23
Styczeń
2003
00:01

Dotyczący serialu MĘSKIE – ZEŃSKIE- Telemagazyn

Matki, żony i aktorki

Wywiad Moniki Gorczyca-Frączek dla Telemagazynu

W pierwszy dzień Świąt na antenie telewizyjnej Dwójki obejrzymy zwiastun wyreżyserowanego przez panią serialu „Męskie – żeńskie”, którego jest pani współscenarzystką, i w którym gra główną rolę. Czy to jest serial feministyczny?

Krystyna Janda: Kilka osób tak mówi. Jeżeli traktować to w takich kategoriach, że opowiada głównie o kobietach, kobiety są narratorkami i dominuje ich punkt widzenia, to tak, można to tak nazwać.

Nie rozpieszcza pani mężczyzn w swoim serialu: „mężczyzna to trójkącik na toalecie, kółeczko ze strzałką w górę”, a jednocześnie w swoich felietonach pisze pani, że „lubi mężczyzn, nie wyobraża sobie bez nich życia, bo w każdej dziedzinie różnica płci jest absolutnie zbawienna…”. To jak to właściwie jest?

Dokładnie tak samo jak napisałam. Śmieję się tam z mężczyzn, ale w równym stopniu śmieję się z nas – kobiet. Nie byłam zbyt łagodna dla kobiet, i dla samej siebie. Ponieważ o mężczyznach mówią kobiety, więc mówią o nich w pewien specjalny sposób, żartobliwy… Ja w ogóle się śmieję z „odwiecznej walki płci”

Ten serial ma pomóc kobietom zrozumieć siebie, a mężczyznom pomóc zrozumieć kobiety, czy tak?

Nie mówmy serial, tylko seria epizodów, ponieważ każdy jest zamkniętą całością i opowiada o innym zjawisku społecznym, albo o czymś, o czym się mówi, co jest w powietrzu, co nas dotyka. To jakby sfilmowane felietony. Chciałam, żebyśmy się wszyscy troszkę po prostu pośmiali z samych siebie i na moment zastanowili. Chodzi o zdrową zabawę i próbę opowiedzenia o nas samych, o naszej współczesności, naturze ludzkiej, a przede wszystkim byśmy spojrzeli na różne sprawy od strony kobiet, bo taki punkt widzenia jest u nas rzadko brany pod uwagę. Mamy w tej chwili napisanych dziesięć scenariuszy kolejnych odcinków. Tematem każdego z nich są sprawy „wiszące w powietrzu”, problemy, które mogą dotyczyć, spotkać każdego z nas.

Gra pani razem z córką, Marysią, która w serialu gra pani… córkę.

Takie było zamówienie. Poproszono mnie o pomysł i realizację pewnego formatu telewizyjnego, który będzie poruszał problemy damsko-męskie z punktu widzenia kobiet, ale kobiet w różnym wieku, z dwóch pokoleń, dwóch różnych punktów widzenia. W naszym scenariuszu są to kobiety wykształcone, samodzielne i samotne, z czym mają tysiące problemów. W rezultacie myślę, że wyszło coś dość zabawnego. Ciekawi mnie tylko, czy moje poczucie humoru i moje „zimne oczko”, które mam na wszystko, spodoba się widzom.

Podobno znajomi mówią o pani: „jest tak naładowana energią, że zaraża nią nawet krzesła w teatrze…”. Co daje taką energię?

Entuzjazm. Ciągle cieszy i bawi mnie to, co robię. Wydaje mi się, że jest to ważne i warte wysiłku. Poza tym ja mam taki naturalny wewnętrzny przymus i ochotę komunikowania się z ludźmi w ogóle.

W pracy magisterskiej próbowała pani określić przepis na popularność… Czy po 25 latach pracy artystycznej zna pani ten przepis?

Nie. Oczywiście, że nie. A raczej tak, ale mnie realizacja tego przepisu nie interesuje, choć podziwiam tych, którzy to umieją. Wtedy, kiedy pisałam tę pracę, w latach, kiedy kończyłam szkołę teatralną, wyszło mi, że w Polsce trzeba być psem Szarikiem albo Matysiakami, żeby zrobić karierę i stać się osobą popularną… Dzisiaj jest to dużo bardziej skomplikowane. Co wszyscy wiemy. Zmieniło się dosłownie wszystko, oferta mediów jest szeroka, walka o zdobywanie widzów bezpardonowa, a do tego są zawodnicy gotowi naprawdę na wszystko. W przeciągu ostatnich dziesięciu lat, co wieczór, stojąc na scenie i spotykając się z publicznością i ich reakcjami, obserwuję, jak bardzo się zmieniła i wciąż zmienia… Ale w gruncie rzeczy, u podstaw tego wszystkiego ciągle istnieje jakiś naturalny rozsądek, a wybór jest tylko taki, dla kogo chce się być idolem, dla kretynów, czy troszkę wyżej, bo jeszcze wyżej już nie ma idoli, jest tylko poważna propozycja partnerska?

Pani role to wyzwania, czasem wymagające iście kaskaderskich umiejętności, choćby w spektaklu telewizyjnym „Zazdrość”. Naprawdę wisiała pani za oknem na 28. piętrze wieżowca?!

Myślę, że prawdziwie kaskaderskich umiejętności wymagało zrealizowanie tego tekstu teatralnego w telewizji. Wymyślenie sposobów i realizacja ich, ale tak, powiesiłam się sama za oknem, ja reżyser siebie aktorkę, bo wolałam wisieć za oknem, niż zanurzyć głowę w wodzie… Sama pisałam scenariusz, ponieważ tekst Esther Vilar to tylko treść faksów, które wysyłają do siebie trzy zdradzane kobiety. Całą resztę, która dzieje się na ekranie, zdarzenia, sytuacje obrazki, musiałam dopisać… Więc wymyśliłam, że śni mi się, że popełniam samobójstwo tonąc, ale ponieważ nie mogę zamoczyć głowy, w ostatnim momencie zdecydowałam, że wejdę przez okno do własnego mieszkania z tego 28. piętra…

Każdy może do pani napisać, a nawet poprosić o życiową poradę, wystarczy wejść na stronę www.krystynajanda.com, którą prowadzi pani od trzech lat. Skąd taki pomysł?

Najpierw miałam mieć taką stronę, która pomaga pracować: z moim cv, z aktualnymi informacjami na temat tego, co gram… Później okazało się, że dużo osób zaczęło na nią wchodzić, pisać listy no i? tak w rezultacie powstał dziennik. Potem doszła naprawdę ogromna korespondencja i teraz jestem w pułapce… bo to jest ciężka praca – a poza tym być kreatywnym codziennie? Kto to potrafi?

Pielęgnuje pani przyjaźnie?

Bardzo bym chciała, ale tak ciężko pracuję, że moi przyjaciele muszą mieć dużo cierpliwości, żeby wytrwać w przyjaźni ze mną. Gram co wieczór, dużo jeżdżę, nie mam wolnych wieczorów, a przyjaźń wymaga czasu…

Czy przed końcem roku staje się pani sentymentalna, ogląda się wstecz?

Jestem bez przerwy sentymentalna… Cały rok na okrągło…

Myśli pani czasem o emeryturze, starości? Czy taki wulkan energii w ogóle może to sobie wyobrazić?

Bardzo często, ale w taki bardzo anegdotyczny sposób, to znaczy kupuję książki, o których mówię, że będę je czytać na emeryturze, właściwie wiecznie planuję coś, kupuję coś, co moim zdaniem przyda mi się kiedyś, kiedy już będę miała dużo czasu. Mam na przykład materac, który ma pole elektromagnetyczne, rzekomo leczy on wszystko, absolutnie wszystko. W życiu się na tym materacu nie położyłam, ale mówię, że na emeryturze na pewno będzie mi potrzebny… Albo atlas do ćwiczeń, na razie nie mam czasu, więc mówię, że będę ćwiczyć na emeryturze… To są anegdoty, ale wielu z nas się tak zachowuje z lęku, stwarzamy sobie poczucie bezpieczeństwa, boimy się starości, chorób, niedołężności?. a ja zwyczajnie żałuję, że trzeba będzie umrzeć, bo mi się tu podoba.

Jakie książki pani kupuje?

Najróżniejsze, na przykład, jak się pojawia na nowo wydana klasyka, to natychmiast kupuję. Mam zdekompletowaną bibliotekę, ponieważ moje kolejne dzieci dorastają, wyciągają z półek kolejno wszystko, co trzeba przeczytać, więc kupuję i wstawiam na nowo do biblioteki, być może już teraz dla wnuków. Kupuję także to, co wychodzi aktualnie, co mi się wydaje wartościowe. Albo książki dotyczące historii kostiumu, obyczaju, mody, te które są mi potrzebne do pracy… Zawsze gromadziłam książki dotyczące historii sztuki, ponieważ oboje z mężem ukończyliśmy licea plastyczne, ja miałam historię malarstwa i historię rzeźby w liceum oraz historię tańca, kiedy byłam w studium baletowym i bardzo lubiłam mieć takie książki koło siebie: reprodukcje, albumy impresjonistów, zbiory muzeów światowych. Kupuję również książki debiutantów, albo zwyczajnie polskie nowości. Wszyscy reżyserzy czytają polskie książki, ciągle czekamy na kogoś, kto napisze książki – gotowe scenariusze, historie, które będzie można opowiedzieć. Są to potencjalnie nasi autorzy, są blisko, to ludzie, do których można zadzwonić, z którymi można współpracować.

A tak zwana „literatura kobieca”?

Lubię czytać rzeczy pisane przez kobiety, są mi bliskie.

Czy są jakieś obietnice, które przed końcem roku składa pani samej sobie, a za rok okazuje się, że trzeba je powtórzyć?

Każdy chyba sobie składa takie obietnice, z tym, że ja robię to już z uśmiechem, nie jak dziesięć lat temu… Jeśli mi się udaje zrealizować coś z tego, o czym myślę, a wiele z tych rzeczy to sprawa autodyscypliny oczywiście, to się cieszę, ale nie opowiadam o tym, bo nie wiem, jak długo wytrwam… Jedno mi się tylko udaje od kilku lat – być dla siebie samej łagodniejsza, bardziej pobłażliwa, a to już wielka ulga…

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.