07
Luty
2013
21:02

I znów przyszła wiosna i szał sadzenia

I znów przychodzi wiosna i szał sadzenia. Czyli ogródki działkowe i grillowanie. Nic tak nie zrobiło kariery w wolnej Polsce, jak ogrodnictwo i kucharzenie. Nie ma programu telewizyjnego, gazety, która nie radziłaby jak coś ugotować albo, co posadzić. Obłęd. Ideologia działki i pracy na świeżym powietrzu jest wspaniała. Towarzyszy jej promocja zdrowego trybu życia. Ruch na świeżym powietrzu i pochłanianie grillowanych potraw popijanych piwem znoszą się moim zdaniem nawzajem, ale nikt nie zwraca na to uwagi, a w każdym razie o tym nie mówi, ani media ani amatorzy życia w zdrowiu i kontakcie z naturą.

Kiedyś w socjalizmie działki, grillowanie, wycieczki do Egiptu, popularyzację roweru, jako środka komunikacji, siłowni, basenu, z powodu ograniczonych możliwości realizacji zastępował spacer z psem. Pies był antidotum na zasiedzenie, brak powietrza, kłopoty z sercem, jednostajność życia. Pies – żadnych komplikacji i najtaniej. Teraz optyka i możliwości się zmieniły. Wiecznie trwający festiwal programów kulinarnych zlikwidował właściwie schabowego z kapustą i zwykłe mielone, rozmnożył bary suchsi w każdej wsi na każdym zakręcie dróg. Pizzerie i Fast foody już właściwie przebrzmiały. Sushi poza tym  towarzyszy legenda o niskokaloryczności, a to ma znaczenie.

No nic, wszystko jest procesie, jak mówi jedna z postaci w sztuce rosyjskiej, w której gram. Tyle, że tam, jako przykład procesu mówi się – źle, źle, jeszcze gorzej, a tu nie. Kolejne mody, kolejne fascynacje i zmiany idą w dobrym kierunku, bogacenie się społeczeństwa i wzrost konsumpcji przynosi też chęć na długie i zdrowe życie i starania w tym kierunku. Pies i spacery, nie zostały też na szczęście zdetronizowane, ale ilość witamin i suplementów diety kupowanych przez Polaków w aptekach przeszła wszelkie oczekiwania.

Ja też kiedyś, jakieś dwadzieścia lat temu, uległam fascynacji ogrodnictwem. Kupiliśmy pod Warszawą dom z dużym ogrodem i obie z mamą wpadłyśmy w absolutny ogrodowy szał. Wspominam ten okres z rozczuleniem. Moja natura i ambicje nie pozwalają korzystać z pomocy architektów wnętrz, czy architektów zieleni, więc na początek sadziłyśmy z mamą wszystko według amatorskich wyobrażeń i marzeń. A ambicją było aby rośliny posadzone w powiecie grodziskim były maksymalnie oryginalne.  W zawiązku z tym im się coś bardziej skomplikowanie nazywało lub miało w nazwie japońskie lub syberyjskie albo tybetańskie tym chętniej to kupowałyśmy i sadziłyśmy. Następnego roku okazało się że wszystko jest źle i wszystkie te rośliny chorują. Kupiłam wiec książki. Czytałyśmy, czytałyśmy, poznałam łacińskie nazwy najzwyklejszych roślin, nabrały dla nas urody, przeczytałam jak je sadzić i pielęgnować. Zbadałyśmy ziemię w naszym ogrodzie, jej specyfikę, kupiłyśmy nawozy i zaczęło się na nowo, przesadzanie i dokupowanie. Następnego roku, cześć roślin znów uschła, cześć rozrosła się nadmiernie. Ale nasze ambicje rosły. Zaczęłyśmy z mamą wymieniać to, co uschło na nowe, ale za to większe. Koszty rosły, ale nasze ambicje także. Dodatkowo pokochałam prace w ogrodzie, to było jak alkohol, upijałam się powietrzem. Kolejnego roku, znów wymieniłyśmy to co uschło na takie samo nowe tylko znów większe, i zmieniłyśmy koncepcję, postanowiłyśmy sądzić tylko to co widziałyśmy że dobrze rośnie w tej okolicy. Kolejnego roku cześć tak się rozpanoszyła, że zaczęłyśmy wyrywać, strzyc, przycinać i wyrzucać. Wiecznie też te same 50 tui wymieniałyśmy, co roku na większe i świeżozielone, po kryjomu już przed innymi domownikami. No nic, dziś ogród zapanował nad nami, ziemia sama nam podpowiedziała, co lubi. Błędy, jakie popełniłyśmy pokutują. Wielki piękny krzak jaśminu zasłania wejście do ogrodu, inny krzak rośnie tak niefortunnie, że kiedy siedzimy w naszym ogrodowym salonie w wiklinowych fotelach nie widać wejścia do domu i ani nie można nas się dowołać ani z nami porozumieć, ale i te błędy polubiłyśmy i zamierzamy z tym wszystkim dalej żyć. Bardzo lubimy ten bałaganiarski ogród i po 20 latach każdą chorobę roślin, drzew, przyjmujemy jak chorobę kogoś najbliższego.

Po co ten felieton? To wyraz wiosennej radości i podziwu dla zmieniającej się Polski i Polaków. Naprawdę. Zdrowy, silny zew zmian i wzrost aspiracji jest potężną siłą, która napędza wszystko. Od posadzenia japońskiego klonu do wybudowania elektrowni atomowej, przez błędy i straty.

Moi Drodzy, jako osoba zawiadująca dwoma teatrami, trzema scenami, nienawidzę maja, czerwca i całej tej wiosny. Ludzie przestają chodzić do Teatru, bo oprócz Komunii, egzaminów maturalnych, są te cholerne działki i grillowania. Ale trudno. Na szczęście wyjście do Teatru też jest jednym z elementów zmian i coraz powszechniejszych potrzeb. Przeczekamy w teatrach wiosnę z tym zagorzałymi mieszczuchami, którzy bez dźwięku tramwaju i gazety czytanej w kawiarni nie mogą żyć.

Dobrej wiosny.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.