20
Listopad
2017
08:11

GALA, 20.11.2017 - okładka. Fot. Krzysztof Opaliński

zobacz więcej zdjęć (4)

CZEKAM NA LEPSZE CZASY wywiad dla GALI – 20.11.2017

Właśnie ukazała się druga część Pani „Dzienników”, które od 17 lat pisze na swojej stronie internetowej. Po co Pani pisze?

Nieuprzejme pytanie (śmiech). Myślę, że wynika to z naturalnej potrzeby dzielenia się. Aktorstwo, reżyseria, prowadzenie teatru też jest dzieleniem się z ludźmi – uczuciami przede wszystkim, przemyśleniami, problemmi, tematami. Jeżeli coś mnie porusza, a jest szerszym problemem, piszę o tym. A raczej pisałam, bo teraz, od jakiegoś czasu mi trudniej, czy raczej monotematycznie. Wiele osób mówiło mi, że zaczynali dzień od czytania mojego „Dziennika”.

Wkładała Pani w niego wiele serca.

Kiedyś pisałam codziennie. Pierwsze lata były zachłyśnięciem się internetem i możliwościami, jakie daje. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz komputer i poznałam jego możliwości, oszalałam! Zaczęłam się szybko tego uczyć. Ale tak jest u mnie ze wszystkim. Po prostu coś mi się podoba, widzę potencjał i… Zawsze pisałam o sprawach zawodowych, to było dla mnie ważne. W miarę upływu czasu zmieniały się inne tematy: zaczynałam od problemów społecznych i spraw dotyczących nieszczęść życiowych czy zwykłych radości. Gdy nastała wolna Polska, okazało się, że wszyscy uczymy się cieszyć małymi rzeczami i na nowo smakować życie. Wtedy mój „Dziennik” zdominowały tematy wyjazdów, wycieczek, dzieci, pór roku. Ostatnie lata przyniosły zdziwienie, że nie wszyscy myślimy tak samo, że się różnimy, że niektórzy mają w sobie tyle złości,

wcale nie są dobrzy, choć tak nam się wydawało.

Zaskoczyło to Panią?

Tak. Wydawało mi się, że wszyscy ludzie dookoła mnie, z którymi żyję w Polsce, w naszym kraju, myślą podobnie. Że wolność, praca, sukcesy, porażki, są nam wspólne. Było tak, dopóki nie powstały liczne otwarte media, fora, anteny i nagle ludzie zaczęli bez zahamowań mówić, co myślą i czują. Zdziwiłąm się a potem przeraziłam. Wtedy zupełnie też zmienił się i „Dziennik”. Wycofałam się, bo byłam atakowana za absolutną niewinność czy naiwność. Za takie rzeczy… na przykład pisałam, że czekam na wakacje, bo jadę do Włoch i dostawałam fangę – że mnie stać na wyjazdy za granicę, że jestem egoistką i tak dalej. Kilka razy mnie tak boleśnie dotknięto, szczególnie komentarze w okresie choroby mojego męża, wtedy w ogóle przestałam pisać.

Jednak wróciła Pani do tego.

Powoli, ponieważ „Dziennik” stał się w pewnym sensie, elementem PR-u Fundacji. Ludzie mnie pytali, kiedy gram, dokąd wyjeżdżam, kiedy będę w Krakowie itp. W ten sposób, razem z forum, które się przy nim rozwinęło, oraz Facebookiem, „Dziennik” stał się elementem Fundacji. Natomiast od dwóch lat w ogóle już nie piszę na tematy osobiste.

Dlaczego?

Mam poczucie, że żyję wśród wilków. Że ludzie są nieprzychylni. Że ci, którzy zawsze byli z nami, ze mną, też się wycofali, bo dostawali po głowie. Nagle zdałam sobie sprawę, że tak właśnie wygląda Polska, że tak naprawdę wyglądają Polacy. I przypomniało mi się wszystko, co usłyszałam na temat Polski okresu międzywojennego, gdy nasze społeczeństwo było podzielone na narodowców i ludzi otwartych. Wiele z tego, co się wówczas działo, i ze sztuką, literaturą, społeczeństwem, zaczęło mieć zabarwienie brunatne. I to teraz znów wyszło. Poczułam, że apetyt na ten faszyzm, bo inaczej tego nazwać nie można, na całkowitą nietolerancję, który został zahamowany przez wojnę, teraz nagle na nowo wybuchł.

Są ku temu, niestety, sprzyjające warunki.

Do mojego fanpage’a i bloga każdy ma dostęp, zamiast więc blokować ludzi, zamieszczam rzeczy ważne, czasem komentuję, czasem milczę ale podpisuje się pod tym lub daję pod rozwagę. I w tej chwili „Dziennik” jest efemerydą. Jak już naprawdę nie mogę wytrzymać, to coś wykrzykuję, ale bardzo rzadko. Czekam na lepsze czasy, żeby móc spokojnie, na nowo zacząć żyć. Teraz tylko gram, reżyseruję, dyrektoruję, robię swoje.

Myślę, że tym bardziej powinna Pani teraz regularnie pisać.

Nie. Ja pisałam z prawdziwej potrzeby. Nie mogę się do tego zmuszać. Pisałam do przyjaciół. Prawie codziennie stoję na scenie. I to porozumiewanie się z ludźmi przez role, przez sztuki, które wybieram, przez sposób, w jaki gram i w jaki prowadzę teatry, również jest rozmową i przyjaźnią. Bardzo aktywny jest też mój Facebook a raczej Fanpage. Nagle okazało się, że to, co mnie porusza i co udostępniam innym, czyli mój poranny wybór wiadomości, artykułów z mediów, jest dla nich ważne. Spędzam na tym dwie, trzy godziny dziennie.

Traktuje to Pani jako misję?

Tak, absolutnie. Ale bez przekonania, że jestem kimś wyjątkowym. Wielu ludzi tak robi w Internecie, nie chcę być sami z „opresją” w jaką wprowadziłay ich czasy, z niepokojem. Misja? Tak, tak jak mój zawód, Fundacja, której poświęcam cały swój czas i dorobek całego życia. Trudno to inaczej traktować. Za dużo temu oddaję. I nie żałuję. Myślę, że też dzięki temu dostałam po 25 latach wolności, tytuł „Człowieka Wolności” w dziedzinie sztuki. Za to, że nie zajęłam się prywatnymi sprawami, a robiłam wszystko dla ludzi, nasze fundacyjne teatry zyskały znaczenie – gramy repertuar, który porusza ważne tematy, często niepopularne, bolesne.

Ma Pani charyzmę. Jest niezwykle wyrazistą i silną kobietą.

Kobiety w mojej rodzinie właściwie wszystkie miały „siłę” i niezależność. Myślę też, że wpływ na mnie miało wychowanie. Najpierw, gdy byłam małym dzieckiem, wszyscy się mną zajmowali. Kilkoro dorysłych, rodzina. Kiedy przyjechałam do Warszawy i poszłam do szkoły, rodzice zupełnie nie mieli dla nas czasu, dla mnie i dla siostry, odkąd pamiętam w czasach szkolnych żyłam jakby na własną odpowiedzialność. Od liceum już wszystkie decyzje podejmowałam sama. Na szczęście na dole w moim bloku w Ursusie była biblioteka, a nie piwiarnia (śmiech). Na zabawę z koleżankami na podwórku nie miałam wiele czasu, ponieważ rodzice, by nam z siostrą głupoty nie przychodziły do głowy, uznali, że zorganizują nasz czas w dosyć morderczy sposób. Uczyłam się więc czterech języków, grałam na fortepianie, chodziłam do studium baletowego.

Pani została tego po prostu nauczona, by mieć całe dnie wypełnione zajęciami.

Dokładnie. Ale jak się bawiłam z koleżankami, to rozmawiałyśmy o książkach i o marzeniach przyszłego niezwykłego życia, a nie o głupotach.

Jakie miałyście marzenia?

A różne! Każda z nas chciała napisać książkę. To na pewno. Jedna chciała zostać choreografem. To było zdumiewające – taki robotniczy Ursus, takie podwórkowe dzieci… A zdrugiej strony… wielki blok przy ulicy Hanki Sawickiej. Ludzie, którzy w nim mieszkali, pochodzili z całej Polski – mieli korzenie kresowe, niemieckie. My ze Starachowic, mój ojciec był inżynierem-zbrojeniowcem. Matka jednego z kolegów, który mieszkał na tym samym piętrze, była tancerką. W naszym bloku mieszkał też bardzo starszy pan, który dużo z nami rozmawiał – był jednym z byłych właścicieli późniejszej fabryki Ursus. Trafiłam więc w taki tygiel żywych umysłów. I wspaniałych, budujących snobizmów. Wpływ otoczenia ma, moim zdaniem, decydujące znaczenie na przyszłość człowieka. Nie bez powodu rodzice tak się martwią o towarzystwo w jakim obracają się ich dzieci, bo to absolutnie determinuje, na całe życie.

A czy Pani przyjaźnie z dzieciństwa przetrwały?

W Fundacji pracują dwie moje koleżanki. Do dzisiaj się przyjaźnimy. Wiele znajomości przetrwało. Także te późniejsze z Liceum Plastycznego. Jest Pani osobą, która pielęgnuje przyjaźnie?

Tak. To znaczy, wie pani, nawet po kilkudziesięciu latach nie widzenia się, czuję się z tymi wszystkimi ludźmi blisko związana. Dwa miesiące temu, przypadkowo odnaleźliśmy jednego z naszych kolegów z klasy, Roberta Stpiczyńskiego, który namalował w Polsce i Włoszech wiele religijnych obrazów, mieszka na stałe we Włoszech. To było niezwykłe liceum, które budowało osobowości, nie ograniczało nas w żaden sposób. I myślę, że to bardzo zaprocentowało. Właściwie wszyscy ci ludzie są kimś: architektami, grafikami, malarzami, designerami. Spotkania z nimi sprawiają mi wielką przyjemność. To, że odeszłam w inną stronę nic nie znaczy. Dalej jest mi to bliskie…

Czy ma Pani poczucie, że osiągnęła już wszystko?

Nie. Nie.

Niedosyt?

Ani nie czuję niedosytu, ani nie uważam, że osiągnęłam wszystko. Myślę, że przeżyłam bardzo owocne życie. Natomiast mam od dwóch lat z wieloma moimi znajomymi poczucie wspólnoty w „klęsce”, w rozczarowaniu. I również poczucie winy.

Z jakiego powodu?

Że może, nie wiem, czegoś wszyscy razem nie dopilnowaliśmy, że tak się stało, jak się stało. Że ludzie myślą, jak myślą. Że czuli się gorsi, odtrąceni i teraz gryzą bo wolno. Zawsze uważałam, że każdy z nas jest kowalem własnego losu, i że tak naprawdę, przyszłość człowieka zależy od jego pracowitości, talentu, chęci, dynamiki i działania. A teraz okazuje się, że cała grupa Polaków oskarża nas o coś, co my mieliśmy za sukcesy? Obwiniają, że nimi pogardzamy? Ja po prostu… jestem, jak bym była chora od dwóch lat. Kiedy słyszę takie, przepraszam za wulgarność: „Kurwo, wypierdalaj z tego kraju!”, zwyczajnie wydaje mi się, że to jest niesprawiedliwe. Co więcej, nie domyślam się nawet za co.
Nie należy się tym przejmować. To mówią ludzie mali.

Łatwo powiedzieć. Nie chcę używać wielkich słów, ale wydaje mi się, że dużo zrobiłam dla kraju, ponieważ tak się złożyło, że mój zawód jest zawodem społecznym. No, w każdym razie, obudziłam się dwa lata temu… i trwam w „oniemienu”. Ciągle wydaje mi się, że śnię, że to nie może być prawda. Nie mój kraj, nie moi rodacy, nie moja telewizja.

A propos, zapraszają tam Panią?

Nie. Kiedyś weszłam zaproszona do TVP Kultura i po piętnastu minutach był telefon z „góry”: czy Janda jest w budynku i co tutaj robi? (śmiech). Miałam już kiedyś zakaz grania w telewizji – wtedy powiedziano mi, że moja twarz przypomina Polakom niepotrzebne rzeczy. Ale to było za komuny. A ostatnio, jak do mnie ktoś napisał, bo już się wszystko wszystkim myli: „Komunistyczna kurwo”, odpowiedziałam: „Zgadzam się na kurwę, ale nie zgadzam się na komunistyczną”. No, ale nic.

Myślę, że trzeba przeczekać trochę, robiąc swoje. To minie.

Może. Może… (cisza). Nie jestem optymistką, niestety. Myślę, że czeka nas, naprawdę… długie lata nas czekają w …nie wiem jak to nawet nazwać. Kiedyś w czasach komunizmu, tłumaczyłam na pogrzebie księdza Popiełuszko, mojej przyjaciółce, aktorce francuskiej, o co chodzi z tym komunistycznym reżimem. Po całym dniu tych wyjaśnień, kiedy wydawało mi się że „załapała”, zapytała mnie zdziwiona – Ale co na to wasz parlament! Teraz ja sama zadaję to pytanie, jako żart.

Proszę tak nie mówić, bo ja cały czas liczę na to, że jeszcze dwa lata i będzie po wszystkim.

Nie. Nie będzie wolnych wyborów. Czeka nas kilka, kilkanaście lat… absolutnie niesprawiedliwego kraju.

A gdzie widzi Pani teraz miejsce dla siebie?

Nigdzie! Robię swoje dalej. Gram, póki mamy publiczność, póki to, co gram ma znaczenie i ludzie kupują na to bilety. Ale w dniu, w którym przestaną je kupować, wszystko zamknę i spokojnie się oddalę. Nie za wszelką cenę. Nie muszę już grać. Jestem aktorką absolutnie spełnioną, mam 65 lat i przeżyłam szczęśliwe, owocne życie. Jestem w encyklopedii. Póki co, bo hasło Krystyna Janda, niedługo też może zmienić wymowę.

Nie byłoby Pani szkoda tego wszystkiego?

Wie Pani, wtedy chyba nie, traci się apetyt na granie w takich warunkach. Gdyby doszło do takiego momentu, że trzeba by było… Czy wyobraża sobie Pani życie, poza teatrem?

Nie wiem, może wreszcie zaczęłabym malować! (śmiech) Nareszcie, bo ciągle do tego tęsknię. I to mi się wydaje tak pociągające!

Zamieniłaby Pani teatr na sztalugi?

Z konieczności. Gdyby to było moje marzenie, dawno bym malowała (śmiech). Zawsze robię to, na co mam ochotę.

Czyli nie malowała Pani od skończenia liceum?

Nie miałam czasu. Przez pierwsze dziesięć lat robiłam trzy-cztery filmy rocznie i grałam dwie-trzy role w teatrze. A liczba choćby wywiadów, ilość obowiązków dodatkowych, rodzina, dzieci… naprawdę, mogłabym obdzielić tym wszystkim kilka kobiet (śmiech).

Czy jest coś, o czym Pani jeszcze marzy?

Nie. Nie, nie. Wszystkie moje myśli są z Fundacją i naszymi teatrami, a te naprawdę gorące i emocjonalne, wiążą się jednak z rodziną. Mam dużo dzieci, dużo wnuków i martwię się ich przyszłością. Szczerze mówiąc, wszystkie moje wątpliwości, zmartwienia, pesymizm odnoszą się do tego. Mam dwóch synów – jeden ma 25 lat, drugi 27. Wchodzą w życie. Moja córka jest aktorką, w sile, w środku kariery. Wnuczka, najstarsza, poszła na historię sztuki. Młodsze wnuki zastała reforma szkolnictwa i się z tym zmagają. A ja jestem jak Szymon Słupnik i wydaje mi się, że muszę wspierać całe to „towarzystwo”. Mam przy sobie 88-letnią matkę, która jest bardzo aktywna, bardzo zajmuje ją polityka i cały czas tym się emocjonuje. Kiedy umierał mój mąż prawie 10 lat temu, 2 lata po wspólnym stworzeniu Fundacji, powiedział do mnie: „o ciebie się nie martwię, ty sobie dasz z tym wszystkim radę”. No i cóż… staram się. Tylko to „wszystko” mnie przerosło. Nie ma takiego filmu na świecie i takiej sztuki, która by zastąpiła to, te „atrakcje” których nam dostarcza teraz życie. Moje emocje są związane z tym, co będzie dalej. Jak będzie wyglądała przyszłość moich bliskich. Bo ja ciągle nie zaczęłam się urządzać w tym Nowym. Ciągle nie!

Dużo czasu spędza Pani ze swoimi dziećmi?

Na weekendy do Milanówka przyjeżdżają wszyscy. Jemy wspólne obiady, panowie przywożą pranie, przyjeżdżają się przytulić, pogadać, grać w tenisa (śmiech). Zjawiają się też, jak mają kłopoty osobiste, kiedy są jakieś problemy, rodzinne rocznice, imieniny, urodziny – to wszyscy się spotykamy. Ale oni wszyscy przyjeżdżją głównie do Babci, czyli mojej mamy.

Bardzo jesteście zżyci ze sobą?

O życie jest wymagające. Każdy ma swoje sprawy, tak więc bez przesady. Ale spotykamy się regularnie. Święta zawsze spędzamy razem, w Milanówku. Wyjeżdżam też z dziećmi na narty, albo na wakacje. Bardzo dużo pracuję, w stałym rytmie, i na razie nie wyobrażam sobie bez tego życia. Ale w owym rytmie są również rodzinne niedziele, spacery, książki, rozmowy, zakupy, wyjazdy z matką, wizyty z nią na cmentarzu – wszystko to, o co mama mnie prosi, bo jestem z nią, po prostu, cały czas.

Jesteście do siebie z mamą podobne?

Myślę, że w jakimś sensie tak. Moje wszystkie przyjaciółki kochają się w niej i zazdroszczą. Mama jest Aniołem spokoju i neutralności czy raczej akceptacji. Mieszkaliśmy z mężem w Milanówku 22 lata, razem z moimi rodzicami. Nie było nigdy żadnej awantury. Nigdy nikt nie miał do siebie nawet cienia pretensji o cokolwiek. Kiedy mój mąż był chory, mama bardzo się nim zajmowała, była z nami, za co jestem jej naprawdę wdzięczna. Tak, czujemy się bezpiecznie, czujemy się rodziną. No i wszyscy mamy w swoich domach zwierzęta. Psy, koty. W moim domu są w tej chwili cztery psy. Wszystkie nasze zwierzęta to uratowanie w nieszczęściu istoty. Jeden z nich, Sonia, towarzyszy mi właściwie bez przerwy. Wszędzie z nią jeżdżę. Nawet na wakacje do Włoch. Spotkałam ją w Krakowie w centrum handlowym.

Śpi z Panią w łóżku?

W nogach, i pilnuje bezpieczeństwa i spokoju całego świata.

Wydaje mi się, że jest Pani taką osobą, która i w teatrze, i w rodzinie, skupia wszystkich wokół siebie, przyciąga.
Nie wiem. Nie tyle skupiam, ile… jak to nazwać? Ja zawsze mam jakiś plan. I rozwiązanie.

A nie chciałaby Pani, aby te role chociaż raz się odwróciły?

Ależ tak się zdarza. Mamy duży stary dom i na okrągło go remontuję. Marzę, żeby ktoś mi zdjął te remonty z głowy (śmiech). I to się zdarza. Daje Pani radę?

Staram się. Mam wciąż poczucie moich możliwości zawodowych. Nie boję się więc z tym sensie kryzysu. Jak będzie trzeba, wyjdę na scenę i będę ratować. Ale boję się zdarzeń i rzeczy na które nie mam wpływu. Które nie ode mnie zależą.

Zawód, który Pani uprawia, nadaje życiu dużą intensywność. W Pani przypadku nakłada się jeszcze na to silny charakter i ekspresyjna osobowość. Nie jest Pani czasami zmęczona? Nie ma Pani potrzeby pobyć sama?

Jestem ciągle sama. Bez przerwy. I bardzo mi z tym dobrze. W teatrze, też zresztą jestem sama. Bardzo chronię swoje godziny, nocne godziny samotności. Uwielbiam je. A praca jest moją radością i sensem. Dbam o siebie. Żyję dość „higienicznie”… nie bywam prawie w miejscach publicznych.

Dlaczego?

Bo mnie nie bawi cały ten zewnętrzny świat show-biznesu i tego rodzaju „błyszczenie”. Nie wiem, jakoś nie umiem i nie lubię. Zawsze tak było, ale teraz mam pozycję, która mi na to pozwala. Zresztą jest wiele obowiązków „reprezentacji” związanych z teatrami, z Fundacją. To lubię i tu nie marudzę. Ta Fundacja to dzieło mojego życia. No i jestem tu naprawdę potrzebna.

Potrzebna jest Pani również dzieciom? Chyba nie miała Pani dla nich za wiele czasu?

Wychowywałam je, zawsze razem z moją rodziną, przede wszystkim z mamą. Ale moje wolne chwile miałam dla nich, dla domu. Nigdy nie robiłam w tym czasie zakupów, nie gotowałam, nie sprzątałam. Moje dzieci zawsze miały poczucie bezpieczeństwa. To wszystko nie polega na ilości czasu, tylko na jego intensywności. Poza tym uważam, że dzieci wychowuje się przez przykład. I prawdę. Nie ukrywaniem uczuć.

Łatwo się Pani wzrusza?

Bardzo łatwo. Zbyt łatwo. Mój mąż się z tego śmiał. Bawiło go zawsze, jak odbieram sztukę. Jakbym była „naiwnym cywilem” w tej dziedzinie lub dzieckiem. Ale też po latach, teatr, kino, nudna książka, głupie interpretacje, są jak cierpienie, to boli fizycznie. Nie jest to najmądrzejsze.

Miała Pani 23 lata, kiedy debiutowała w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy. Jak się Pani zmieniła przez te ponad 40 lat?

O, myślę, że zmieniłam się bardzo. Przeżyłam bardzo bogate życie, to zmienia (śmiech). Jeśli chodzi o życie osobiste, dotknęło mnie wszystko: i miłość, i rozwód, i rozczarowanie, i szaleńswto i cierpienie, i macierzyństwo, i śmierć ojca, i śmierć męża. Teraz coraz częciej odchodzenie wielkich przyjaciół. Trudno to wszystko przejść i się nie zmienić. Dotknęły mnie też równolegle trudne sprawy, związane z moim zawodem, bo właściwie każda rola – Aniela, Medea, Fedra, Arkadina, Raniewska czy Elżbieta z „Białej bluzki” – to przeżycia i emocje. Tego się nie da zagrać bez uczuć i emocji. Było ich strasznie dużo, tyle ról. Ale nigdy zawód nie przysłonił mi realistycznej oceny ani świata, ani siebie. A w stosunku do innych, szczególnie od momentu stworzenia Fundacji, łagodnieję i staję się coraz bardziej otwarta, tolerancyjna. Coraz bardziej.

Jest Pani zadowolona ze swojego życia?

Tak. Byłabym całkiem szczęśliwa, gdyby jeszcze nie doszło do tego w Polsce, do czego doszło. I uważam, że emigracja wewnętrzna jest grzechem. Wielu moich znajomych w nią ucieka, ale nie można w tej chwili milczeć.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.