01
Lipiec
1998
01:07

Uroda, nr 7/1998, Felieton

zobacz zdjęcie

Drżący ptak

Jadę do Petersburga. Ostatni raz byłam tam dokładnie dwadzieścia trzy lata temu i kiedy stamtąd wyjeżdżałam, przysięgałam sobie, że to był ostatni raz, że nigdy już tam nie wrócę. Nazywał się wtedy Leningrad.

Teraz niby wszystko się zmieniło. Jadę do Petersburga. Grać „Callas”. Muszę! Teatr! Obowiązek! Wyjeżdżam niechętnie.

Zofia Mrozowiska nie uczyła mnie nigdy. Nie znałam Jej jako Pani Profesor, ze szkoły; znałam z teatru, aktorkę, na której role chodziłam sama, po cichutku, po cichutku ją oglądałam i wychodziłam po cichutku, żeby niczego nie spłoszyć. To było tak, jakby się oglądało trzepot niezwykłego, zranionego ptaka i zawsze miałam uczucie, że nie należy nawet oddychać, żeby ten niepokój, to drżenie, to piękno, nie było dla niej jeszcze bardziej bolesne.

Słyszałam kiedyś anegdotę opowiadającą o nieśmiałości pani Zofii. Podobno przedstawiała się kiedyś zespołowi jakiegoś prowincjonalnego teatru, do którego przyjechała grać. Wszyscy ustawili się rzędem na scenie. Każdemu podawała rękę, dygała przed nim i szeptem mówiła: Mrozowiska jestem, Mrozowiska jestem, Mrozowiska jestem, na koniec, całkowicie już speszona, wpadła do kanału orkiestrowego, złamała nogę i tak skończyły się jej gościnne występy. Chętnie w to wierzę.

Wtedy, dwadzieścia lat temu, wyjechała z nami, studentami trzeciego roku warszawskiej Wyższej szkoły Teatralnej, która nazywa się teraz Akademią, do leningradzkiego Instytutu Teatralnego, w ramach wymiany między uczelniami. Wyjechała jako nasz opiekun artystyczny.

W Rosji nie miałam interesów do zrobienia, jeansów do sprzedana, złota do kupienia, wódki do wypicia, przyjaciół ani rodziny do odnalezienia. Koledzy z roku uznali- będziesz się Nią zajmować. I tak spędziłam z tym pięknym, drżącym ptakiem dwa tygodnie w Leningradzie, i tak postanowiłam sobie, że nigdy tam nie wrócę, bo mnie, a głownie Ją, tam popychali na przejściach dla pieszych.

Pierwszego dnia zaproszono nas na różne zajęcia, wykłady, w ich szkole i cały dzień tłumaczono, że nie wolno u nich grając reagować indywidualnie. Wielu studentów pochodzi z bardzo odległych republik, gdzie kobiety chodzą zakfefionei nie wiedza jak reaguje europejska kobieta. Uczą się, więc powtarzając wiernie sposób, w jaki zakochiwała się w męzczyżnie np. Tatiana Samoiłowa w jakimś filmie roku 1952, oglądają na ekranie i naśladują. Poczułam, że ptak w pani Zofii zaczyna drgać z niepokoju, a kiedyś jakaś wyjątkowo zapalczywa tatarska dziewczynka pchnęła szpadą wyimaginowanego Hamleta a z roku 1948, ścisnęła mnie gwałtownie za rękę i poprosiła, żebym pomogła jej stamtąd wyjść. Wyczerpany, drżący, delikatny ptak, upał na łóżko w swoim pokoju, bez sił.

Następnego dnia Zaprowadzono nas do małego pokoju, posadzono pod ścianami i oświadczono, że oto będziemy świadkami nowej metody nauki aktorstwa, przez….Hipnozę. Zamknięto z nami dwoje studentów Tanię i Alika a jakiś szarlatan w powypychanym, elastycznym, szafirowym garniturze, paląc papierosa zżółkłymi palcami, zaczął nas hipnotyzować.

Pani Zofia wbiła paznokcie w mój łokieć i szeptem błagała żebym ją obudziła, gdyby się okazało, że to na nią działa. Nieogolony, szafirowy, hipnotyzował nas tak: Adin, dwa, tri, czetyrie, myszcy swabodny ( mięśnie rozluźnione)- darł się, wsio spakojna, wsio wielikaliepna- krzyczał. U was jest dużo przyjaciół- charczał. Jesteście kosmonautami! Lecicie w kosmos! Wyobraźcie sobie wielką łąkę, dużo kwiatów, wszyscy was kochają, i przyszli was żegnać!

( Operuję dużym skrótem, bo darł się tak na nas z piętnaście minut, powtarzając, co chwila przerażające- Myszcy Swabodny! Wsio spakojna! Wsio wielikaliepna!)

Wsiadacie do rakiety i …….Dziesiat! Diewiat! Wosiem! Adin! I…….Alik wstanie i powie nam teraz monolog z Czechowa!

I przysięgam Bogu, całkiem zahipnotyzowany Alik powiedział z zamkniętymi, co prawda oczami, ale absolutnie genialnie monolog z Czechowa i usiadł. Szafirowy na to wrzasnął: Tri! Dwa! Odin!……Tania!!!…Ale Tania dostała jakiś drgawek i na naszych oczach wpadło dwóch facetów i ją wynieśli, a nasz hipnotyzer oświadczył, że Tania się za bardzo zahipnotyzowała.

Pani Zofia, słaniając się, wyszła z „pokoju nowych metod”, a ja holowałam ja roztrzęsioną, starając się ją uspakajać, sama nie mogąc sobie poradzić z tym co przed chwilą zobaczyłam.

Kolejnego dnia poszłyśmy obie do Teatru na przedstawienie „ Zmowy świętoszków”, Bułchakowa. Ten spektakl był tak niezwykły, że musiałabym tu pisać tydzień, aby dostatecznie wyrazić zachwyt, a Jurski w roli Moliera, jest do dziś kimś najwspanialszym kogo udało mi się widzieć na scenie. Nigdy potem ani nigdy przedtem żaden aktor nie zrobił na mnie takiego wrażenia. (Dowiedziałam się kilka lat później, że w chwilę po naszym wyjeździe z Leningradu, dostał zakaz występowania w dużych miastach, ale nie o tym tu pozornie mowa.)

Pani Zofia płakała po cichutku z zachwytu przez cały spektakl, a potem była tak szczęśliwa i wdzięczna za to przedstawienie, że w toalecie teatralnej, pół godziny potrząsała ręką nic nie rozumiejącej babci klozetowej, szepcząc wzruszona: – Spasiba. Spasiba….

Z trudem tego drżącego, wzruszonego ptaka wyciągnęłam na ulicę i nakłoniłam do powrotu w realny świat.

Na ulicy dramat. Pani Zofia zapomniała w tej toalecie zrobić siusiu. Konia z rzędem temu, kto by wtedy w Leningradzie znalazł toaletę, a o wejściu do jakiejkolwiek restauracji nie było mowy.

Znalazłam. Na jakimś placu, jedyną, ale okazało się, że jest to toaleta koedukacyjna i że w związku z tym pani Zofia tam nie wejdzie.

Spojrzałam na nią uczepioną drzewa, upokorzoną i bezradną i postanowiłam działać.

Weszłam, omówiłam sytuację z kolejną babcią klozetową a ta bez chwili namysłu wstała, stanęła na szeroko rozstawionych nogach i krzyknęła: – Tawariszczi!!! Adna żeńczyczyna iż Polszy, aktrisa, itd….I jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, uśmiechnięci, dopinający w pośpiechu rozporki mężczyźni, zaczęli wysypywać się z kabin. Wyszli na ulicę, a przerażona pani Zofia dygając w podzięce, szła szpalerem pozdrawiających ją i Polskę panów – zrobić siusiu.

Po chwili wyszła, czerwona, roztrzęsiona, umierająca ze wstydu, a oni poklepując ją po plecach, dawali do zrozumienia że nic nie szkodzi, pokazywali z dumą niedaleką cerkiewi mówili że tą ulicą na której stoimy, Dostojewski codziennie chodził do biura, i ……Wrócili do kabin dokończyć przerwane sprawy.

Potem pani Zofii nie widziałam ze dwa dni. Pod koniec pobytu, kupiła mi w prezencie lalkę, powiedziała, że jest mi bardzo wdzięczna, że mi dziękuje, a przeżyłyśmy jeszcze potem wiele niezwykłych momentów, które opisywałabym godzinami, choćby historia jak świętowałyśmy Dzień Pioniera, czy co widziałyśmy w pokoiku Raskolnikowa, albo o studencie Instytutu Teatralnego – Wani, który z nami mieszkał z całą nasza grupą dwa tygodnie, bo nigdy nie zdążył do domu przed podniesieniem mostów na Newie, ale jakoś komputer mi się zniechęca.

Po tym pobycie, Leningradzki Instytut, wyróżnił mnie propozycją, studiowania u nich, bo u mnie talent wielikij, ale tiochniki niet…..Ale ja z przerażenia wolałam zajść w ciążę.

Ten kraj straszny i piękny. To miasto, którego wtedy dotknęłam, nie potrafię przypomnieć inaczej jak tylko słysząc trzepot przerażonego delikatnego, pięknego ptaka, które przyszło mi tam trzymać za skrzydła.

Wróciłyśmy. Ja w rzędy teatru Współczesnego, żeby usiąść jak przedtem, po cichutku, i ją oglądać. Pani Zofia żeby rozdawać lek, i nieśmiały uśmiech, ze sceny tego teatru.

Nie rozmawiała z nią już nigdy potem.

Ps: Byłam tam tylko dwa tygodnie, mogłabym o tym pobycie pisać książkę. Ale czy to dziś warto? Jadę. Zobaczę, co będzie tym razem. A z drugiej strony, taką ochotę miałabym opowiedzieć, jak Zbyszek Zapasiewicz, wrzucił kiedyś w Leningradzie lakierowany but do Newy, a wszyscy podczas naszej biedy, podczas stanu wojennego tego żałowali…. Ale może innym razem albo zapytacie o to samego Zbyszka.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.