10
Maj
1984
16:05

EDUKACJA RITY, Teatr Ateneum, premiera 10 maja 1984. Fot. Zygmunt Rytka

zobacz więcej zdjęć (12)

Edukacja Rity

Edukacja Rity

Willy Russell

Reżyseria: Andrzej Rozhin

Przekład: Karol Jakubowicz

Scenografia: Marcin Stajewski

Opracowanie muzyczne: Tomasz Bajerski

Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza Warszawa

Premiera: 10.05.1984

Obsada:

Rita- Krystyna Janda

Frank- Tadeusz Borowski

—————————— —————— —————— ———————–

Można ją łyżkami jeść, pyszna.

„Teatr” Nr 8 (815), Sierpień 1984, Rok XXXIX, art. Elżbieta Baniewicz.

Teatr Ateneum w Warszawie (Scena 61): EDUKACJA RITY Willy Russella. Przekład: Karol Jakubowicz. Reżyseria: Andrzej Rozhin, scenografia: Marcin Stajewski. Prapremiera polska 5 V 1984
Teatr Powszechny w Warszawie: Z ŻYCIA GLIST Pera Olova Enquista. Przekład: Andrzej Krajewski-Bola, reżyseria: Zygmunt Hubner, scenografia: Barbara Hanicka. Premiera 19 IV 1984

Źródło: „Teatr” Nr 8(815), Sierpień 1984 , Rok XXXIX. Edukacja Rity Russella w Teatrze Ateneum w Warszawie. Krystyna Janda (Rita), Tadeusz Borowski (Frank). Fot. Zygmunt Rytka (w numerze)

„Można ją łyżkami jeść, pyszna” – mówią widzowie o Krystynie Jandzie, którą przed chwilą obejrzeli na małej scenie warszawskiego Ateneum. Nie jest to określenie, z którego tzw. szanujący się krytyk skorzysta. Metafora kulinarna, przyznaję, nie najwyższej próby, intelektualnej precyzji też trudno się w niej dopatrzyć. Dla mnie jednak to podsłuchane sformułowanie ma niezaprzeczalny walor autentyczności: tak właśnie mówi się wyrażając aprobatę, uznanie, zachwyt i wiele jeszcze niedookreślonych superlatywów. Nie ulega wątpliwości, że zawiera w sobie więcej emocjonalnych treści niż zgrabne zdania typu – „aktorka dała w roli Rity zachwycającą kreację”, „obdarzyła postać ciepłem i wdziękiem oraz udatnie stworzyła wymowny portret współczesnej dziewczyny”, czy „talent młodej aktorki rozwija się obiecująco” – jakie można spotkać w recenzjach. Tym kolokwialnym określeniem nikt się nie dławi a z powodzeniem zastępuje ono tzw. bardziej odpowiednie. Bez wątpliwości znaczy, że wszystko jest w porządku, a nawet więcej, m.in. to, że wieczór w teatrze nie był, jak wiele innych, nudny, i to że wszyscy zwabieni nazwiskiem i popularnością aktorki nie wychodzą rozczarowani – przeciwnie – podbici jej talentem i osobą.

Nie ma co udawać, że tak nie jest, widzowie przychodzą na Edukację Rity nie po to, aby zobaczyć „nową wersję Pigmaliona”, jak reklamowała prasa sztukę Willy’ego Russella, ale przede wszystkim żeby zobaczyć sławną Jandę. Aktorkę, która nakręciła 30 filmów, w kilku z nich grała wybitne, prowadzące role. Jako „pierwsza w dziejach” stała się naszą aktorką klasy europejskiej, o którą zabiegają renomowani reżyserzy, gwiazdą i nieomal symbolem współczesnego polskiego aktorstwa. W teatrze grywała rzadko, to prawda, sześć czy siedem ról, tym bardziej więc na nowe przedstawienia z jej udziałem trudno się dostać. Jej nazwisko zaczęło interesować publiczność, gwarantować teatrowi sukces, co zdarza się nie tak często i czego nie sposób nie zauważyć.

Zręcznie napisana sztuka młodego angielskiego dramaturga opowiada historię następującą. Dwudziestoparoletnia fryzjerka, z angielskiej prowincji, postanawia w pewnym momencie coś w swoim nieciekawym życiu zmienić, mianowicie zdobyć wykształcenie czyli przepustkę do innej kultury, do niedostępnej jej dotąd sfery ludzi. Zapisuje się na wykłady uniwersytetu otwartego, który prowadzi czterdziestoparoletni, alkoholizujący się znawca literatury, ongiś poeta. Dwugodzinną sztukę wypełnia seria krótkich spotkań tych dwojga, podczas których młoda fryzjerka przekształca się z pretensjonalnej gąski w dojrzałą, kulturalną i bardzo interesującą kobietę, a wykładowca literatury okazuje się człowiekiem samotnym, zagubionym i zdezintegrowanym. Role odwracają się i Rita staje się nauczycielem życia tego dojrzałego mężczyzny. Jednocześnie jest to sztuka o miłości, nie o romansie profesora i studentki, lecz o miłości dwojga dojrzałych, poszukujących autentycznych uczuć i myśli ludzi, którzy świadomi są jednocześnie wyrzeczeń, jakie w imię tego uczucia trzeba ponieść rezygnując z części swojej wolności osobistej.

Krystyna Janda jest w roli Rity zachwycająca z paru powodów. Nie tylko dlatego, jak mówią mężczyźni, że jest inteligentna i ma seks, co jest prawdą, i nie tylko dlatego, że przemianę kopciuszka w damę potrafi pokazać na scenie wiarygodnie, konsekwentnie trzymając się komediowego genre’u. Jest zachwycająca, ponieważ potrafi ujawnić swą nieprzeciętną osobowość i zagrać bez fałszu spontaniczność i żywiołowość bohaterki. Od pierwszej sceny, kiedy po szarpaninie z zepsutymi drzwiami, wpada do nobliwie urządzonego pokoju wykładowcy, tworzy postać współczesnej dziewczyny, która pomimo swych pretensjonalności, złego gustu, popełnianych gaf towarzyskich i niewiedzy urzeka autentycznością, z jaką walczy, zresztą skutecznie o zmianę swojego losu. Pasja, temperament, energia, jakiej aktorka użycza swojej Ricie zjednuje jej sympatię i zainteresowanie nie tylko scenicznego partnera ale przede wszystkim widzów. Oglądanie kobiety, która zabiega, nie o swoją kobiecość i wdzięk (one istnieją jakby mimochodem), a o to by stać się mądrym , kulturalnym człowiekiem, inteligentnym i świadomym partnerem, dzięki aktorstwu Jandy staje się pasjonujące. Entuzjazmem, aktywnością i przyjemnością, jaką w sposób widoczny czerpie z grania tej roli zaraża też swojego partnera Tadeusza Borowskiego. Od lat nie widziałam go w tak dobrze poprowadzonej roli wykonanej przy tym z lekkością, nutą ironii, nostalgii a jednocześnie utrzymanej konsekwentnie w tonie komediowym.

Brawurowe tempo, zaskakujące, ciekawie pomyślane pointy poszczególnych scenek, uwaga aktorów skupiona na dopracowaniu szczegółów, drobnych gestów, zmienność nastroju, to zalety przedstawienia, które chyba po równi trzeba przypisać aktorom i reżyserii Andrzeja Rozhina. Dzięki takiemu, powiedziałabym, brawurowo perfekcyjnemu wykonaniu, rozsądne zdanie Edmunda Miziołka – z programu – „autor, zdaje się nam mówić, kultura nie jest towarem, nie jest gotową wiedzą, nie można jej nabyć. Jest twórczym wyrazem żywej osobowości” – materializuje się na naszych oczach w sposób czytelny. W zwyczajnej zdawałoby się historyjce aktorzy potrafili odczytać i przekazać myśli wcale niebanalne.

Elżbieta Baniewicz, „Teatr” Nr 8 (815), Sierpień 1984

————— ——————— —————- ———————

 

PRZEKRÓJ – KURIER WARSZAWSKI

Rok XVII. Nr 5(163) Maj 1984

Warszawa wiosną, a więc o kobietach.

Festiwal Jandy, czyli  dwa z jej trzech scenicznych wcieleń.

Aleksandra Sląska „Matką“ (Witkiewicza).

Kobieta-dyrygent; zjawisko nadal rzadkie, lecz pełne uroku…

W majowych numerach czasopism czyta się zazwyczaj dużo o kobietach.Dokładnie nie wiadomo właściwie dlaczego, ale tak się utarło, że pierwsze ciepłe,wiosenne dni kojarzą nam się nie tyle z młodością w ogóle – co byłoby nawet zrozumiałe – lecz z młodością o określonej płci, czyli z dziewczynami.

Natomiast, gdy kwiaty bzu już trochę przywiędną i maj nam się kończy, nadchodzi Dień Matki,i znów kobiety wracają na okładki, na czołówki tygodnlkow i w ogóle – są górą… „Kurier” wprawdzie nie zawsze uleuega ogólnym tendencjom i nie zawsze pisze to co inni, niemniej – nie chciałbym się wyłamywać przynajmniej w tak mołych drobizgach i jego majowe wydanie również poświęcam kobietom. Nie będzie to przy tym naciąganie tematu,  okazji bowiem do tego nazbierało się – jak na zawołanie – wręcz mnóstwo.

Po pierwsze zatem: warszawski festiwal Jandy. Krystyna Janda swój dłuższy pobyt w Warszawie przed kolejnym wyjazdem na zagraniczny kontrakt, wykorzystała – ku naszej radości! – do maksimum, grając trzy wielkie role. Być może żachną się ci, którzy uważają, iż do ról ,,wielkich” zalicza się jedynie te, co to nie schodzą poniżej Gustawa-Konrada, wyjaśnię więc, że co domnie – za „wielkie” uważam przede wszystkim role dobrze i interesująco napisane (choćby i w bulwarowej farsie), wspaniale zagrane, no, i niemałe także pod względem ilości tekstu i czasu pobytu na scenie, a te warunki nowe kreacje Jandy spełniały w stu procentach.

Zagrała panią Heiberg w sztuce   „Z życia glist” i Ritę w „Edukacji Rity” Wil1y’ego Russella, czyli dwie pozycje z bieżącego światowego repertuaru, a także Heloizę w „Heloizie i Abelardzie” Ronalda Duncana, wznowionej z nią w Warszawie po paru latach przerwy.

Jeśli dodam, że pierwsza z tych sztuk rozpisana jest na trzy osoby (z jedną dodatkową, praktycznie nie uczestniczącą we właściwej akcji), a pozostałe są dwuosobowe, przyznacie Państwo, że o chwili wytchnienia na scenie nie mogło tu być mowy. Oglądaliśmy kawał aktorskiej roboty, w dodatku – jak się to u nas mówi – kawał dobrej roboty.

Enquista poznaliśmy w Warszawie przed siedmiu laty poprzez jego „Noc trybad“ – napisaną z ogromną pasją, drapieżną sztukę o Strindbergu. Tym razem 50-letni szwedzki pisarz przedstawia nam „obraz rodzinny z roku 1859″, w którym maluje portrety trzech autentycznych, sławnych postaci XIX-wieczoego artystycznego światka Kopenhagi: Hansa Christiana Andersena (tak, tak, tego od „Baśni“). Johanny Luizy Heiberg – aktorki, pisarki, reżyserki; damy trzęsącej ówczesnym życiem kulturalnym Danii, oraz Johana Ludwiga Heiberga – jej męża; poety, dramaturga, dyrektora Królewskiego Teatru. Podobnie jednak jak sztuka o Strindbergu, tak i sztuka o tej sławnej trójce jest w gruncie rzeczy dramatem o ludzkim piekle, o tym, co dzieje się wewnątrz człowieka – o kompleksach, ambicjach i przeraźliwej samotności wśród ludzi; krótko: o najbardziej mrocznej stronie ludzkiego „ja”, sadystycznie i masochistycznie wywlekanej na wierzch podczas pełnej napięcia i niepokoju wielkiej nocy szczerości. Szczerości aż do bólu zadawanego i sobie, i innym.

W znakomicie napisanym dialogu swoistą licytację własnych krzywd i ułomności prowadzą Andersen i Johanna Luiza; na warszawskiej scenie Zbigniew Zapasiewicz i Krystyna Janda. Włącza się w ich dialog również maż Luizy – Franciszek Pieczka; niemym świadkiem, a w pewnym sensie i obiektem sadystycznych starć pozostaje matka Luizy (Wiesława Mazurkiewicz). W Teatrze Powszechnym spektakl „Z życia glist“ wyreżyserował Zygmunt Hübner,  pozostawiając – tak jak trzeba – przede wszystkim pole dla aktorskiego koncertu.

Niewątpliwie Enquist posiada rzadki dziś talent pisania wspaniałych ról, w których aktorzy – dobrzy aktorzy! – mogą porwać widza, wzruszyć go, zaniepokoić, nawet poirytować… Tak bylo w „Nocy trybad”, tak jest i w tej sztuce. Widziałem wcześniej „Życie glist“ w Krakowie, również w świetnej obsadzie (Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jan Nowicki, Jerzy Bińczycki), i z obu przedstawień wyszedłem zachwycony aktorskimi kreacjami – szczególnie obu pań.

Zaś Janda dostarczyła mi dodatkowych artystycznych przeżyć całkowicie odmiennym scenicznym wcieleniem, w jakim obejrzałem ją już następnego dnia. W Powszechnym – maksymalna powściągliwość, pozorny chłód kryjący emocjonalne napięcie i pełne mocnego wyrazu chwile dramatycznych kulminacji, podczas których ciarki chodzą po widzach;w Ateneum, na kameralnej Scenie 61, XIX-wieczna królowa kopenhaskich salonów stała się superwspółczesną dziewczyną „na luzie”, zabawną i z wdziękiem, wprawdzie prymitywną na pierwszy rzut oka, lecz z drzemiącą gdzieś wewnątrz potrzebą przemiany i siebie i swego życia. Dokonania tej przemiany podejmuje się profesor „otwartego uniwersytetu” – trochę poeta, trochę alkoholik, sympatyczny facet z kompleksami – no i tak zaczyna się „Edukacja Rity“…

Powiecie, że to „Pigmalion” poczciwego Shawa, tyle że późniejszy o trzy ćwierci wieku. Właściwie tak, lecz właśnie te „trzy ćwierci” tak odmieniły świat, iż bajka o kwiaciarce lub – jak tutaj – fryzjerce przemienionej w coś na kształt księżniczki musi wyglądać inaczej. Podobnie zresztą jak u Shawa, sztuka Russella – mówiąc najogólniej: sztuka o awansie społecznym i kulturalnym – niesie sporo pytań i  wątpliwości, z tym, iż Russell nie  rozwiązuje ich tak jednoznacznie optymistycznie jak Shaw. Także i tutaj dawna Galatea staje się swemu Pigmalionowi niezbędna, lecz tutaj – Gałatei już jej Pigmalion nie wystarcza. Uczeń przerósł mistrza; Rita weszła w nowy świat z  zaciekawieniem i swoboda właściwą naszym czasom, ale – nie był to już świat jej profesora, lecz świat następnego, innego pokolenia. Życie toczy się dziś nieporównanie szybciej. Zyskała wiele, nauczyła się wiele, jednak – i tutaj kolejna wątpliwość – czy nie zagubiła po drodze jakiegoś drobiazgu? Czy nie zagubiła… siebie? Swej indywidualności, swego własnego, trzeźwego spojrzenia na życie, na ludzi i na literaturę, zmieniając je na zuniformizowane obiegowe sądy i opinie?

„Edukacja Rity” wydaje się bulwarową komedią; w każdym razie zaczyna się jak efektowna, pełna zaskakujących gagów i dialogowych spięć komedia, potem jednak staje się jakby coraz smutniejsza i gorzka, i coraz bardziej serio. Czy taka jest prawidłowość? Czy zawsze proste życie oznacza prostsze problemy, gęstniejące i komplikujące się znacznie w miarę wspinania sie po szczeblach społecznej i intelektualnej drabiny?

Na to trzeba już sobie samemu odpowiedzieć. Russell poddaje tylko temat do rozważań, poddaje go przy tym w sposób – zwłaszcza w pierwszych scenach – nieodparcie zabawny. Szereg krótkich obrazów, krótkich skeczów lub nawet blekautów, układa sie w zgrabną, refaksową całość, dając pole do brawurowgo popisu aktorskiego dwojga osób: w Ateneum, w reżyserii Andrzeja Rozhina, Ritą i jej profesorem są Krystyna Janda i Tadeusz Borowski. Janda swobodna i przeurocza jako prosta dziewczyna anno 84, na oczach rozbawionej publiczności przekształca się w młodą, efektowną kobietę, świadomą siebie i świata, inteligentną, rozumiejącą życie.

Ten prawdziwy „festiwal Jandy” chciałem spointować jej portretem Heloizy, udając się w tym celu do nowej siedziby teatru „Prezentacje” – niezwykłej sceny bez stałego zespołu, natomiast chytrze korzystającej z tego, co inne teatry mają w swych zespołach najlepszego. Już niejednokrotnie spędzałem tam wspaniałe wieczory, niestety – tym razem szczęście mi nie dopisało: Janda zachorowała, spektakl w ,,Prezentacjach” w ostatniej chwili odwołano, a że był to już podobno jej ostatni występ w „Heloizie”, więc pozostała mi tylko łza w oku.

PEŁNA UŚMIECHU jest za to laurka dla drugiej kobiety – bohaterki majowego wydania „Kuriera”: również w Ateneum, lecz na dużej scenie, Janusz Warmiński wystawił nieco wcześniej „Matkę” Witkiewicza z Aleksandrą Śląską w roli tytułowej. Tak się jakoś w naszej prasie ostatnio (Przekrój też nie bez winy) rozpisano o,,Matce”, jaką w Los Angeles zagrała Barbara Krafftówna, że już na rolę Śląskiej nie starczało miejsca; normalny objaw, że to, co za granicą, interesuje nas bardziej, niż to, co na miejscu, jako że od czasów Chopina liczy się u nas wyłącznie sukces zagraniczny. Pozwolę sobie jednak donieść także i o tym, iż spektakl w Ateneum nie mniej jest atrakcyjny od tego w Los Angeles, a może i bardziej (tamtego nie widziałem, więc piszę na wyczucie), a kreacja Śląskiej efektownie powiększa jej bogate konto sukcesów, świadcząc, iż znakomita aktorka doskonale odnajduje się również w tak specyficznym gatunku komizmu, jakiego wymaga Witkiewicz.

Z doskonałej obsady zachowałem we wdzięcznej pamięci także Jerzego Kryszka (Leon), Mariana Kociniaka (Apolinary Plejtus) i zaskakująco odmienną od tego co dotychczas robiła (na scenie lub ekranie, Elżbitę Starostecką: trędowata Stefcia przemieniła się (w roli LucynyBeer) w piękną kobietę-wampa o piorunującym sex-appealu…

TRZECIĄ KOBIETĄ-TEMATEM jest dziś Agnieszka Duczmal, szef i dyrygent Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia i TV W Poznaniu, która przywiozła swój zespół na gościnne występy do   Filharmonii Narodowej, prezentując program przygotowany prawdopodobnie na bliskie tournee po Meksyku.

Kobieta-dyrygent nie jest już wprawdzie w świcie zjawiskiem szokującym, niemniej – nadal rzadkim. Być może, iż ta specjalność, wymagająca nie tylko wszechstronnego talentu muzycznego i psychicznej predyspozycji, lecz także umiejętność kierowania sporą grupą ludzi, no i siły fizycznej, po prostu nie leży w kobiecej naturze, a rzadkie wyjątki potwierdzają jedynie tę regułę; tak czy inaczej wśród setki najwybitniejszych kapelmistrzów świata nadal nie ma kobiety, podobnie jak nie majej wśród decydujących o kierunkach muzyki kompozytorów, czy decydujących o rozwoju  malarstwa plastyków. Na naszym krajowym podwórku ogółnopolskie uznanie i popularność zyskały jedynie dwie kobiety przy dyrygenckim pulpicie: Agnieszka Duczmal właśnie, i Ewa Michnik- dyrygent i dyrektor Opery Krakowskiej, nawiasem mówiąc, najładniejszy dyrektor świata.

Orkiestra Kameralna Agnieszki Duczmal, to zespół smyczkowy dobrze już znany w kraju i wielokrotnie koncertujący za granicą; obok Polskiej Orkiestry Kameralnej Maksymiuka jest to nasz drugi stały zespól tego typu na doskonałym poziomie, o równym, pięknym brzmieniu, grający z precyzją i wyczuciem stylu. W Warszawie Duczmal poprowadziła Symfonię na smyczki Mendelssohna, Divertimento D-dur Mozarta, popularną Serenadę C-dur Czajkowskiego, a także Koncert wiolonczelowy C-dur Haydna z ogromnie muzykalnym, świetnym młodym solista, Andrzejem Bauerem. Był to w sumie bardzo piękny i atrakcyjny wieczór dobrej muzyki, choć chwilami w grze orkiestry odczuwałem brak tego, czego, gdzie jak gdzie, lecz pod kobiecą ręką, powinienem znaleźć chyba nadmiar; odczuwałem pewien brak lekkości i wdzięku.

Ale – może to tylko kwestia mojego, akurat nieco smętniejszego, nastroju?

Tyle więc o kobietach, a o niczym innym nie chciałbym w maju pisać (tzn. w czerwcu, lecz w majowym numerze!), aby nie wyłamywać się z ogólnie przyjętych zasad. Wyłamywanie się bywa u nas bodaj gorzej widziane niż włamywanie, zatem żegnam do czerwca (czyli w praktyce do lipca; to jeden z naszych codziennych absurdów). Do poczytania!

Lucjan Kydryński, Przekrój nr 2036, 17 czerwca 1984

———– ———- —————— ———————– —————

NOWY PIGMALION

Kto zwątpił w przepełnioną teatralną widownię, w przedstawienia oglądane na stojąco w powszedni dzień – niech co żywo odwiedzi stołeczne Ateneum.

Takim powodzeniem cieszy się „Edukacja Rity” Willy Russela przygotowana na Scenie 61, a obecnie prezentowana już na scenie głównej. Publiczność przybywa tak stadnie przede wszystkim ze względu na Krystynę Jande, ale chyba nie tylko, bo w Powszechnym na „Z życia gist” aż tak tłoczno nie bywa.

Ateneum umie wybierać we współczesnej obcej   dramaturgii. Willy Russel ma lat 37 i mieszka w Liverpoolu. Swoją ,,Ritę” napisał na zamówienie Royal Shakespeare Company, a na londyńskim West Endzie utrzymała się ona dwa i pół roku. Potem obiegła świat.

Bo też jest to sprawnie skrojona sztuczka z pogranicza komedii i melodramatu. Dobrze napisana na dwie występujące w niej postaci. Ma ,,Edukacja Rity” to, czego tak czesto brakuje naszej rodzimej dramaturgil współczesnej – lekkość i dowcipny, szybki, prosty i błyskotliwy dialog, jasno i jednoznacznie zarysowane sytuacje.

Młoda fryzjerka podejmuje naukę na uniwersytecie otwartym. Jej spotkania z profesorem literaturcznawcą stanowią pretekst dla rozważań na kilka wcale ważkich tematów. Najogólniej mówiąc idzie tu o drogę niższych warstw społecznych do świata nauki i kultury. Drogę, na którą wstępuje się w wyniku świadomego, dojrzałego wyboru, drogę okupioną wyrzeczeniami, wymagającą wielkiego hartu ducha.

Społeczeństwo brytyjskie albo – jeśli kto woli – współczesne społeczeństwo wysokocywilizowane, oferuje cierpliwym wędrowcom jedynie zinstytucjonalizowane formy zbiorowej edukacji. Proponuje im mianowicie homogenizowaną papkę kulturową, zestaw faktów i cytatów, gotowe wzorce myślenia. Russel podaje w wątpliwość sens działania nie tylko kółek samokształceniowych czy uniwersytetów otwartych, pod znakiem zapytania stawia szkołę w ogóle. Szkołę jako organizację, system, instytucję, maszynę do produkcji identycznych pseudointeligentów. Szkołę, która skutecznie oducza posiadania własnych poglądów, własnego sposobu rozumowania, która niszczy w zarodku wszelką indywidualność.

Problematyka zatem chyba nie całkiem nam obca. Tutaj została zapisana lekko i strawnie, może nawet zbyt strawnie. Szkoda, że kilkakrotnie przekracza ledwo dostrzegalną granicę dobrego smaku, szkoda, że gdzieniegdzie pobrzmiewa niebezpiecznym patosem.

Mogło być wszakże gorzej. Po sztuce świecącej tak znaczne triumfy na scenach komercyjnych mogliśmy się spodziewać spłycenia problematyki i romantycznego zakończenia z tanią łezką. Ta komedia jednak kończy się najzupełniej poważnie, melodramatu nie wieńczy szczęśliwe połączenie zakochanej pary.

Sprawności warsztatu literackiego nie dorównuje jednak warsztat aktorski. Krystyna Janda miała za zadanie w ciągu jednego teatralnego wieczoru pokazać przeistoczenie się nieokrzesanej dziewuchy z przedmieścia w wykształconą, dystyngowaną kobietę z wyższych sfer. Niełatwe to zadanie, ale i nie nazbyt skomplikowane, bo ewolucja postaci postępuje stale w tym samym kierunku, konsekwentnie i nie zbaczając w psychologiczne zaułki. Ciekawe, że Jandzie zupełnie owa „gąska” nie wyszła. Porusza sie za szybko, mówi za głośno, korzysta z dość ograniczonego arsenału najprostszych środków. Zdaje się, że znajomość psychiki postaci jest zbyt płytka, zbyt powierzchowna. Wstyd wyznać – Rita Jandy z pierwszej części przedstawienia jest po prostu nieprawdziwa.

W miarę dojrzewania bohaterki- aktorstwo Jandy nabiera prawdy, by w finale zyskać poziom bardzo wysoki. Tę bohaterkę już przeistoczoną, z bagażem doświadczeń, bohaterkę myślacą, przeżywajacą intelektualne dylematy – taką Ritę Janda rozumie, taką przedstawia z właściwą sobie maestrią. Zastanawiam się, czyżbyśmy tu mieli do czynienia z pewnym ograniczeniem aktorskiego emploi. Może zawinił reżyser, Andrzej Rozhin? A może brak partnera?

Tadeusz Borowski wyraźnie nie znalazł sposobu na rolę Franka. Frank to życiowy nieudacznik, człowiek słaby, człowiek, który z różnych względów nie zdołał sprostać swoim własnym ambicjom. Rita spotyka go na początku końca jego zmagań z sobą samym. Jednocześnie, równolegle z jej samorealizacją przebiega powolny proces załamania się Franka. Tadeusz Borowski jakby nie czuje komediowej konwencji części pierwszej, w części drugiej nie zyskuje wymiaru tragizmu.

I chociaż Rita odnosi zwycięstwo, ma ono smak pyrrusowy. Za cene swej edukacji utraciła bowiem to, co jedyne, własne, niepowtarzalne. Dopasowała się do schematu. Mamy więc na scenie dwie ofiary: systemu edukacji? Kultury masowej? cywilizacji?

Mamy dwie ofiary, sporo śmiechu, troche smutnych myśli. I przedstawienie, które w tym teatrze i w tej obsadzie mogłoby być dużo lepsze.

Teatr Ateneum: EDUKACJA RITY Willy Russela. Reżyseria – Andrzej Rozhin, scenografia – Marcin Stajewski, opracowanie muzyczne – Tomasz Bajerski

Magdalena Pawlicka, Stolica Nr 45/04.11.1984

—————- —————– ———— —————– ————————–

 

 

 

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.