14
Sierpień
2010
00:08

Shirley

zobacz zdjęcie

JESTEM CHOLERNĄ GWIAZDĄ

ESTEM CHOLERNĄ GWIAZDĄ

KRYSTYNA JANDA OPOWIADA O NAJNOWSZEJ ROLI W FILMIE MAŁGORZATY SZUMOWSKIEJ, KŁOPOTACH FINANSOWYCH, BORYSIE LANKOSZU, A PRZEDE WSZYSTKIM O SWOICH TEATRACH.
____________________________________________________________

Rozmawia Magdalena Rigamonti

NEWSWEEK: Przystanek tramwajowy przy pani nowym teatrze to nadal Kino Ochota, a nie Och Teatr. Nie zadbała pani o to, żeby zmieniono?
KRYSTYNA JANDA:
Pisaliśmy pisma, ale odmówiono. Trudno – uodporniłam się. Teraz w ogóle wścieka mnie znacznie mniej rzeczy, szczególnie takich drobiazgów. Mam poważniejsze problemy. Proszę chwilę poczekać, tylko porozmawiam z hydraulikiem… (wychodzi na kilka minut). Sprawa dziur pod nową instalację. A to tylko czubek góry lodowej. Marysia (Maria Seweryn, córka Jandy i szefowa Och-Teatru – przyp. red.) tym zarządza, ale teraz ma próby do premiery „Kim jest Sylwia?”, więc to jest na mojej głowie. W przyszłym roku wentylacja, a może nawet klimatyzacja. W tym tylko ocieplimy dach.
Ludzie komitety kolejkowe tworzą, żeby wejść na pani „Shirley Valentine” albo na „Boską!”, a pani mi tu o remontach, budowach…
– „Shirley” miała zawsze powodzenie. Gram ją 21 sezon. Znam takich, którzy byli 50 razy i mówią, że bez tego spektaklu nie mogą żyć. Jeśli mają problem, albo depresję, idą na „Shirley” i podobno wychodzą w lepszym nastroju.
A jak pani przychodzi na „Shirley”, to co się dzieje?
– Ja lubię to grać. Ten spektakl zmienia się razem ze mną. Wiem, co mam opowiedzieć, jaka jest konstrukcja, natomiast używam środków wyrazu zgodnych z czasem, chwilą, organizmem. Premierę „Shirley” grałam w szóstym miesiącu ciąży, a zrobiłam tę rolę z nudów. Dzisiaj byłaby nie do oglądania, gdyby się nie zmieniała w zależności od etapów mojego życia.
Poza tym ten spektakl jest tani, na scenie jestem tylko ja i zawsze do dyspozycji. Gram, jak trzeba i kiedy trzeba. Na razie są tłumy.
Już chyba nie robi na pani wrażenia, że zrywają się na równe nogi i krzyczą: boska, boska!
– Robi, robi. Rozumiem to jako wdzięczność. Zatrzymuję oklaski, bo myślę sobie, że tak naprawdę ludzie marzą o tym, żeby już wyjść na powietrze. A i ja po tym spektaklu jestem umordowana jak pies.
Może wystarczyłoby grać „Shirley”, mieć komplety i dać sobie spokój z otwieraniem kolejnego teatru?
– No nie, to by była śmierć. Chociaż ostatnio miewam momenty bezsilności i zwątpienia. Z drugiej strony każdego wieczoru, we Włoszech na urlopie też, dostaję SMS-y z obu sal – widownie pełne, spektakle świetnie zagrane… Po takiej wiadomości zapominam o kłopotach. A na co dzień zapominam także, kiedy sama wychodzę na scenę.
Minister Zdrojewski powiedział, że jest pani dobrem narodowym. Ma pani z tego jakieś profity?
– Zależy jak to pani rozumie. To jest bardzo miły minister. Przychodzi na nasze premiery. Lubi teatr. Znamy się jeszcze z Wrocławia, kiedy on był szefem miasta i fundatorem festiwali piosenki aktorskiej, a ja prawie co roku na tym festiwalu występowałam. A teraz ciągle mnie pyta: „I co będzie dalej? Pani powinna stać na scenie i grać, a nie remontować, martwić się o rachunki. Szkoda pani na to, to praca i problemy pani nie potrzebne. Pani musi grać!”.
Mówi i daje kasę? Czy tylko tak pani żałuje?
– Martwi się tylko o mnie. I chyba współczuje. Nie może dać potrzebnych pieniędzy, bo nie ma na to przepisów. Ostatnio śmiał się ze mnie, że bardziej ucieszyłam się podarowanymi przez Vogel & Noot kaloryferami niż udaną premierą. Pewnie ma rację, może rzeczywiście szkoda mnie na taką pracę, a ja myślę: no, jeszcze dwa lata, jeszcze trzy, wszystko się unormuje… A może nie wytrzymam, nie dam rady? I odejdę, zrezygnuję. Pewna jestem, że nie pociągnę długo w ten sposób. Często nie mam już siły się martwić, że coś przecieka, ze trzeba zapłacić, umówić, spotkać. A grać można zawsze. Cały czas wydaje mi się, że to sytuacja przejściowa i wszystko się jakoś ureguluje, i będę miała więcej spokoju… I tak to już trwa pięć lat. Za dwa lata kończę 60 lat, a od pięciu pracuję od 6 rano do 12 w nocy. W weekendy też. W tym roku odmówiłam dwóch ról w zagranicznych filmach, dużych ról.
Ale nie odmówiła pani Małgorzacie Szumowskiej i zagrała w jej francusko-polskim „Sponsoringu”?
– No, ale to były dwa dni zdjęciowe. Na tak krótko mogę wyjechać. A odmówiłam dwóch głównych ról – każda to trzy miesiące nieobecności w Polsce.
I co? Żal?
– Trochę żal. Jeden to film francuski, drugi niemiecki. Bardzo dobre scenariusze. W ogóle po „Tataraku” Andrzeja Wajdy posypały się zagraniczne propozycje.
Postawiła pani na szali film i teatr?
– Nie mogę teraz nic ważyć. Mam teatr i już. Muszę tu być, przynajmniej na razie.
A ja byłam przekonana, że pani ma strategię filmową i dlatego gra tylko w jednym filmie rocznie – dwa lata temu „Tatarak” Wajdy, rok temu „Rewers” Lankosza, a teraz „Sponsoring” Szumowskiej.
– Moja praca filmowa nie polega na strategii, ale na propozycjach. Jeśli rola jest interesująca, a zdjęcia do filmu realizowane są w Warszawie i kończą się tak, że mogę zdążyć do teatru na wieczorny spektakl, proszę bardzo. Jestem na miejscu, można się ze mną w każdej chwili porozumieć. Jednak propozycji z Polski nie ma. W każdym razie interesujących
I dlatego filmowców ściąga pani do siebie? Słyszałam, że Lankosz ma u pani reżyserować.
– Borys, mam nadzieję, zadebiutuje u nas w teatrze na przełomie sezonów. Będzie to prawdopodobnie „Noc Walpurgii albo kroki komandora” Jerofiejewa. Bardzo trudny, ważny tekst. A spektakl będzie kosztowny i zupełnie niekomercyjny.
Z przekąsem pani to mówi?
– Z przekąsem? Nie, raczej ze świadomością zadania. To będzie premiera dla Teatru Polonia. A w Och-Teatrze „Kim jest Sylwia?” Edwarda Albeego będzie kosztowało tyle co dach. Reżyserują Kasia Adamik i Olga Chajdas, to w tych próbach uczestniczy teraz Marysia. Główną rolę zagra Piotr Machalica. Potem planujemy komedię napisaną dla nas przez Robina Hawdona „Z soboty na niedzielę”. Tekst jest tak śmieszny, że przy czytaniu umieram z radości. Nie mogę się doczekać tych prób.
O czym to jest?
– Klasyk. Napisany w hołdzie Georges’owi Feydeau. Żona miała wyjechać na weekend… Nie, nie, pomyliłam. Mąż miał wyjechać na weekend, a żona pod jego nieobecność miała przerobić coś w domu i jednocześnie umówić się z kochankiem. Mąż nie wyjechał, tylko umówił się z kochanką. Po czym następuje seria pomyłek i każdy musi udawać kogoś innego. Uwielbiam ten tekst. Rola żony jest napisana specjalnie dla mnie.
A skąd pieniądze?
– Myślę o takim rozwiązaniu, żeby wykorzystując ustawę, która działa na przykład w wypadku budowy dróg, podpisać z polskim państwem umowę o partnerstwie publiczno-prywatnym. Ustawa PPP, która w kulturze jeszcze nie działa. Już zaczynam nad tym pracować. Wiem, że szkoła Andrzeja Wajdy również. W tej chwili żeby dostać jakiekolwiek pieniądze, muszę składać wnioski, trzyletnie plany artystyczne – szczegółowe, z nazwiskami reżyserów i dokładnie wyliczonymi kosztami. Żaden inny dyrektor teatru nie ma takiego obowiązku. I owszem, zdarza się nam dostać granty, ale to jest dotacja ok. 3 zł. do biletu. Gdyby była umowa z państwem, to o pieniądze też musielibyśmy się starać, ale postawę finansową mielibyśmy zapewnioną.
Ile to jest ta podstawa?
– Pewnie jedną dziesiątą tego, co dostają teatry państwowe. Jednak mogłabym spać spokojniej, bo za tę sumę można zrealizować powiedzmy cztery premiery rocznie.
I co, minister kultury mógłby wtedy zadzwonić i powiedzieć: pani Krysiu, niech mi tu pani „Mayday” wyreżyseruje?
– Wie pani, ja nie mam nic przeciwko zamówieniom, ale nikt w Ministerstwie Kultury ani w Biurze Teatrów nie dyktuje tytułów ani nam, ani teatrom państwowym. Ale jestem otwarta na propozycje. Teraz gramy codziennie, przez całe wakacje przy placu Konstytucji, w sumie 60 spektakli. Wczoraj na przedstawieniu było 600 stojących widzów. W dużej części to inteligencja, która nie ma pieniędzy na teatr. Wielu przychodzi codziennie. A miasto codziennie ma wartościową imprezę za 3,5 tysiąca złotych. To brzmi jak żart, a i tak były problemy ze zdobyciem tych pieniędzy. Mamy już pięć plenerowych spektakli, myślę, że od dawna wypełniamy zasady umowy państwowo-fundacyjnej.
Może pani z tą misją przesadza? Może nie trzeba podawać teatru na ulicy w dodatku za darmo?
– Mam potrzebę kontaktowania się z ludźmi, mówienia poprzez teatr o rzeczach ważnych. Przecież nawet „Boska!” ma przesłanie.

Nigdy nie buja pani w obłokach?
– Najbardziej lubię wstać i coś robić. I zawsze taka byłam. Lubię robić to, co robię. Sprawia mi to przyjemność i daje satysfakcję. Nie czuję się niedowartościowana, niedoceniona. Szczególnie przez publiczność. Takie życie ma sens. Czuję się wolna artystycznie.
Jest pani dobrym dyrektorem teatru?
– Świetnym. Bo już miałam i pieniądze, i nagrody, i splendory, i sławę, i powodzenie… I nie mam wygórowanych artystycznych ambicji – więcej zagrałam i zdobyłam niż marzyłam.
Kasę umie pani zarabiać?
– W mojej pracy nie chodzi o pieniądze. Nie chcę się nachapać. Bo gdybym chciała, to grałabym w kółko „Shirley Valentine” i już. Założyłabym spółkę z o.o. i w jakiejś małej salce odkładałabym zarobione pieniądze dla siebie.
A granie? Satysfakcjonuje?
Pewnie. Granie jest dla mnie czymś prostym i naturalnym. Prawie jak oddychanie. Męczy mnie umiarkowanie, co dla teatru jest ważne, bo gram dużo, często z konieczności. Lubię ten zawód i kłopoty w tym zawodzie. Tak że nic mnie nie przeraża…
I cały swój czas poświęca pani teatrowi…
Jestem w zasadzie samotna. Synowie są prawie dorośli, więc jestem do dyspozycji teatru zawsze i w wielu funkcjach: aktorki, reżysera, adaptatorki, szefa literackiego, akwizytora, dozorcy budowlanego, reprezentacji. I w końcu teatr jest dla mnie tak ważny, że wszystkie swoje humory, jeśli nawet je czasem mam, bo jestem podobno cholerną gwiazdą, wkładam do kieszeni i nie epatuję nimi. Dla dobra teatru. Mogę śmiało powiedzieć, że nie istnieje rzecz, której bym nie zrobiła dla naszych teatrów. Teatr i jego dobro są najważniejsze. „Czynnik ludzki” nie wchodzi w grę. Przynajmniej z mojej strony.

ROZMAWIAŁA MAGDALENA RIGAMONTI

NEWSWEEK 34/2010

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.