27
Grudzień
2013
00:12

Ja nie zwolnię, bo tak lubię

Agnieszka Kublik: Jest pani rodzinna?

Krystyna Janda: – Bardzo, bardzo. I rodzina jest mi bardzo potrzebna. Rytuały, które każda rodzina tworzy i śledzi, nawet wbrew sobie. To daje poczucie bezpieczeństwa.

Spotykamy się w ciągu roku tak „fundamentalnie” i wszyscy, tylko z okazji urodzin i imienin mojej mamy. Przy innych okazjach obecność nie jest traktowana tak obowiązkowo. Ale Wigilie, śniadania w pierwsze dni Świąt, rocznice śmierci, ślubów, staramy się jednak spędzać razem, lub przynajmniej kontaktować się w sposób wyjątkowy z tych okazji. Jest nas „dużo”. Pracujemy, uczymy się, podróżujemy, ważne żeby pamiętać o sobie. Uwielbiam te śniadania, obiady, kolacje. Przygotowuje je mama z gosposią. Czasem mnie pyta, jakie menu, bo w rodzinie są wegetarianie.

Te święta też rodzinne?

– Tak. Święta jak co roku w Milanówku, cztery pokolenia: mama, ja i siostra, nasze dzieci i ich dzieci. W tym roku nie będzie rodziny spoza Warszawy, ale jak co roku będzie przyjaciel rodziny, samotny starszy pan, który już od lat święta spędza z nami. W tym roku będzie trochę inaczej, bo nasze dzieci wyjeżdżają na narty, na ferie, w związku z tym, tylko w Wigilię będziemy razem. Ale będziemy. Złożymy sobie jak co roku życzenia wszystkiego dobrego, zdrowia, powodzenia…

Wszystko dookoła bardzo się zmieniło, ale my dalej staramy się być tradycyjni. Choć i nasza rodzina jest rozbita. Zdarzyły się rozwody. Taki czas. Teraz to norma. Proszę popatrzeć dookoła, w każdej klasie jest przynajmniej połowa dzieci z rozbitych rodzin.  Dawniej normą były dozgonne nieszczęśliwe małżeństwa. Ale w naszej rodzinie, więzi, nawet z tymi , którzy są teraz „dalej”, ciągle są i są silne.

Śpiewacie razem?

– Nie, wstydzimy się. Zresztą dzieci tego nie lubią. My „śpiewamy zawodowo”.  Pamiętam, kiedy moi synowie byli mali, woleli żeby czytała im książki babcia, moje czytanie traktowali jak występ, bo interpretowałam mimo woli. W rodzinie w ogóle nic nie udajemy. Prostota i bezpośredniość, to sobie cenimy.

Kolędy?

– Nie, nie śpiewamy kolęd. Słuchamy ich z płyt. Mamy taką płytę Zespołu Mazowsze która wydaje się nieśmiertelna.

Maria Seweryn, pani córka jest tak samo silna, szybka jak pani. Tak chciała ją pani wychować?

– To raczej geny. Zresztą dzieci wychowuje się głównie przez przykład. Nie ma silniejszej lekcji niż, ta, którą dzieci widzą i słyszą.

Synowie też odziedziczyli ten gen?

– Nie wiem. Mają 21 i 23 lata. Obaj są studentami. I naprawdę są już z innego świata. Są rodzinni, podporządkowują się ustalonym od dawna tradycjom, ale….jeden z nich żyje teraz w jakiejś dla mnie abstrakcji, fizyka teoretyczna. Twierdzi, że poukładał mu się świat, a był dla niego chaosem dopóki nie zaczął zajmować się tą fizyką. Wydaje się że jest szczęśliwy. Pytam, co ty będziesz robił po tej fizyce? – Mam bogatą matkę, mogę się zajmować fizyką – odparł. Zobaczymy, to są jego drugie studia. Drugi syn jest studentem amerykanistyki. Zobaczymy.

Kiedy mój mąż umarł, synowie byli nastolatkami. I tego samego dnia stali się dla mnie dorośli, stali się z dnia na dzień moimi partnerami życiowymi. Partnerom życiowym już się nie dyktuje, gdzie mają iść na studia i co mają robić. Powiedziałam: – Róbcie co chcecie ze swoim życiem, ja was nie będę do niczego zmuszała. Uważam że jesteście dorośli. Byli bardziej odporni i silniejsi w tamtej chwili ode mnie. Wkrótce się wyprowadzili. Zajęli się swoim życiem. Uwolniłam ich. I wcale tego nie żałuję. Wracają często żeby mnie i babcię przytulić i pocałować. No i pobyć w rodzinnym domu, zjeść coś dobrego i wywieźć walizkę wypranej i wyprasowanej na listek bielizny i koszul. Miłe.

Powiedziała pani kiedyś córce, że ona jest lepszą matką niżpani.

– Bo jest matką po prostu nadzwyczajną. Tak to postrzegam. Jest ze swoimi dziewczynkami tak blisko, zawsze razem. Ja nie wpuszczałam jej, kiedy była mała, w nasze życie zawodowe, towarzyskie, nasze obowiązki. Uważałam że powinna mieć swój bezpieczny świat domu, bajek, książek, szkoły, koleżanek. Domu w którym są trzy regularne, ciepłe posiłki, deser i śniadania robione do szkoły. Że nawet kiedy nas nie ma, kogoś nakrywa ładnie do stołu, podaje obiad, układa do snu. Niania, gosposia, czasem babcia. Marysia często bywa z córkami, nawet na oficjalnych czy zawodowych wydarzeniach, stara się z nimi nie rozstawać. Nie ma i nigdy nie miała gosposi, która mieszkała na stałe, jak to zawsze było w naszym domu, kiedy była mała. Wie o córkach wszystko. Sama codziennie robi im śniadania. Obserwuję je wszystkie trzy z radością.

Co robi pani córka, czego pani nie robiła?

–  Pierze, sprząta, robi zakupy, wszystko. A one wszystko wiedzą, wszystko widzą, wszystkich znają, słuchają interesujących rozmów, są świadkami wydarzeń, które na pewno wzbogacają ich życie. Ja zawsze dziecko trzymałam w jego małym, miłym świecie bajeczek. A potem, kiedy miała 7 lat, wyjechałam z nią do Francji i pierwszego dnia posłałam do szkoły w obcym kraju z obcym jej językiem, tłumacząc, że to konieczność.  Pamiętam też wyrzuty sumienia, że spędzam z  nią zbyt mało czasu, że kariera zbyt mnie pochłania. Nocami, po całym dniu pracy, nagrywałam jej książki na kasety, które jak mówi, pamięta do dziś. Starałam się w czasie mojej nieobecności dać jej poczucie bezpieczeństwa. I sobie. Żeby móc pracować. Więc telefonicznie sprawdzałam, czy poszła do koleżanki, czy mama koleżanki ją odwiozła, czy było miło, czy poszła spać. Ale to było trochę osobne życie. Marysię w dużej mierze wychował mój drugi mąż, Edward Kłosiński. Dla Marysi jej córki są partnerkami, przyjaciółkami, koleżankami, mają 16 i 8 lat.

Na wakacje nie możecie razem wyjechać, bo zawsze któraś z was musi pilnować fundacji.

– Ależ my nie chcemy razem wyjeżdżać na wakacje! Widujemy się w Fundacji każdego dnia. Pracujemy razem. Z córką męża zresztą też. Je widzę często, to za synami tęsknię czasem jak pies. Zdarza się że wyjeżdżam z synami i wnukami zimą. Na narty. Latem, najczęściej, z moimi dwiema przyjaciółkami. Jesteśmy w podobnym wieku, widziałyśmy to samo, przeżyłyśmy razem dużo. One znały mojego męża, co jest dla mnie teraz podstawowym warunkiem, warunkiem sine qua non przyjaźni i prawdziwego porozumienia z ludźmi. Nie musimy dużo mówić, rozumiemy się bez słów, te same rzeczy nas śmieszą, mamy podobny odbiór wszystkiego. A kiedy rozmawiamy, poczucie pokoleniowej wspólnoty jest kojące. Odpoczywamy.

Marysia jest innym pokoleniem. Nie mówiąc o moich synach. Inaczej oceniamy sprawy, podoba nam się inny model życia, inne książki, filmy, teatr, inna muzyka. Nie! Mam tylko dwa tygodnie wakacji. Muszę odpocząć, szybko i za wszelką cenę. Bez konfrontacji i zobowiązań.

Polityka przy stole rodzinnym?

– Rzadko. Czasem coś komentujemy, denerwujemy się czymś, najczęściej ja z mamą. A moich synów to kompletnie nie obchodzi. Polityka nie jest im potrzebna do niczego. Oni są tak daleko od życia publicznego. Ale zdumiewa mnie, że i tak wszystko wiedzą i widzą. Na każdy temat mają zdanie. Nie narzucają się z nim bo są to opinie dużo mniej emocjonalne niż moje czy mojej mamy.  Rano wchodzą do Internetu – tak zaczynają dzień – i wiedzą co się wydarzyło w cztery minuty. Czytają newsy zamykają komputer i koniec.

W cztery minuty nie dadzą rady dowiedzieć się wszystkiego …

– Ale poznać najważniejsze fakty – tak. Dowiadują się że umarł Mandela, wiedzą kim był, a jeśli czegokolwiek nie wiedzą, to sobie googlują. I tak żyją. To pokolenie żyje bez naszych lęków, obaw, telewizji, gazet, mają Internet. Czytają książki w Internecie, słuchają wykładów profesorów z całego świata, spotykają się w ogóle ze światem w Internecie. Rozśmieszyło mnie na przykład to, że przed podróżą do Nowego Jorku, obejrzeli najpierw w komputerze to co jadą oglądać, w MOMA. Marysia z kolei jest bardzo emocjonalnie związana ze wszystkim, co się dzieje w polityce. Ale to jest część naszej pracy, musimy być occurant. Zajmujemy się ludźmi, aktualności, życie publiczne jest częścią tej pracy, częścią życia, sztuki, teatru.

W pani polityka wzbudza emocje?

– Tak, choć mnie to męczy i nie chciałabym żeby tak było. Aż tak. Ale jest. Nic na to nie poradzę. Emocje wynikają z tego co tu przeżyliśmy, z obywatelskiego obowiązku, społecznej wspólnoty, poczucia że to moje Państwo, moi krajanie, że to jakkolwiek byśmy inaczej myśleli, wspólny los. Nie czuję się osobna i nigdy nie czułam, nawet będąc długo za granicą. Prowadzę dużą fundację, która służy ludziom. Polakom. Współkonstruujemy ten nasz świat. Czuję się odpowiedzialna i zobowiązana. Jestem też zależna, w dużym stopniu, od tego kto rządzi. Kiedyś myślałam, że taka zależność ma miejsce w socjalizmie. W kapitalizmie też. Tyle że z innego powodu. Teraz nikt nie może niczego zatrzymać, nie ma cenzury, ale to jak myśli władza o kulturze i do jakiego stopnia kultura jest dla władzy ważna, wpływa na naszą egzystencję. Nowe ustalenia prawne, po zmianie ustroju stworzyły możliwość działania, ale warunki działania to już inna bajka. Mam poczucie że nasza fundacja jest dla państwa partnerem, a czy państwo jest dla partnerem dla nas, mam czasem wątpliwości.

Nie jest, mówi pani o tym od lat.

– To niby drobiazg, ale widzę, kto z polityków chodzi do teatru, kogo interesuje teatr. Pani prezydent Warszawy nigdy u nas nie była. A biuro kultury miasta powinno być naszym głównym partnerem.

Ratusz daje Fundacji na obie sceny 600 tys. zł rocznie.

– Tak, to znaczy, nie. To była umowa trzyletnia. Właśnie się skończyła. Złożyliśmy nowy plan działania naszych teatrów, znów trzyletni, z wieloma szczegółami, co było naprawdę trudne, bo jak można ustalać obsady, rozmawiać z reżyserami o czymś co będzie za trzy lata, jeśli będzie. No trudno. Nie przypuszczam, żeby państwowe teatry miały obowiązek składać tak szczegółowe plany, z przewidywaniem, ilu widzów zobaczy konkretne przedstawienie, i co z tego ma mieć miasto, co państwo. Mamy wiele misyjnych tytułów, nasza działalność i jej rezultaty widać. Wiemy że musimy zrobić około dziesięciu premier rocznie, dla obu teatrów, bo wtedy publiczność rytmicznie, dostanie  nowe rzeczy i nie straci nami zainteresowania. Do teatru chodzi w Warszawie określona ilość osób, wciąż ci sami w zasadzie. Trzeba ich „zaspokoić” że by ich nie stracić. Dobrze że nie musimy dawać premier co tydzień, jak to było za czasów Modrzejewskiej. Żeby zrealizować plan artystyczny, przy naszym minimalizmie produkcyjnym, którego się nauczyliśmy, musimy mieć minimum 2 i pół miliona rocznie.  Państwo, miasto, ministerstwo, nam tyle nie da, a raczej światłe komisje przyznające te granty. Kołderka jest krótka i wszyscy się biją o miejsce pod nią. Musimy sami na utrzymanie, granie i w lwiej części na produkowanie także, zarobić.  Koszty stałe i artystyczne, około miliona miesięcznie. No i nowe produkcje. Dużo grać, żeby się utrzymać. Grać dla ludzi, co podkreślam, bo to także dyktuje kompozycję repertuaru.

I co wieczór zarabiać co najmniej 16 tys. zł.

Najlepiej więcej. Koszty dzienne utrzymania teatrów, budynku, czyli koszty stałe plus koszty wieczoru. Żeby aktorzy wyszli na scenę muszą być zapłaceni, elektrycy muszą być zapłaceni, bileterzy, maszyniści, perukarze, fryzjerzy, tantiemy.  Nudzi mnie mówienie o tym, ale… Widzowie nie muszą znać tych kulis i szczegółów, ale pracujący z nami reżyserzy, scenografowie, kostiumolodzy, artyści tak. Niestety. To tak trywialne. Przecież mówimy o teatrze. Zamiast mówić o jego repertuarze, planach artystycznych, sukcesach, marzeniach mówimy o tym. Ale to wciąż Polska transformacji, a ja oceniam na ile opłaca się finasowanie „szaleństwa artystycznego” czyli sztuki trudnej, wieloobsadowej lub kontrowersyjnej w wymowie. To smutne.

No ale …sam tego  chciałeś  Grzegorzu Dyndało…było być sobie aktorką i reżyserem i realizować marzenia , którymi martwiliby się angażujący mnie dyrektorzy teatrów. Grzegorz Dyndała  Moliera, co prawda był łasy na szybkie zyski, i dlatego się pogrążył, ja zakładając fundację o zyskach w ogóle nie myślałam.

Zarabiacie wystarczająco co wieczór?

– Na sześćdziesiąt tytułów jakie mamy do dyspozycji, zarabia naprawdę około 10. ( Za dużo tytułów, wiem, ale części nie mogę zdjąć bo się sprzedają, innych, bo mi żal). Te dochodowe gramy tak często, żeby zarabiały na resztę. Zresztą tak robią wszystkie teatry i wszyscy dyrektorzy. Ten wspaniały Teatr  Polski we Wrocławiu, wysoko dotowany, o statusie teatru narodowego, gra sławne premiery chwalone przez krytyków kilka razy, a od lat ponad dwudziestu jedzie na Mayday-ach. Zresztą nie mówmy już o tym, błagam.

Poza tym inna rzecz produkcja, jeszcze inna eksploatacja. Jeżeli wchodzi na scenę dwójka, czwórka aktorów, szóstka i to niedrogich, to jest jeszcze OK. Ale gdybym chciała zrobić „Wesele”, a marzę o tym, lub  jakiegokolwiek Szekspira, to jest co najmniej dwadzieścia jeden osób na scenie, i nie dam rady.

Specjalna dotacja na Wesele?

Wesele.  35 osób na scenie! Trudno, niech robią inni, ci, co mają pieniądze. My będziemy grać mniej obsadowe  rzeczy, mam nadzieję znaczące.

Osiem lat prowadzi pani Fundację i nieźle pani to wychodzi.

– Bo to jest proste. Filozofią jest, co zrobić żeby co wieczór na obu widowniach było w sumie siedemset pięćdziesiąt osób.

Przychodzą?

– No nie! Aż tak proste to nie jest. Jest pełna widownia jak gramy „Konstelacje”, „Danutę W.” „ 32 Omdlenia” „ Kalinę” Czyli hity no i spektakle śmieszne. Ale gramy też inne tytuły, ważne, jesteśmy z nich dumni. Oczywiście wtedy też jest publiczność, ale tylko 150, 200 osób. A przecież dookoła, krajobraz teatralny zamglony. Nie bardzo jest na co iść. Tylko trzy, cztery teatry grają regularnie, reszta jest w kryzysie, finansowym, artystycznym, organizacyjnym, to jest jak pomór. Prawda jest też taka, że ostanie kłótnie o teatry w Warszawie, odwoływania spektakli, zdezorientowały ludzi, widzów, że z powodu tych kłótni, niechęci, podziałów, pretensji, my grający zawsze zyskujemy publiczność. Jest źle. Ja nie pamiętam, żeby było tak za mojego życia, poza czasem komunizmu. Żeby środowisko było tak skłócone i podzielone a kryteria artystyczne zafałszowane a raczej niejasne.  No w międzywojniu było jeszcze gorzej, teatrów co prawda było chyba 35 w Warszawie , tylko kilka dotowanych, kilka dofinansowywanych, inne zupełnie musiały radzić sobie same, ale poza teatrami,  kontrasty społeczne, nienawiść, antysemityzm, doszło do zabójstwa prezydenta.

Dziennikarz niepokorny odparowałby pani, że teraz jest gorzej, bo u nas doszło do zamachu na prezydenta Rzeczypospolitej, a rząd to ukrywa.

– O tym nie mówmy. Nie znam nikogo, kto by wierzył w ten zamach. W moim otoczeniu nie ma nikogo takiego, choć może jest, tylko o tym przy mnie nie mówi. W teatrze, czy ktoś wierzy w zamach, czy nie wierzy, czy jest sympatykiem PiS, czy kogokolwiek innego, musimy wyjść na scenę i musi być dobry spektakl. Kiedy słyszę, że aktorzy zaczynają mówić o polityce, uciszam ich natychmiast. Boimy się wzajemnych niechęci,  tu musi wszystko działać sprawnie.

W rodzinach jest to samo. Żeby nie było awantur, nie mówi się o polityce. I czytelnikom dam radę, drodzy Polacy, jeśli chcecie spokojnie przetrwać Święta, nie rozmawiajcie o polityce. Macie rodziny podzielone, jestem tego pewna. A dzieci tego słuchają, dodatkowo.

Zagrałaby pani w filmie Antoniego Krauzego o Smoleńsku?

– Nie! Wykluczone. Nie z lęku, broń Boże, z wyboru, choć … u nas w Teatrze Polonia, gra pana Jowialskiego,  Marian Opania, który przez jakiś czas bał się mieszkać w swoim domu.

Bo odmówił i powiedział dlaczego, bo uważa Jarosława Kaczyńskiego za postać wątpliwą moralnie”, której wieloletnia działalność jest „szkodliwa”.

– I zawiadomiono go, że szykują się pod jego domem zadymy, demonstracje, nie parkował tam samochodu, bał się, że mu go spalą. Jeśli dojdzie do produkcji filmu, prawdopodobnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, będzie grał inny pracujący z nami aktor. I dalej wszyscy będziemy się przyjaźnić,  nie przewiduję że będzie inaczej.

Ale cały czas robi pani teatr dla inteligenta.

– Robię teatr jakby dla siebie. Na mój gust, mój temperament, moje emocje i moje poglądy. A ponieważ jestem przeciętna w tym sensie, że podoba mi się to, co bardzo wielu ludziom, to ludzie przychodzą tu i czują się tak, jak ja, czyli dobrze. Podoba im się i mają poczucie że nie tylko nie stracili wieczoru, ale przeżyli cos ważnego.

Dziś też, by pani założyła fundację?

– Tak. Tylko nie byłabym taka „narwana”, nie miałabym tak wielkich planów. Bo moja miłość do teatru i poczucie „obowiązku społecznego”, przezwycięża rozsądek i kalkulację finansową.

Jestem coraz starsza, mam coraz mniej siły, coraz mniej entuzjazmu, coraz bardziej się denerwuję absurdami. A niesprawiedliwości nie mogę znieść. Ale jestem maszyną do grania. Trzysta spektakli rocznie, to jest sześćset godzin na scenie przed ludźmi. Znam ich, wiem co myślą, jak czują  i kiedy są zainteresowani czymś, jakimś tematem, kiedy nie. Lubię ich i się ich nie boję. Uważam ich za naszych przyjaciół. To oni nam dają żyć. A propos – się ich nie boję, przypomniało mi się, jak kiedyś wchodziliśmy do kościoła na Żytniej grać „Wieczernik”. Andrzej Wajda robił odprawę i instruował, jak mamy się zachowywać w wypadku prowokacji, było naprawdę groźnie, tłum ludzi, miedzy nimi Ubecy, a my graliśmy na tle jedynych drzwi prowadzących do wyjścia … w razie świecy dymnej czy jakiejkolwiek prowokacji, mieliśmy przerwać i uciekać żeby nas nie stratowano. Oni was stratują , ostrzegał Wajda. To był czas!

Jeden z największych pani stresów to gdańska premieraDanuty W.. Na samym początku, przy podawaniu dat urodzin dzieci Pani zamilkła.

– Myślałam, że zwariuję z nerwów. Byłam autorka adaptacji scenicznej. Pani Danuta usiadła na widowni a ja miałam jej opowiedzieć Jej życie. I Jego życie, bo był i Lech Wałęsa. Zaczęłam wymieniać imiona dzieci, daty ich urodzin, które jednocześnie były datami przełomowymi w historii Polski  i… dostałam ataku paniki, myślałam, że umieram. Prezydent Wałęsa myślał, że po prostu zapomniałam te daty.

I powiedział: proszę się nie martwić, ja też nie pamiętam.

– Tak, tak, mówi o tym pani Danuta w książce, że pytany przez dziennikarzy, zawsze czytał te daty z dowodu osobistego. Pani Danuta okazała się przy tej pracy absolutnie nadzwyczajną osobą. Tuż po premierze, zapytałam, czy jest zadowolona, odparła: – Nic nie słyszałam, bo cały czas patrzyłam, jak reaguje mąż. A potem dopiero na trzecim spektaklu zaczęła słuchać. Podobało się jej.

Minął rok, dochodzę do setnego spektaklu, gram ten spektakl dla bardzo dużych widowni, w całej Polsce. Spektakl wydaje się ludziom nadzwyczajnie potrzebny. Właśnie teraz. W momencie awantur, pomówień, niechęci. Książka jest w gruncie rzeczy koncyliacyjna, pani Danuta nie ma pretensji do nikogo, może trochę do życia. I mówi tam często o sprawach najważniejszych, najtrudniejszych, z godnością i prostotą.

Przed przystąpieniem do pracy nad spektaklem, zapytałam Andrzeja Wajdę, czy się zgadza na to przedstawienie, czy powinnam je zrobić przed, czy po jego filmie o Lechu Wałęsie. Powiedział żeby robić, uważał wtedy, że potrzebuje na film ze dwa lata. To dzięki Niemu piekę tę szarlotkę na scenie. Kiedy zastanawialiśmy się z Januszem Zaorskim, reżyserem spektaklu, jak to w ogóle ugryźć, Andrzej napisał do mnie list: „Rozumiem, że o karmieniu piersią już nie ma mowy, ale coś wymyśl”. To była wspaniała podpowiedz. Zrób coś naprawdę, i się tym podziel. Chleba upiec nie mogłam, a o jabłeczniku pani Danuta mówi wielokrotnie w książce, szarlotce, która była znakiem ich kondycji finansowej. Szarlotce, która raz była, raz jej nie było w sobotę, bo nie zawsze było ich na nią stać.

Wajda mówi o Wałęsie: bohater naszych czasów. A Danuta? Bohaterka naszych czasów?

– Absolutnie. Jej książka jest bardzo kobieca i bardzo bolesna. Ja w teatrze, traktuję ją w kilku momentach tej opowieści w kategoriach tragedii antycznej. W pewnym momencie mówi: „Nie sprawdziłam się jako matka. Jako żona tak.” Jej opis sierpnia 80 a szczególnie jesieni po strajku sierpniowym jest obezwładniający, zobaczony z jej perspektywy. Kończy dzisiaj, jako osoba pogodzona: – „Wiele spraw, nie potoczyło się tak, jakbym sobie tego życzyła ale ja Danuta, jestem szczęśliwa”. Nie napisała – ja Danuta żona Lecha Wałęsy jestem szczęśliwa, ja Polka, ja matka, ja kobieta jestem szczęśliwa….Ja Danuta – trochę ta książka Jej w tym „poczuciu szczęścia” pomogła, zyskała osobowość, jest prawdziwie obecna. Choć przyznaje, że jednej rzeczy jej żal, małej, że życie tak szybko minęło, a ona niedostatecznie zaznaczyła swoją obecność. Tego jej żal, że ciągle była jakby nikim, nie wiadomo było, kim jest, ta kobieta, jaka jest. Dziś już wielu wie. Niewątpliwie ociepliła też wizerunek Lecha Wałęsy, jakby uczłowieczyła Go na nowo.

 

Występuję z Kościoła, instytucjonalnego oczywiście, deklarowała Pani dwa lata temu. Wtedy Zakon Marianów nałożył na księdza Adama Bonieckiego zakaz publicznych wystąpień. Obowiązuje do dziś.

– O to był rodzaj gorzkiego żartu, sparafrazowałam  przy tym słowa piosenki, mojej przyjaciółki Magdy Czapińskiej, o Bogu, który ma nienajlepszy personel naziemny…Zresztą wiara od dawna była moją osobistą sprawą, obchodziłam się bez pośredników. Rodzina męża jest w części protestancka, moja katolicka. Od jakiegoś czasu wolałam obrządek protestancki, podejście do życia, pracy, człowieka , Boga, spowiedź powszechna, poziom rozmowy mnie zachęcał. Kościół katolicki mnie zawiódł, poza tym nie podobał mi się spektakl, msza święta jako spektakl.  Proszę tak na mnie nie patrzeć, tak, kościół od strony „spektaklu” potrafi być okropny. To co teraz śpiewają w kościele jest po prostu grafomanią, ja w ogóle tego nie mogę słuchać. I śpiewają okropnie.

A chodzi pani do kościoła?

– Teraz już nie. Niedawno z potrzeby zresztą chwili, poszłam, niestety była msza, myślałam że będę sama, kiedy ksiądz powiedział: dawajcie datki na odbudowę kościołów na Białorusi, nie dawajcie na ukraińskie, bo Ukraińcy was zabijali. Wyskoczyłam z kościoła i powiedziałam koniec, koniec! Potem zdarzyło mi się słuchać księżula, który darł się na nas w kościele że jesteśmy jak błoto…No nie, nie chcę tego słuchać.

Choć oczywiście zdarzyło mi się trafić na kazania nadzwyczajne. Pamiętam, moje dzieci były małe, siostry Urszulanki w Milanówku zaprosiły z Warszawy księdza aby odprawił msze w Święta. Mówił jak z krzaka gorejącego, pięknie i mądrze. Takiego księdza mogłabym słuchać bez końca. Do ks. Lemańskiego też bym mogła chodzić co niedziela. Mądry, uczciwy, otwarty ksiądz, piękny człowiek.

Pani wierzy?

– Tak, tyle że teraz to moje prywatne rozmowy z Panem Bogiem.

Papież Franciszek zmieni Kościół?

– Może mu się udać, bo to co chce zrobić wydaje się wynika z jego przekonania, że musi być inaczej a nie z kalkulacji. Ale Papież jest daleko, nie można na niego liczyć. A pośrednicy się nie zmienili, prawda? Czy się mylę?

Kościół u nas właśnie znalazł sobie wroga: ideologię gender i feministki. Dla wielu biskupów gender to coś gorszego niżnazizm, maoizm i marksizm, bo rozbija rodziny, że jestgłosem szatana.

– Ostatnio o Kościele dużo i źle, więc myślę że w tej chwili muszą mieć kogoś, coś, do zaatakowania, żeby odwrócić od siebie uwagę. Coś, kogoś „gorszego” niż oni. I znaleźli. Feminizm, w Polsce to dobry obiekt do ataku.

Feministki nie są lubiane.

– Nie są. Ale też się nie starają być lubiane. Są elitarne w tym niedobrym sensie, agresywne, hermetyczne w języku. Są jak teatr awangardowy, niewielu go rozumie a on ma pretensje. Gdyby umiały inaczej rozmawiać, byłyby postrzegane lepiej.

Pani nie jest feministką.

– Taka etykietka nie jest mi potrzebna. Natomiast ani nie protestuję, że jestem, ani nie protestuję, że nie jestem. Jestem człowiekiem, to moja identyfikacja.

Feministki w Danucie Wałęsowej od razu się zakochały.

– A ona im tupie i krzyczy, żeby odeszły precz, bo nie jest żadną feministką. Dobrze powiedział Krzysztof Materna, pisząc laudację na cześć  pani Danuty, przy okazji nagrody za książkę, że ta książka to największa manifa jaka się w Polsce zdarzyła. W pewnym sensie tak.

W ogóle wydaje mi się że niewielu ludzi rządzących umie rozmawiać, komunikować się efektywnie. Albo są zbyt populistyczni, stosują najtańsze chwyty, mówią „nieprawdziwie”,  to określenie z teatru, ale rozumiemy co on oznacza, albo nie mówią w ogóle, nie wyjaśniają, czekają ze przyschnie. Wydaje mi się z proste próby podsumowania, porozumienia się, wyjaśnienia, byłyby owocne.  Ja nie rozumiem połowy rzeczy, z tego co ten rząd kombinuje. Wszystko jest zbyt drobnym druczkiem, zawiłym językiem, lub zaniechane, w sensie komunikacji miedzy władzą a narodem. Powinni regularnie rozmawiać.

Jak Kuroń kiedyś?

– Tak, jak Jacek. Bo jeśli mają kłopoty, to ja chcę wiedzieć jakie i co zamierzają z tym zrobić. I dlaczego coś NIE.  Jak mawiał jeden reżyser – na NIE, to ja mam Sofię Loren.

Chodzi pani na wybory?

– Oczywiście.

I wybiera mniejsze zło?

– Moja ostatnią akceptowana całkowicie partią była Unia Wolności.

Parytety pani popiera?

– Podobają mi się. Inaczej się nie da wyrównać szans. Trzeba tp trochę załatwić na siłę.

W biznesie też?

– Biznesu bym nie dotykała. Jak kobieta naprawdę ma talent do biznesu, to sobie da radę.

Zaledwie sześciu na stu prezesów polskich firm to kobiety, 12 proc. członków zarządów spółek giełdowych.

– Jak im źle wyjdzie, to wezmą i kobietę. Jeśli będzie dobra. Przecież chodzi o zyski i rozwój, a nie o to kto rządzi, kobieta czy mężczyzna.

A nie też o władzę? Zwolennicy parytetów żartują, że gdyby działał Lehman Brothers & Sisters, to może by nie było tak wielkiego kryzysu w Stanach. Z badań amerykańskiej firmy konsultingowej McKinsey, wynika, że kobiety w zarządach zwiększają zysk, nawet o połowę! A jednak w większości firm prezesi to mężczyźni.

– W naszej Fundacji są prawie same kobiety. Decydowały umiejętności. Rotacja jest dość duża, ludzie sami się wykruszają. Potrzebujemy „wariatów”,  prawdziwych zapaleńców. Ani moja córka, ani ja nie jesteśmy osobami, które wolno myślą, ani mało pracują. Więc jak się ktoś z nami nie wyrabiał na zakrętach, to sobie poszedł. Jeden taki mi powiedział – idę do państwowego teatru bo będę miał tam dwa miesiące wakacji i regulowane godziny pracy. „Wariaci” zostali. Poprzedni menager naszych teatrów, mężczyzna, powiedział mi że nie życzy sobie abym dzwoniła do niego po godzinach pracy. Pracuje dziś w państwowym teatrze.

Czyli kobiety.

– Nie tylko, ale w większości. Tak. Są niesamowite, szczególnie jeśli chodzi o umiejętność organizacji i tzw. trudne sytuacje, szczególnie ludzkie. Mam z nimi absolutne poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że jak ja czegoś nie domyślę, to one na pewno już to pomyślały a co więcej już działają….

A mężczyźni …  ostatnio dostałam mejl od jednego pana, takiej treści: – ponieważ to, czym się zajmuję ostatnio zajęło mi cały mój czas zawodowy i prywatny, nie zdążyłem zrobić tego i tego.

Żadna z kobiet nie napisałaby do mnie takiego zdania. Żadna! W ogóle by nie pomyślała, że ma czas zawodowy i prywatny w tych teatrach. To nie jest fabryka karabinów maszynowych. Tu się handluje rozedrganym powietrzem od śmiechu i łez, od napięcia i scenicznych wzruszeń, rozdaje uczucia i ból za biletami. Ale żeby to wszystko było dobrze, trzeba zajmować się wrażliwością ludzi. I żeby to szło dobrze, nie można liczyć minut w pracy.

I co z tym facetem? Pracuje jeszcze w fundacji?

– Czytałam kodeks pracy i obowiązki i prawa pracodawcy oraz  pracownika, teoretycznie ma rację. Poza tym dobrze pracuje, a ja to od razu widzę i doceniam. Jestem kobietą, zwracam uwagę na „szczegóły” i nie jestem małostkowa. .

A gdy zachodzą w ciążę, idą na urlop, jak Pani sobie z tym radzi?

– Nie zachodzą! O, jak ja bym chciała, żeby one zaszły! Bo, niestety, w fundacji na razie rodzą się dzieci w większości mężczyznom. Marzę, żeby One zaszły w ciąże, żeby znalazły partnerów na swoim poziomie. Bo one są wspaniałe, piękne, samodzielne, znają po kilka języków, są wykształcone, inteligentne, dużo czytają, i mają tak dobrze poukładane w głowie. A my im tu w fundacji będziemy te dzieci chować. Do naszego teatru wolno przychodzić z psami, kotami, rybkami. I z dziećmi, byle były cicho i nie przeszkadzały innym widzom.

Może kobiety mają za wysokie oczekiwania od mężczyzn? Socjologowie mówią, że potrzebny jest nowy kontrakt płci, bo stary – ona w domu przy dzieciach, on przynosi pieniądze – jużnie obowiązuje.

– Mają moim zdaniem minimalne oczekiwania. Czasami słyszę te rozmowy z partnerami i ze zdziwieniem rejestruję, że jest problem, żeby pan wstał przed jedenastą. Chociaż raz.

Może to muzyk grający po nocach?

– Nawet na pewno.

Dziś dziewczyny mają łatwiej niż my w PRL-u.

– Są paniami siebie. Wszystko w ich życiu jest sprawą wyboru. Ich wyboru. Tyko muszą to wiedzieć i mieć odwagę wybierać. Ach i drobiazg….umieć ponosić odpowiedzialność za te wybory.

Przed rokiem, na 60. urodziny, życzono pani, żeby pani zwolniła.

– Od 20 roku życia składają mi takie życzenia. Moja siostra powiedziała kiedyś Magdzie Umer – Daj jej spokój, ona by musiała albo zajść w ciążę, albo złamać obie nogi, żeby zwolniła. Bo złamanie jednej nogi by nie wystarczyło.

Ja nie zwolnię. Bo tak lubię. Bo tak mi dobrze. To mój organizm i mózg tego chce, mnie tak gna. Mnie trzeba życzyć, żebym miała siły to tempo utrzymać. Ja chcę mieć te wszystkie problemy, które mam.

Trzon fundacji to z mojego punktu widzenia „dzieci”, mają góra po 27, 26 lat. Śmieją się, że za mną nie nadążają.

Wścieka się pani na nich?

– Czasem, gdy jest coś nie tak. Bo powiem teraz odkrywczą myśl – najbardziej lubię, jak wszystko wychodzi super! – mówiąc ich językiem. Lubię kompetentnych. Oni są. Już są. Z artystami jest różnie. Jest niewielu w Polsce reżyserów i artystów i rzemieślników jednocześnie, aktorzy wychodzą ze szkoły, nie mają techniki, nawet jeśli mają talent. Zaangażowanie wielu jest dla nas ryzykiem. Docieramy się w biegu. Uczymy.

Lubi pani uczyć?

– Nienawidzę. Nie lubię teorii jestem praktykiem. Uczyłam. Dwa lata. Od razu chciałabym żeby studenci grali, role. Lepiej, gorzej ale grali, budowali. No i nie lubię się męczyć bez natychmiastowego efektu. A nauczanie to czekanie, cierpliwość, mozół. A przecież to jest takie proste. Byle dobrze mówić, poprawnie i dykcyjnie i emisyjnie, mieć wrażliwość, myśleć i lubić ludzi i człowieka w ogóle. A skonstruuje reżyser, jeśli będzie umiał.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.