10
Kwiecień
2009
00:04

Gra w szczerość

Gra w szczerość
Piotr Bratkowski
10 kwietnia 2009 16:38

W świecie popkultury ludzie budzący zainteresowanie mediów stoją przed dylematem: albo sam sprzedasz swoją prywatność, albo zrobi to za ciebie Paweł Zyzak.

Z jednej strony Kazimierz Marcinkiewicz, były premier, który rozpad swojego małżeństwa i – przede wszystkim – nowy romans przekształcił w telenowelę ciągnącą się od tygodni na łamach plotkarskich mediów. Z drugiej strony Krystyna Janda, aktorka, która grając w filmie Andrzeja Wajdy „Tatarak”, wplotła w jego narrację prywatną opowieść o tym, jak towarzyszyła mężowi w umieraniu.
Z jednej strony wybitny krytyk sztuki Anda Rottenberg, która w autobiograficznej książce „Proszę bardzo” rozliczyła się z głębokiej traumy, jaką była dla niej degradacja narkotykowa i śmierć syna. I z własnego poczucia winy za to, że poprzez błędy i zaniedbania nie zapobiegła tej tragedii.
Z drugiej strony teleturniej „Moment prawdy”, w którym uczestnicy kuszeni bardzo wysoką nagrodą finansową publicznie opowiadają o najbardziej drastycznych zdarzeniach swego życia, a także o przekraczających normy kulturowe marzeniach. [Wywiad z Andrzejem Wajdą i recenzje
„Tataraku” publikujemy na s. 82, zaś tekst o książce Andy Rottenberg na s. 74]
Drzwi do ludzkiej prywatności, do prywatności osób publicznych, są dziś szeroko otwarte. Czasem przez nieproszonych, wścibskich gości w rodzaju Pawła Zyzaka, autora skandalizującej biografii Lecha Wałęsy. Najczęściej jednak przez samych gospodarzy, którzy w owych drzwiach stają i zapraszają przechodniów do wysłuchania ich opowieści. Najczęściej miałkich i pod pozorami głębokiej introspekcji przeraźliwie banalnych. W „Vivie” Cezary Pazura opowiada o swym proroczym śnie, w którym wyrywał się z krępujących go okowów: to ten sen sprawił, że aktor na powrót uwierzył w miłość i związał się z nową kobietą. „Gala” oferuje wspólną opowieść Małgorzaty Potockiej i Jana Nowickiego o tym, jak odkryli, że złamany niegdyś palec znakomitego aktora przeszkadza mu w pieszczotach.
Tabloidy od miesięcy nie mogą się rozstać z telenowelą w stylu latino, czyli historią rozstań i powrotów piosenkarki Dody i dożywającego piłkarskiej emerytury na ławce rezerwowych Polonii Warszawa Radosława Majdana. Kolorowe pisma i portale plotkarskie pełne są żalów próbującego odzyskać dawną, zbyt krótką popularność Rafała Olbrychskiego, opowiadającego o tym, jak wielki ojciec zniszczył mu dzieciństwo, a przy okazji ujawniającego, że procesuje się z rodzicami o prawo do opieki nad własnymi dziećmi. Zaś we wspomnianym „Momencie prawdy” czy w programach w rodzaju „Rozmów w toku” możemy wysłuchać drastycznych i intymnych wyznań osób anonimowych, przeważnie dotyczących krzywd, jakich doznały od świata albo uczyniły innym.
Padają kolejne bastiony intymności. Udostępnienie przez gwiazdy i chwilowe gwiazdki praw medialnych do ślubu, telenoweli z ciąży, sprzedaż praw do pierwszych zdjęć noworodka, wystawienie na widok publiczny perypetii rozwodowych (jak w głośnej parę lat temu historii aktorki Anny Samusionek) to już banały, które mało kogo szokują.
Ostatnio kolejną barierę przekroczyła skandalizująca gwiazdka brytyjskiego (a potem – indyjskiego) „Big Brothera” Jade Goody, która dowiedziawszy się o śmiertelnej chorobie, zaoferowała dziennikarzom prawa do pokazywania umierania i momentu śmierci. Śmierci na żywo ostatecznie nie pokazano, umieranie jednak sprzedało się dobrze. W efekcie na pogrzeb Goody (skądinąd znienawidzonej wcześniej przez publiczność za rasistowskie wypowiedzi i inne ekscesy) przybyły tysiące ludzi. Co więcej: temu sterowanemu przez media rytuałowi towarzyszyła powódź podniosłych komunałów. Podglądactwo zostało (przynajmniej w ustach samych podglądaczy) nobilitowane dzięki temu, że Goody przeznaczyła pieniądze uzyskane z upublicznienia umierania dla swoich dzieci. Padały więc, także z ust intelektualistów i teologów, komentarze o tym, że dzięki owemu rytuałowi gwiazdka odkupiła marne etycznie życie, że jej umieranie na oczach publiczności wiele ludzi nauczyło (choć czego dokładnie – nie wiadomo).
To zresztą stała cecha kultury podglądactwa i ekshibicjonizmu splecionych ze sobą w niedającym się rozplątać uścisku. Zjawiska do niedawna podejrzanej proweniencji i w sposób oczywisty komercyjne, mające z jednej strony zwiększyć sprzedaż i oglądalność mediów, z drugiej zaś pozwolić gwiazdkom wykorzystać czas prosperity do maksimum, podlewane są sosem patetycznych sloganów. Twórcy „Momentu prawdy” mówią o zwycięstwie prawdy nad hipokryzją. Rafał Olbrychski o odzyskaniu kontroli nad własnym życiem. Pazura i Marcinkiewicz to też szermierze wartości: dzielą się z publicznością wiarą w czystą, prawdziwą miłość, która (jak odkryli) jest wartością cenniejszą od kariery i dostatku. Zaś niemal wszyscy celebryci, których intymne szczegóły życia są stałym tematem mediów, wszem i wobec przysięgają, że bronią swej prywatności jak niepodległości. I skarżą się na wścibskich dziennikarzy i paparazzich. Tyle że gdy przez nazbyt długą chwilę media o nich milczą, sami podrzucają im smakowite tematy.
– Pojawił się nowy rodzaj celebrytów, zwanych socialite – mówi Tomasz Łysakowski, kulturoznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – To ludzie znani z tego, że obracają się wśród innych znanych ludzi. Jeśli zależy im na popularności, muszą opowiadać o swym intymnym życiu, bo to jedyna sprawa, którą mogą się pochwalić.
Zdaniem Łysakowskiego, odbiorcy takich zwierzeń przyzwyczaili się do publicznego roztrząsania cudzej intymności i uczynili zeń normę w dyskursie publicznym. I dlatego ta strategia zaczęła kusić także gwiazdy z nieco wyższej półki. – Ludzie to kupują, cały czas jest się na topie. Nawet ktoś, kto nie chce w tym uczestniczyć, zmienia zdanie, gdy czuje na plecach oddech konkurencji – mówi.
Jeszcze stosunkowo niedawno ludzka prywatność, nawet jeśli chodziło o osoby ogólnie znane, pozostawała – wedle niepisanej umowy społecznej – zakryta przed oczami publiczności. Ta umowa obowiązywała jeszcze wtedy, gdy zbiorową wyobraźnią XX-wiecznego społeczeństwa masowego zawładnęli pierwsi idole rodzącej się popkultury. Gretę Garbo i Rudolfa Valentino powszechnie utożsamiano z filmowymi kreacjami (do tego stopnia, że w oczach dawnych, naiwnych kinomanów aktor był graną przez siebie rolą), także dlatego, że nic nie wiedziano o ich życiu prywatnym. Nieprzypadkowo wielki pisarz Sándor Márai, którego dzieciństwo przypadło na początek ubiegłego stulecia, wspominał, że gapienie się było wówczas zajęciem przynależnym dzieciom i służbie. A po latach podobną metaforą posłuży się socjolog Zygmunt Bauman, gdy opisując podglądactwo i ekshibicjonizm współczesnej popkultury, stwierdzi ironicznie, że przez całe stulecia dziurka od klucza była narzędziem poznawania świata, przysługującym lokajom i pokojówkom.
Owszem, podglądactwo zawsze było częścią natury ludzkiej. Napędzała je pożyteczna skądinąd ciekawość świata, jednak jak przed laty, przy okazji pierwszej polskiej emisji „Big Brothera” pisała o tym w „Tygodniku Powszechnym” Agata Bielik-Robson – otaczała je aura wstydliwej dwuznaczności. Choć naruszało cudzą intymność, pozostawało w sferze prywatności, nie aspirując do rangi usankcjonowanego kulturowo obyczaju. I zachowywało wymiar lokalny: podglądano przecież rodziców, sąsiadów, chlebodawców, a narzędziami były wspomniana dziurka od klucza, podwórko, okno.
Dziś już prawie nikt nie wygląda przez okno, żeby zobaczyć, co słychać na ulicy. Patrzy w ekran telewizora czy komputera, żeby się dowiedzieć, co nowego u bohaterów zbiorowej wyobraźni. W efekcie to, co lokalne i wstydliwe, stało się globalną normą kulturową. Globalną, bo dziś wszyscy podglądamy tych samych ludzi; normą, bo wstydliwe dawniej plotki sprzedawane są w charakterze istotnych i zinstytucjonalizowanych przez media informacji.
Jeśli współczesna kultura wzmacnia w nas potrzebę podglądactwa, to trzeba przyznać, że zarazem znakomicie na to zapotrzebowanie odpowiada. Popkultura zatarła, a nawet odwróciła tradycyjne hierarchie. Sprawiła, że – mówiąc brutalnie – lepsi uczą się dziś strategii przetrwania od gorszych: intelektualiści od gwiazdek, a te z kolei od tzw. zwykłych ludzi, obnażających swą prywatność w talk-show. Zygmunt Bauman wiąże „popęd do publicznego spowiadania się i nacisk społeczny, by się publicznie z przeżyć intymnych spowiadać” ze zmierzchem tradycyjnych autorytetów. Gdy ich nie ma, ludzie próbują uczyć się życia z doświadczeń i przeżyć innych, takich jak oni sami. Zdaniem Baumana, prawo do wynoszenia swego życia do rangi sprawy publicznej jest dziś „jednym z najbardziej nośnych czynników stratyfikujących społecznie”, a więc zarazem jednym z najbardziej pożądanych przywilejów.
A skoro tak, nic dziwnego, że staje się przedmiotem gry prowadzonej między (prawdziwymi lub potencjalnymi) celebrytami, żyjącymi z ich zwierzeń mediami i obserwującą to publicznością. Etapem wstępnym jest gra o samo medialne zaistnienie, a więc – według Baumana – o kwestię tak fundamentalną, jak społeczny awans i nobilitacja. Zaś w miarę przełamywania kolejnych barier obyczajowych trzeba sprzedać coś, co zatrzyma na chwilę uwagę zblazowanej skandalami publiczności, a więc obnażyć własną intymność jeszcze bardziej niż to dotychczas czyniono (choć warto dodać – także za większe niż wcześniej pieniądze).
Jednak dla osób, które o zainteresowanie mediów zabiegać nie muszą, prawdziwa rozgrywka zaczyna się później. Jej stawką jest to, kto opowie twoją historię. Czy o młodości Lecha Wałęsy opowie sam zainteresowany, czy też Paweł Zyzak, który wyeksponuje fakt sikania do kropielnicy? A jeśli obaj, to czyja narracja okaże się bardziej atrakcyjna i wiarygodna. Jest to w istocie gra o zachowanie kontroli nad własnym życiem i jego publicznym wizerunkiem. Mniej lub bardziej świadomie podjął ją ostatnio Kazimierz Marcinkiewicz. Świadom tego, że rozstanie z żoną i rozpoczęcie nowego związku z jednej strony burzy jego wizerunek wyznającego katolickie wartości męża stanu, z drugiej zaś stanie się łakomym kąskiem dla mediów, postanowił wykonać ruch uprzedzający, próbując sprzedać dziennikarzom własną wersję wydarzeń. Były premier poległ jednak, bo był w tej grze amatorem rzucającym wyzwanie zawodowcom. Nie docenił samoistnej logiki stabloidyzowanego dyskursu, w ramach której obnażanie kończy się nie wtedy, gdy chce tego sam zainteresowany, lecz dopiero wówczas, gdy media znudzą się tematem. Zamiast wykorzystać ten dyskurs dla własnych celów, sam dał się bezlitośnie stabloidyzować, co najpewniej zakończy jego karierę polityczną.
W tej grze nie ma najmniejszego znaczenia prawdziwość wyznań celebrytów, liczy się tylko ich atrakcyjność. Tylko najbardziej naiwni konsumenci popkultury wierzą w autentyzm publicznych zwierzeń celebrytów, cała reszta wie, że to tylko konwencja. Podobnie zdecydowana większość czytelników tabloidów i portali plotkarskich zdaje sobie sprawę, że prawdziwość zawartych w nich rewelacji należy dzielić przez dziesięć. Niektórzy nawet się domyślają, że to, co dostają do lektury, jest efektem mozolnych negocjacji między tabloidem a samą gwiazdką i jej agentem. Dlaczego więc uczestniczą w tej grze? – Odbiorca często ma świadomość, że to, o czym opowiada gwiazda, jest po prostu częścią jego wizerunku, a nie szczerym wyznaniem. Udajemy jednak, że w to wierzymy, bo chcemy być na czasie i będąc blisko kogoś znanego, czujemy się lepiej – mówi Tomasz Łysakowski.
Ekshibicjonizm popkultury nie jest więc żadnym rewolucyjnym odkłamywaniem rzeczywistości. Jest kolejną, wymyśloną przez kulturę konsumencką rozrywką, w ramach której jedni udają, że mówią prawdę, drudzy, że w nią wierzą. I jest jednym z podstawowych sposobów współczesnego komunikowania się społecznego.
Dlatego od czasu do czasu w taki dyskurs włączają się osoby – zdawałoby się – z kompletnie innej bajki. Wybitni artyści, poważni intelektualiści. – W pewnym momencie swojego życia przekonują się, że o wiele lepiej prosperują ci, których dorobek jest mniej znaczący albo wręcz żaden, ale którzy nie mieli oporów przed publicznym odsłanianiem się – mówi Magda Zena Sadurska, psycholog z SWPS. – Może to prowadzić do naśladowania strategii promocyjnych rodem z kultury niskiej przez twórców proponujących rzeczy bardzo wartościowe.
Jako przykład skuteczności tej metody Sadurska wymienia piosenkarkę Marię Peszek, której zastosowanie promocyjnej strategii Dody pomogło wyjść z artystycznej niszy bez równoczesnego schlebiania gustom konsumentów popkulturowej papki. Jednak są i koszty: przekonała się o tym Dorota Masłowska, gdy promując „Wojnę polsko-ruską”, zagościła na pewien czas w plotkarskich mediach. Sprzedaż wprawdzie osiągnęła poziom niespotykany przy tzw. ambitnych debiutach literackich, ale jej twórczość zaczęła być wśród wielu odbiorców postrzegana przez pryzmat stabloidyzowanego dyskursu, całkowicie unicestwiającego jej przesłanie.
Jednak czasami w ogóle nie chodzi o strategię promocyjną. Nie potrzebowała jej przecież Krystyna Janda, opowiadając w „Tataraku” o umieraniu męża. Nie zabiegała też o nią Anda Rottenberg, obwiniając się publicznie o błędy, które doprowadziły do śmierci jej syna. Ani szefowa radia TOK FM Ewa Wanat, gdy przed kilku laty opowiedziała w głośnym wywiadzie, że była w dzieciństwie molestowana seksualnie przez dziadka. Nie chodziło też o promocję autorom wciąż bulwersujących sporą część polskiej opinii publicznej coming outów: homoseksualnych (aktor Jacek Poniedziałek) czy żydowskich (pisarze Michał Głowiński czy Agata Tuszyńska). Ani wybitnemu konstytucjonaliście Wiktorowi Osiatyńskiemu czy też aktorce Stanisławie Celińskiej, gdy głośno obwieszczali o chorobie alkoholowej.
Zaś najbardziej radykalnego upublicznienia swojej intymności nie dokonała żadna z popkulturowych gwiazdek, lecz papież Jan Paweł II, gdy w ostatnich tygodniach życia odsłaniał przed wielomilionową, globalną widownią kolejne etapy cierpienia, a potem umierania. Po to, by przywrócić należną godność cierpieniu i śmierci, zakłócającym radosny szczebiot popkulturowego dyskursu i dlatego wypychanym ze świadomości.
Nie tylko papież, także Janda, Wanat czy Osiatyński: wszyscy mieli do załatwienia jakąś ważną sprawę. Po części prywatną: publiczna opowieść jest przecież sposobem walki z osobistą traumą, odsłonięciem czegoś, co boleśnie ukryte. Przede wszystkim jednak – publiczną: w ich wyznaniach była nadzieja na poszerzenie dyskursu publicznego o tematy, którym należy się tam miejsce. Nadzieja na społeczne otwarcie się na rozmowę o sprawach niewygodnych, na co dzień zamiatanych pod dywan.
Owszem, posłużyli się konwencją, która wielu odbiorcom mogła skojarzyć się z popkulturowym ekshibicjonizmem. Czy jednak nie było warto, skoro takie są reguły współczesnej komunikacji społecznej? Gra takimi konwencjami zawsze niesie ze sobą ryzyko. Swego czasu Fiodor Dostojewski wykorzystał popularną konwencję powieści brukowej, by napisać wielki moralitet: tak powstała „Zbrodnia i kara”. Ale pamiętając o tym, warto mieć równocześnie świadomość, że część odbiorców do dziś czyta ten moralitet jak zwykłą powieść brukową, całkowicie ignorując jej prawdziwe przesłanie.

W tekście wykorzystałem m.in. fragment rozmowy antropologa prof. Wojciecha Burszty z prof. Zygmuntem Baumanem „Kultura do spożycia na miejscu” („Kultura Popularna” 2/2004)
___________________________________________________________________________________

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.