod tym, co mówi Marysia. Nasze mamy to są nasze mamy. Zawsze na swój sposób podziwiałam mamę, a dopiero później zauważyłam, że obcy ludzie też ją podziwiają. Zauważyłam też, że rodzice moich kolegów ze szkoły wracają do domów o godzinie piątej, a moja mama o szóstej wieczorem dopiero wychodzi do pracy. Za to mam ją dla siebie rano. To takie małe rzeczy, które uświadamiają, że ta nasza rodzina jest inna.

GALA: Marysiu, kiedy byłaś w wieku Hani, miałaś roczną córkę. Gdyby Hania spytała, czy to pora na dziecko, co byś jej poradziła?

MARIA: Faktycznie, kiedy miałam 23 lata, Lena już miała rok… Wiesz, patrząc na Hanię, w ogóle nie uświadamiałam sobie tego. To było tak, że dziecko miało dziecko. Byłam bardzo rozwibrowaną, jasną, pozytywnie myślącą osobą. Teraz myślę mniej pozytywnie, bo życie i świat trochę mnie rozczarowały. Urodziłam dziecko i to zmienia wszystko w kobiecie. Trzeba było nagle dojrzeć. Uważam, że zbyt wcześnie stałam się mamą i poniosłam wszelkie tego konsekwencje. Nikogo nie namawiam do wczesnego macierzyństwa. Są takie czasy i żyjemy w takim kraju, że kobieta powinna jak najdłużej myśleć tylko o sobie.

HANNA: Dla mnie dziecko to na razie abstrakcja. Aż trudno mi uwierzyć, że Marysia w moim wieku była już matką. Ale moje myślenie jest inne niż Marysi teraz. Gdybym teraz urodziła dziecko, to w pewnym sensie miałabym ten problem z głowy i mogłabym zająć się karierą. A jeśli teraz zajmę się karierą, to potem może nie będę miała czasu na dziecko.

GALA: Powiedziałaś, Marysiu, że poniosłaś konsekwencje wczesnego macierzyństwa. Myślę, że przeciwnie – życie fantastycznie ci się ułożyło.

MARIA: Kiedy zaszłam w ciążę, zastanawiałam się, czy kobieta, która rodzi dziecko, mając 22 lata, a wchodzi w niedający stabilizacji zawód, która na dodatek wiąże się z rówieśnikiem, ma szansę, by jej związek przetrwał. I wtedy byłam pełna obaw. Ja i mój mąż musieliśmy razem dojrzewać, razem uczyć się żyć. Okazało się, że to właśnie dało nam siłę. Nie rozwiedliśmy się, w kwietniu będzie 10-lecie naszego związku. Oprócz dwóch cudownych córek to jest mój największy sukces. Mój mąż jest wyjątkowym człowiekiem. A w sferze zawodowej? Pamiętam, jak po studiach siedziałam w parku z małą Leną, kołysałam ją i widziałam kolegów ze szkoły, którzy biegli na próby do Teatru Narodowego. To były dla mnie ciężkie chwile, chociaż bardzo kochałam Lenę i to ona dawała mi poczucie sensu życia. Nawet dochodziłam do wniosku, że nie jest mi pisane być aktorką, bo los mi przygotował inny scenariusz. A kiedy jednak w 1998 roku po raz pierwszy zagrałam w Teatrze Powszechnym, to był kolejny trudny moment, bo dostałam bardzo złe recenzje. Krytycy pisali, że lepiej, żebym więcej nie pojawiła się na scenie. I dopiero moje spotkanie z alternatywną grupą teatralną i spektakl „Shopping and Fucking”, który wszystkich oburzył, dały mi poczucie własnej wartości i pewność siebie. Okazało się, że muszę znaleźć się w środowisku, które jest przeciwko tradycyjnemu teatrowi, żeby się tam odnaleźć i potem wrócić. Bardzo długo było tak, że kiedy wypowiadałam się publicznie, nie chciałam o sobie mówić: aktorka. Wciąż miałam wątpliwości. Teraz w końcu ich nie mam. Dziś jestem szczęśliwą aktorką. Także szczęśliwą żoną i matką.

HANNA: Ja też, jak ty kiedyś, mam problem z mówieniem o sobie, że jestem aktorką. Ale co miałam odpowiadać, gdy ostatnio ktoś pytał, czym się zajmuję? Że od trzech miesięcy mam próby? Wtedy przekonywałam sama siebie: „A powiedz sobie ten komplement – jestem aktorką”. Ale za każdym razem było mi głupio. Może dlatego, że nie skończyłam szkoły teatralnej?

GALA: Podpisałybyście się pod stwierdzeniem – „teatr moja miłość”?

MARIA: Oczywiście.

HANNA: Byłam przekonana, że mnie nie będzie ciągnęło do teatru. Zawsze bardziej interesowało mnie kino. Ale kiedy pojechałam na warsztaty do Nowego Jorku i stanęłam na maleńkiej scenie, nagle poczułam jakieś niezwykłe uczucie. I zrozumiałam, że to jest inna bajka: piękna, uzależniająca, dająca pełnię szczęścia. Pamiętam, że po pierwszym naszym spotkaniu w sprawie spektaklu „Trzy siostry” zadzwoniłam do mamy i popłakałam się w słuchawkę. Powiedziałam jej: „Mamo, czuję się jak puzzel, który był zagubiony i którego ktoś wsadził na jego miejsce”. Potem w czasie prób miewałam kryzysy, ale to wszystko nie było ważne.

MARIA: Każdy aktor przeżywa wątpliwości. Dochodzi do czegoś, wydaje mu się, że już zrozumiał swoją postać i jest szczęśliwy. A następnego dnia przychodzi na próbę i ma poczucie, że wszystko, co zrobił do tej pory, nie ma sensu. Używając porównania Hani – spektakl jest układanką z puzzli, wszystkie muszą do siebie pasować. Uwielbiam uczestniczyć w konstruowaniu tej układanki.

GALA: Co powiedziały wasze mamy, kiedy dowiedziały się, że w „Trzech siostrach” macie zagrać role, które 32 lata temu grały w tym spektaklu one: ty, Marysiu – Maszę, a ty, Haniu – Irinę?

MARIA: Zadzwoniłam do mamy natychmiast po tym, jak reżyser spektaklu Natasha Parry, żona Petera Brooka, powiedziała mi, że mnie angażuje. Mama ucieszyła się. Ale pewnie także przestraszyła się, wiedząc, jak wielkie jest to dla mnie wyzwanie. HANNA: Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy dostałam maiła z zaproszeniem na casting. I zawsze ten dzień będzie mi się kojarzył z Marysią, bo to właśnie ona mi przysłała list. Byłam wtedy w Nowym Jorku, gdzie uczęszczałam na warsztaty aktorskie. Kiedy przeczytałam maiła, z emocji oblałam się potem. Oczywiście od razu zatelefonowałam do mamy, chociaż w Polsce była pierwsza w nocy. Mama była bardzo szczęśliwa, nie mogła uwierzyć w tę nowinę, powiedziała, że to jest coś niesamowitego. Choć było to tylko zaproszenie na casting i w ogóle mogłam tej roli nie dostać, cieszyłyśmy się bardzo. Długo nie mogłyśmy się rozłączyć i jak dzieci piszczałyśmy z radości w słuchawki. A kiedy dostałam rolę, mama była bardzo wzruszona i szczęśliwa, że gram Irinę, tak jak ona. Nie wiem, czy była pewna, że sobie poradzę. Ja sama nie miałam tej pewności. Wiem, że we mnie wierzy, tak samo jak tata. Tata powiedział, że idealnie pasuję do tej roli.

GALA: 2 grudnia, w przeddzień premiery, po raz pierwszy zagrałyście Maszę i Irinę przed widzami-sponsorami. Jakie emocje poprzedzały spektakl?

HANNA: Czekałam na niego z niecierpliwością, z jaką dziecko oczekuje Gwiazdki. Byłam wypełniona pozytywnymi emocjami. Myśląc o spektaklu, czułam radość, miałam ochotę skakać na scenie. Ogarniało mnie uczucie bezgranicznego szczęścia. Z drugiej strony, debiutując w teatrze, czułam też ogromną presję i przede wszystkim odpowiedzialność.

MARIA: Chociaż dla mnie to nie była pierwsza premiera, bardzo się denerwowałam, wiedząc, jak ważny jest to spektakl dla naszego teatru. Pamiętam głównie przytłaczające poczucie odpowiedzialności. Moja mama, grając Maszę w inscenizacji pana Bardiniego, była ze mną w ciąży. Kiedy weszłam na scenę, a moi rodzice byli na widowni, był to dla mnie symboliczny i wzruszający moment.

Na zdjęciu: „Trzy siostry” w Teatrze Polonia w Warszawie.»

„Jesteśmy jak siostry”
Ewa Smolińska-Borecka
Gala nr 50/51/11.12
13-12-2006

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.