25
Luty
2004
21:02

Jacek Janczarski

Moja Droga B.! Dziś tak mi źle, że muszę do Ciebie napisać. Co to była za noc! Wiatr wiał jak oszalały, wściekał się, szalał, ryczał, gwizdał, darł się rozdzierająco. Był tak wściekły, jakby chciał rozwalić, roztrzaskać ten świat. I miał rację.

Jestem we Włoszech, na lodowcu znajdującym się na wysokości 3300 metrów. Już świt. Całą noc, zadziwiona tym tak gwałtownym wiatrem i śnieżycą, nie zmrużyłam oka. Przed chwilą mój telefon wyświetlił mi tekstową wiadomość z Polski. Dziś w nocy zmarł Jacek Janczarski… Patrzę na ekran telefonu, na to absurdalne zdanie, ciągle, jak zaczarowana, i wciąż nie mogę uwierzyć, że to prawda. Za co? Po co? Dlaczego? Jakim prawem! Z jakiej winy? Z jakiego pieprzonego powodu, do cholery? Patrzę w okna, przed chwilą jeszcze rozsadzane burzą śnieżną, siedzą cichutkie, nagle potulnie czekają, nawet nie dyszą, nie okazują, że są umęczone tą nocą, a tak się skarżyły, tak jęczały, tak narzekały i płakały całą noc. Aaaa! Gówno mnie obchodzą cholerne włoskie jakieś okna, co one wiedzą o moim polskim życiu? O Jacku? Nie żyje! Dlaczego? Protestuję! Nie zgadzam się! Ogolę się na łyso! Zjadę na oślep przez burzę i wiatr z lodowca, głową w dół, po stromych ścianach, po lodzie. Nie, położę się i nie wstanę, aż mnie do tego nie zmuszą, albo wskoczę zaraz do pustego o tej porze basenu i będę pływać tak długo, dopóki nie zasłabnę i nie zemdleję. Ta śmierć budzi we mnie absurdalną chęć samookaleczenia, destrukcji, złość a zamiast żalu czuję tylko wściekłość i sprzeciw.

Czy go znałam? Nie, właściwie tak naprawdę to go nie znałam. Przybiegłam kiedyś do niego, bo mieszkał blisko wytwórni filmowej i krzyknęłam:

– Pisz szybko jakieś najgłupsze słowa do piosenki, które ci przychodzą do głowy, są potrzebne za dziesięć minut w filmie, Jurek Satanowski czeka przy klawiaturze, żeby do nich coś równie beznadziejnego skomponować!

– Jak się nazywa film? – zapytał tylko.

– Przesłuchanie – odpowiedziałam.

– O co tam chodzi? – rzucił, siadając do maszyny.

– No, przesłuchują mnie – odpowiedziałam. I już pisał….

Zgadnij kotku, co mam w środku,

co się dzieje w duszy mej.

Przytul główkę swej malutkiej,

trochę dobrej, trochę złej…

Wiem, że kiedyś bardzo lubił słuchać, jak opowiadam, mówił, że cała jestem jedną zabawną anegdotą, i to on przed laty namówił mnie na pisanie felietonów do „Szpilek”, których był przez chwilę redaktorem naczelnym. Jemu, czerwona jak burak, ze zwiniętej, zmiętoszonej kartki, po cichu, do ucha, czytałam pierwsze swoje wypociny. Ale tak naprawdę nie znałam go. Ale był mi potrzebny, świadomość, że gdzieś tam jest, że można być takim człowiekiem jak on, stała się niezbędna do życia.

Zapytał kiedyś, jaki jest mój ulubiony wiersz. Bez wahania powiedziałam, że Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka Eliota, a szczególnie fragment:

Nie! Nie jestem Księciem Hamletem, nikt mnie nie brał za niego;

Jestem członkiem orszaku, tym, który

Uroczystości dodaje powagi,

Zagra w dwóch lub trzech scenach.

Doradzi księciu, jest do usług,

Skwapliwie spełnia polecenia,

Jest polityczny, przezorny, dbały o każdy szczegół,

Pełen wzniosłych maksym, ale trochę tępy,

Czasem, zaiste, prawie śmieszny.

Prawie, czasem, Błazen.

Starzeję się… starzeję…

Niedługo mankiety u spodni podwinę.

Może sobie rozdział zrobię z tyłu głowy?

Czy ośmielę się zjeść brzoskwinię?

Będę przechadzał się wzdłuż morza w spodniach z białej flaneli.

Słyszałem śpiewy topielic.

Nie sądzę, aby kiedyś miały śpiewać do mnie.

/przełożył Władysław Dulęba/

Jacek słuchał, potem, po chwili ciszy, w której ja wstydziłam się, że nagle recytuję jakiś wiersz, a nigdy tego nie robię, to mnie żenuje, wiersze są jak wyznania miłosne, czyta się je i słucha ich w samotności, bo tak jest lepiej, powiedział: „To jest o mnie”.

Nie znałaś go, moja B., żałuj, kiedy zna się ludzi takich jak on, to wciąż ma się nadzieję i wiarę. A tak jej mało.

Dobrze, że napisałam ten list. Teraz mi lepiej. Idę wziąć burzę za mordę, a swoją drogą, nie dziwię jej się, każdy czasem chciałby roztrzaskać ten świat i porządek rzeczy, na jaki jesteśmy skazani. Ale co może taka włoska, nawet lodowcowa, burza?

Twoja K.

PS. A Ty, Jacku, pisz tam sobie dalej, tak jak chcesz, o małym człowieczku, którego zawsze lubiłeś najbardziej, za to, że ma wady i śmieszności, lubiłeś człowieka zwykłego, codziennego, z błędami. Mam nadzieję, że anioły też nie są doskonałe i dostarczą Ci, tak jak my, materiału i anegdot. Całuję Cię.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.