25
Luty
2004
23:02

Helenka

Była niezorganizowana. Osobna. Miała swój świat. Czytała, czytała, czytała. Zachwycała się zdaniami i słowami. Wzruszała wierszami. Rozumiała co czyta. Świat był taki jakim go czytała. Ludzie byli tacy jakimi ich sobie idealizowała. Kochała, kochała, kochała. Pisała listy, nie spała, czasem cierpiała, żyła w uniesieniu. Nie zastanawiała się ile kosztuje mleko i dlaczego drabiny straży pożarnej sięgają tylko do ósmego piętra a mieszkała na dziesiątym, o tym dowiedziała się później przypadkiem.

Pracowała. Żyła. Nie wiedziała nigdy dokładnie, jaka jest data i która godzina. Żyła. Kolejni mężczyźni, przyjaciele, zachwyty, poezja, praca, czasami niekochana płakała. Urodziła dziecko, dziecko miłości, była szczęśliwa, czuła się wybrana.

Pewnego dnia zostali sami, z powodu jej ideałów, tak zadecydowała, nieważne, miała dziecko i książki które kochała. Dziecko chodziło do szkoły, tornister, klasówka, 2.50 na zeszyt. Wystarczało, żyła. Zegarki chodziły albo stawały, miłość wydawała się nagrodą lub karą, książki były zawsze. Dziecko mówiło… chodźmy do rodziców… i szli do jej ojca i matki. Potem znów poezja, praca, pranie, miłość bolała coraz bardziej, łzy coraz bardziej były świadome i gorzkie, 2.50 na zeszyt trudniejsze. Była z dzieckiem sama, było spokojniej, ale nie wierzyła już w świat przeczytany. Ludzie zaczęli ją przerażać. Czytała już tylko jednego poetę, nie zaprzyjaźniała się tak łatwo, przestała spokojnie sypiać.

Pewnego dnia wprowadził się On. Chleb kosztuje dwa złote powiedział, zapamiętaj to, to proste. Komorne za maj źle ci naliczyli, spojrzała z podziwem. Dlaczego nie otwierasz listów? Gdzie jest nasza piwnica? Jak to nie wiesz?! Nigdy tam nie byłaś? Przecież mieszkasz w tym bloku dwanaście lat! Tam można przechowywać przetwory! Jakie przetwory? Na zimę! I zaczął robić przetwory. Poukładaj, mówił, buty. Dziecko nie szanuje książek. Jak mogłaś nie nauczyć go jeździć na nartach. Hela, myj balkon! Czy ty wiesz na jakim ty świecie żyjesz?! Zgaś światło bo późno, jutro będziesz zmęczona. – Kradną listy z naszej skrzynki, poskarżyła się. Założył wielką kłódkę na skrzynce do listów sąsiada, bo złość tak go oślepiła że nie sprawdził dokładnie numeru. Bronił ich przed wszystkim i wszystkimi. Zasypiała spokojniej.

– Wiesz – mówiła do mnie – cała moja rodzina to depresjoniści, ja to dostałam z genami, ale przy nim nie mam depresji, bo on na mnie krzyczy i nie pozwala.

– I znów żyła. Poukładane buty, nie wolno chodzić w szlafroku, sztućce w szufladach posegregowane, pomidorowa. Nauczyła się gotować. Oszczędność. Odkąd się zjawił, zawsze w lodówce było wszystko, można sobie było na wiele pozwolić, kolejne mieszkanie, dom, samochody, nie potrzebowała tego, ale było.

– – Wiesz, jemy zawsze troszkę zgniłe jabłka, te co się psują a nie te świeże kupione, ale śpimy spokojnie. Ach, jak dobrze, że nie wszystko wolno.

– – Czy ty wiesz co zrobiła ta „Mątwa egzystencjalna” – tak ją nazywał – nie uprasowała dziecku koszuli na rozpoczęcie roku szkolnego.
Dzwonił do mnie, skarżył się. – Napisz regulamin życia – kpiłam.
– Kupiłam zegar, który nie chodzi, powiem mu, że to prezent od ciebie, bo krzyczy, że wydaję bez sensu pieniądze – dzwoniła z kolei ona.
Od lat kupuję jej drogie, zdumiewające prezenty. Czy on w to wierzy? Moim zdaniem nie, ale udaje, dla świętego spokoju. Czasem nie odzywają się do siebie tygodniami. Zdarza się, że ona ma oczy czerwone i nie ma ochoty go widzieć. Chodzą na przyjęcia osobno. Ona często skarży się, że nie wytrzyma w tym terrorze, że ma wrażenie, że dzieli życie z wychowawcą z poprawczaka.

– – Kochasz go? – pytam często.
– Jak nikogo na świecie.
– Krzyczy na ciebie. Obraża cię.
– Ja bym bez niego zginęła.
– Na nic ci nie pozwala. Nie szanuje twojej wolności.
– Gdybym mogła wszystko, nie wiem co by się ze mną stało.
– To śmieszne, że się boisz krzywo postawić but.
– Nie mogłabym bez niego żyć.
– A poezja, a joga, masaże. A, wszystko na biało? Ćwiczenie technik uspakajania się?
– Ale to on pomalował mi wszystko na biało, z miłości. Wczoraj kupił mi rower.
– Oszalałaś, ty i rower.
– On ma kłopoty z sercem, będę z nim jeździć.
– Czego się boisz?
– Życia. Ale z nim, mniej.
Wczoraj, po piętnastu latach wspólnego życia, wzięli ślub. Byłam świadkiem. Nareszcie i ja, mieszczańska dusza, uspokoiłam się także.

Helenka (felieton ukazał się w miesięczniku Uroda)

Była niezorganizowana. Osobna. Miała swój świat. Czytała, czytała, czytała. Zachwycała się zdaniami i słowami. Wzruszała wierszami. Rozumiała co czyta. Świat był taki jakim go czytała. Ludzie byli tacy jakimi ich sobie idealizowała. Kochała, kochała, kochała. Pisała listy, nie spała, czasem cierpiała, żyła w uniesieniu. Nie zastanawiała się ile kosztuje mleko i dlaczego drabiny straży pożarnej sięgają tylko do ósmego piętra a mieszkała na dziesiątym, o tym dowiedziała się później przypadkiem.

Pracowała. Żyła. Nie wiedziała nigdy dokładnie, jaka jest data i która godzina. Żyła. Kolejni mężczyźni, przyjaciele, zachwyty, poezja, praca, czasami niekochana płakała. Urodziła dziecko, dziecko miłości, była szczęśliwa, czuła się wybrana.

Pewnego dnia zostali sami, z powodu jej ideałów, tak zadecydowała, nieważne, miała dziecko i książki które kochała. Dziecko chodziło do szkoły, tornister, klasówka, 2.50 na zeszyt. Wystarczało, żyła. Zegarki chodziły albo stawały, miłość wydawała się nagrodą lub karą, książki były zawsze. Dziecko mówiło… chodźmy do rodziców… i szli do jej ojca i matki. Potem znów poezja, praca, pranie, miłość bolała coraz bardziej, łzy coraz bardziej były świadome i gorzkie, 2.50 na zeszyt trudniejsze. Była z dzieckiem sama, było spokojniej, ale nie wierzyła już w świat przeczytany. Ludzie zaczęli ją przerażać. Czytała już tylko jednego poetę, nie zaprzyjaźniała się tak łatwo, przestała spokojnie sypiać.

Pewnego dnia wprowadził się On. Chleb kosztuje dwa złote powiedział, zapamiętaj to, to proste. Komorne za maj źle ci naliczyli, spojrzała z podziwem. Dlaczego nie otwierasz listów? Gdzie jest nasza piwnica? Jak to nie wiesz?! Nigdy tam nie byłaś? Przecież mieszkasz w tym bloku dwanaście lat! Tam można przechowywać przetwory! Jakie przetwory? Na zimę! I zaczął robić przetwory. Poukładaj, mówił, buty. Dziecko nie szanuje książek. Jak mogłaś nie nauczyć go jeździć na nartach. Hela, myj balkon! Czy ty wiesz na jakim ty świecie żyjesz?! Zgaś światło bo późno, jutro będziesz zmęczona. – Kradną listy z naszej skrzynki, poskarżyła się. Założył wielką kłódkę na skrzynce do listów sąsiada, bo złość tak go oślepiła że nie sprawdził dokładnie numeru. Bronił ich przed wszystkim i wszystkimi. Zasypiała spokojniej.

– Wiesz – mówiła do mnie – cała moja rodzina to depresjoniści, ja to dostałam z genami, ale przy nim nie mam depresji, bo on na mnie krzyczy i nie pozwala.

I znów żyła. Poukładane buty, nie wolno chodzić w szlafroku, sztućce w szufladach posegregowane, pomidorowa. Nauczyła się gotować. Oszczędność. Odkąd się zjawił, zawsze w lodówce było wszystko, można sobie było na wiele pozwolić, kolejne mieszkanie, dom, samochody, nie potrzebowała tego, ale było.

– Wiesz, jemy zawsze troszkę zgniłe jabłka, te co się psują a nie te świeże kupione, ale śpimy spokojnie. Ach, jak dobrze, że nie wszystko wolno.

– Czy ty wiesz co zrobiła ta „Mątwa egzystencjalna” – tak ją nazywał – nie uprasowała dziecku koszuli na rozpoczęcie roku szkolnego. Dzwonił do mnie, skarżył się. Napisz regulamin życia – kpiłam.

– Kupiłam zegar, który nie chodzi, powiem mu, że to prezent od ciebie, bo krzyczy, że wydaję bez sensu pieniądze – dzwoniła z kolei ona.

Od lat kupuję jej drogie, zdumiewające prezenty. Czy on w to wierzy? Moim zdaniem nie, ale udaje, dla świętego spokoju. Czasem nie odzywają się do siebie tygodniami. Zdarza się, że ona ma oczy czerwone i nie ma ochoty go widzieć. Chodzą na przyjęcia osobno. Ona często skarży się, że nie wytrzyma w tym terrorze, że ma wrażenie, że dzieli życie z wychowawcą z poprawczaka.

– Kochasz go? – pytam często.

– Jak nikogo na świecie.

– Krzyczy na ciebie. Obraża cię.

– Ja bym bez niego zginęła.

– Na nic ci nie pozwala. Nie szanuje twojej wolności.

– Gdybym mogła wszystko, nie wiem co by się ze mną stało.

– To śmieszne, że się boisz krzywo postawić but.

– Nie mogłabym bez niego żyć.

– A poezja, a joga, masaże. A, wszystko na biało? Ćwiczenie technik uspakajania się?

– Ale to on pomalował mi wszystko na biało, z miłości. Wczoraj kupił mi rower.

– Oszalałaś, ty i rower.

– On ma kłopoty z sercem, będę z nim jeździć.

– Czego się boisz?

– Życia. Ale z nim, mniej.

Wczoraj, po piętnastu latach wspólnego życia, wzięli ślub. Byłam świadkiem. Nareszcie i ja, mieszczańska dusza, uspokoiłam się także.

Hubner

Oczy Zygmunta Hubnera

W pomieszczeniu obok sceny w Teatrze Powszechnym, saloniku, w którym aktorzy czekają na swoje wejścia na scenę, wisi zdjęcie Pana Zygmunta Hubnera, wieloletniego dyrektora tego teatru. Nie pamiętam od kiedy tam wisi, pewnie umieścił je tam ktoś tuż po jego śmierci. Kiedy się przechodzi koło tego zdjęcia, ma się uczucie, że oczy śledzą idącego. Te oczy żyją i obserwują od lat wszystko, co się dzieje w tym budynku. Jestem tego pewna.
Jedenaście lat temu, w dniu premiery Medei, którą miałam zagrać a którą On reżyserował, przyszłam do teatru, nie mogąc wytrzymać z nerwów w domu, już koło czwartej po południu. Chciałam wejść na scenę i postarać się uspokoić. W saloniku natknęłam się na siedzącego samotnie, dokładnie w miejscu, nad którym dzisiaj wisi to zdjęcie, Pana Zygmunta. Siadłam obok niego. Wydawało się, że jesteśmy sami w teatrze.
Po chwili milczenia zapytał: – Boi się Pani?
– Panie Dyrektorze, użył Pan w tym przedstawieniu prawie wszystkiego, czego można użyć w teatrze: zapadni, mikroportów, dymów, kurtyny świetlnej, muzyki na żywo, pochyłej sceny, czarnej lustrzanej dekoracji, efektów dźwiękowych, chórów śpiewających, a nie jak u Eurypidesa mówiących, itd., itd., jeśli nam się nie uda, przynajmniej będziemy spadać z wysoka.
Spojrzał na mnie – Tak, to nie będzie najszlachetniejsze przedstawienie, ale przynajmniej Pani niech nie płacze w scenie pożegnania z dziećmi. – zerwał się i wybiegł.
Ja nie wiedziałam, że będzie to ostatnia jego premiera. On pewnie wiedział.
Miał skomplikowaną osobowość artystyczną, przy absolutnej dyscyplinie myślenia, wyjątkowym wyrafinowaniu w gustach artystycznych, nienawiści do taniego sentymentalizmu i schlebiania publiczności, miał jednocześnie pociąg do kiczu i złego smaku i myślę, że ja wypełniałam z nadwyżką tę Jego potrzebę.
Praca nad Medeą, była dla mnie lekcją pokory i posłuszeństwa. Wyrywałam się moją znajomą drogą do publiczności a On stawał w poprzek tej drogi i mówił: – Nie tędy, za łatwo, proszę do nich wędrować innym, nie tak wydeptanym traktem. Proszę zlikwidować to drżenie w głosie, rozdzierające pani zdaniem, załamania głosu w krzyku, a przede wszystkim precz ze łzami!
– Panie Dyrektorze, ja zaraz zabijam te dzieci! Nie mogę nie płakać! Płacze mi się samo! Publiczność nie zrozumie braku łez! Publiczność to lubi!!!
Na każdym przedstawieniu pilnował mnie, surowo, jak mi się wydawało. Widziałam cały czas jego sylwetkę w prawym rogu balkonu. Jak zawieszony nade mną bat. A ja co wieczór jak koń realizowałam co kazał z najwyższym trudem opanowując prywatne egzaltowane wzruszenie, a On i tak przychodził do mojej garderoby każdego wieczora i machinalnie składając porozrzucane przeze mnie byle jak, moje ubrania, nie patrząc nawet na mnie mówił: – Jeśli pani nie zrozumie, że to nie jest sala na 1400 osób a na 400 i nie przestanie tak grać… tak grać… tak graaaać…. – A niedobrze grałam ? – Dobrze! Ale proszę skromniej, oszczędniej, bardziej sucho. Szlachetniej. – Ja gram szlachetnie! – broniłam się zażenowana wyrywając Mu jakąś część mojej garderoby. – Nie mówię o postaci, mówię o sposobie porozumiewania się z publicznością, proszę przyjąć, że są inteligentniejsi niż pani.
Kiedy Go czasem nie było, pozwalałam sobie na siebie i wydawało mi się, że publiczność jest ze mną. Pewnego dnia powiedział mi, że pisze sztukę dla mnie, o aktorce, a raczej o dyrektorze – reżyserze, który nie ma siły walczyć ze złym gustem, popularnością, sposobem bycia gwiazdy w jego teatrze, o dyrektorze, który umiera, bo nie ma siły z nią, z tym „czymś” walczyć. Dziś myślę, że jeżeli pisał coś takiego to dlatego, że miał przeczucie zbliżających się czasów, w których utrzymanie idei kultury „wysokiej” będzie zagrożone. O problemie, który go nurtował od dawna.
Są dni, w których siadam naprzeciwko Jego zdjęcia w saloniku i patrzę Mu prosto w oczy. Ale są i takie, kiedy po wieczornym spektaklu przemykam koło Niego po kryjomu. Ciągle wtedy mam ochotę zatrzymać się i krzyknąć: – Czego chcesz!? Wyszli zachwyceni! Ale wiem dokładnie co myśli.
Panie Zygmuncie, Panie Dyrektorze, przecież Pan to rozumie, aktor teatralny istnieje tylko wtedy kiedy gra, kiedy się wieczór kończy, nie zostaje nic, wrażenie publiczności, kilka pozowanych zdjęć i aroganckie, nierzetelne recenzje, bez serca. Ta walka o pocałunek publiczności jest ludzka i zrozumiała. Niech Pan nie będzie taki surowy i niech Pan zrozumie, że bez Pana jest dużo trudniej!
Za chwilę, w rocznicę Pana śmierci, premiera Fedry, dla Pana. Nie wiem czy będzie Pan zadowolony. Będę się starała, ale chyba bez łez się nie obejdzie. Donoszę, że nawet Piotrek Machalica tym razem płacze na próbach, nie mówiąc już o innych. Bardzo Pana przepraszamy.

Oczy Zygmunta Hübnera (felieton ukazał się w miesięczniku Uroda)

W pomieszczeniu obok sceny w Teatrze Powszechnym, saloniku, w którym aktorzy czekają na swoje wejścia na scenę, wisi zdjęcie Pana Zygmunta Hubnera, wieloletniego dyrektora tego teatru. Nie pamiętam od kiedy tam wisi, pewnie umieścił je tam ktoś tuż po jego śmierci. Kiedy się przechodzi koło tego zdjęcia, ma się uczucie, że oczy śledzą idącego. Te oczy żyją i obserwują od lat wszystko, co się dzieje w tym budynku. Jestem tego pewna.

Jedenaście lat temu, w dniu premiery Medei, którą miałam zagrać a którą On reżyserował, przyszłam do teatru, nie mogąc wytrzymać z nerwów w domu, już koło czwartej po południu. Chciałam wejść na scenę i postarać się uspokoić. W saloniku natknęłam się na siedzącego samotnie, dokładnie w miejscu, nad którym dzisiaj wisi to zdjęcie, Pana Zygmunta. Siadłam obok niego. Wydawało się, że jesteśmy sami w teatrze.Po chwili milczenia zapytał: – Boi się Pani?

– Panie Dyrektorze, użył Pan w tym przedstawieniu prawie wszystkiego, czego można użyć w teatrze: zapadni, mikroportów, dymów, kurtyny świetlnej, muzyki na żywo, pochyłej sceny, czarnej lustrzanej dekoracji, efektów dźwiękowych, chórów śpiewających, a nie jak u Eurypidesa mówiących, itd., itd., jeśli nam się nie uda, przynajmniej będziemy spadać z wysoka.

Spojrzał na mnie – Tak, to nie będzie najszlachetniejsze przedstawienie, ale przynajmniej Pani niech nie płacze w scenie pożegnania z dziećmi. – zerwał się i wybiegł. Ja nie wiedziałam, że będzie to ostatnia jego premiera. On pewnie wiedział.

Miał skomplikowaną osobowość artystyczną, przy absolutnej dyscyplinie myślenia, wyjątkowym wyrafinowaniu w gustach artystycznych, nienawiści do taniego sentymentalizmu i schlebiania publiczności, miał jednocześnie pociąg do kiczu i złego smaku i myślę, że ja wypełniałam z nadwyżką tę Jego potrzebę.

Praca nad Medeą, była dla mnie lekcją pokory i posłuszeństwa. Wyrywałam się moją znajomą drogą do publiczności a On stawał w poprzek tej drogi i mówił: – Nie tędy, za łatwo, proszę do nich wędrować innym, nie tak wydeptanym traktem. Proszę zlikwidować to drżenie w głosie, rozdzierające pani zdaniem, załamania głosu w krzyku, a przede wszystkim precz ze łzami!

– Panie Dyrektorze, ja zaraz zabijam te dzieci! Nie mogę nie płakać! Płacze mi się samo! Publiczność nie zrozumie braku łez! Publiczność to lubi!!!

Na każdym przedstawieniu pilnował mnie, surowo, jak mi się wydawało. Widziałam cały czas jego sylwetkę w prawym rogu balkonu. Jak zawieszony nade mną bat. A ja co wieczór jak koń realizowałam co kazał z najwyższym trudem opanowując prywatne egzaltowane wzruszenie, a On i tak przychodził do mojej garderoby każdego wieczora i machinalnie składając porozrzucane przeze mnie byle jak, moje ubrania, nie patrząc nawet na mnie mówił: – Jeśli pani nie zrozumie, że to nie jest sala na 1400 osób a na 400 i nie przestanie tak grać… tak grać… tak graaaać…. – A niedobrze grałam ? – Dobrze! Ale proszę skromniej, oszczędniej, bardziej sucho. Szlachetniej. – Ja gram szlachetnie! – broniłam się zażenowana wyrywając Mu jakąś część mojej garderoby. – Nie mówię o postaci, mówię o sposobie porozumiewania się z publicznością, proszę przyjąć, że są inteligentniejsi niż pani.

Kiedy Go czasem nie było, pozwalałam sobie na siebie i wydawało mi się, że publiczność jest ze mną. Pewnego dnia powiedział mi, że pisze sztukę dla mnie, o aktorce, a raczej o dyrektorze – reżyserze, który nie ma siły walczyć ze złym gustem, popularnością, sposobem bycia gwiazdy w jego teatrze, o dyrektorze, który umiera, bo nie ma siły z nią, z tym „czymś” walczyć. Dziś myślę, że jeżeli pisał coś takiego to dlatego, że miał przeczucie zbliżających się czasów, w których utrzymanie idei kultury „wysokiej” będzie zagrożone. O problemie, który go nurtował od dawna.

Są dni, w których siadam naprzeciwko Jego zdjęcia w saloniku i patrzę Mu prosto w oczy. Ale są i takie, kiedy po wieczornym spektaklu przemykam koło Niego po kryjomu. Ciągle wtedy mam ochotę zatrzymać się i krzyknąć: – Czego chcesz!? Wyszli zachwyceni! Ale wiem dokładnie co myśli.

Panie Zygmuncie, Panie Dyrektorze, przecież Pan to rozumie, aktor teatralny istnieje tylko wtedy kiedy gra, kiedy się wieczór kończy, nie zostaje nic, wrażenie publiczności, kilka pozowanych zdjęć i aroganckie, nierzetelne recenzje, bez serca. Ta walka o pocałunek publiczności jest ludzka i zrozumiała. Niech Pan nie będzie taki surowy i niech Pan zrozumie, że bez Pana jest dużo trudniej! Za chwilę, w rocznicę Pana śmierci, premiera Fedry, dla Pana. Nie wiem czy będzie Pan zadowolony. Będę się starała, ale chyba bez łez się nie obejdzie. Donoszę, że nawet Piotrek Machalica tym razem płacze na próbach, nie mówiąc już o innych. Bardzo Pana przepraszamy.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.