25
Luty
2004
21:02

Dom w Milanówku

– Czy w pani domu straszy? Bo słyszałam, że straszy.

– Już nie straszy. Odpowiedziałam spokojnie. – Ale przepraszam, z jakiej pani jest gazety, bo zapomniałam, „Wróżka” czy „Mówią gwiazdy”?

– Nie, nie, ani z tej ani z tej, ale wie pani, chcielibyśmy być atrakcyjni.

– Ale ja nie mam ochoty odpowiadać na tego rodzaju pytania. Miałyśmy mówić o mojej nowej premierze.

Atrakcyjni! Każdy chce być atrakcyjny! No więc straszyło, na początku, jak się wprowadziliśmy. Zaczęło się w ogóle niesamowicie. Pierwszego tygodnia poszliśmy z mężem na spacer, ja w ciąży, roczne dziecko w wózku, dwa kundle aklimatyzujące się tak jak my, w Milanówku. Cmentarz. Mąż przywiązał psy przy bramie.

– Edward! Popatrz, te jednakowe krzyże! Boże, ile dzieci! Wszystkie daty zgonów w obrębie tego samego roku i miesiąca!

– Krysiu! Poczekaj, zatrzymaj się, tu leży moja prababcia, zobacz Amalia Macatis, pusty grób jest na cmentarzu ewangelickim w Warszawie. Rodzina szukała jej grobu.

– Niesamowite! Naprawdę?!

– To są, zdaje się, groby tych, którzy umarli tutaj, w szpitalu powstańczym. To ci, którzy dotarli po Powstaniu Warszawskim do obozu w Pruszkowie, a stamtąd do milanowskiego szpitala. Ten szpital był podobno w naszym domu.

Cały wieczór Edward konferował przez telefon z licznymi członkami swojej rodziny. Westchnieniom, wspomnieniom, opowieściom nie było końca.

– Halo, pan spędził dzieciństwo w willi Zacisze w Milanówku, prawda? Ówczesna właścicielka była pana ciotką? Czy pan mógłby nas odwiedzić? Chciałabym porozmawiać o tym domu. Jesteśmy nowymi właścicielami. Podobno uruchomiono w nim szpital, kiedy zaczęło się powstanie w Warszawie? – Umieralnia? W którym pokoju? – Boże, to nasza sypialnia!

Zbudował go wielki śpiewak operowy Gruszczyński. Nie, nie ten Gruszczyński niewidomy, ten wcześniejszy. Przyjaciel Kiepury. Miał nadzwyczajny głos. Kiedy budował ten dom był Bogiem, śpiewał w Metropolitan. Już po roku kontraktu rozpił się, stracił głos. Na wakacjach był tu po zbudowaniu tego domu jeden raz, miasto z tej okazji zrobiło bramę wjazdową z kwiatów, z napisem WITAMY MISTRZA. Później zamieszkał tu na stałe, pił, przepił dom, czy przegrał w karty, Kiepura mu go podobno wykupił, znów przepił. Śpiewał potem za kieliszek wódki. Umarł tu, niedaleko, obok tego domu, w takiej komórce, na kupie węgla. To nie jest szczęśliwy dom.

– A ten mniejszy domek?

– To tzw. „Domek dla Baletnic”, Gruszczyński wybudował go podobno dla koleżanek z Teatru Wielkiego, żeby mogły sobie przyjeżdżać tu na odpoczynek.

– Kiedy został sprzedany?

– Nie pamiętam. Po Gruszczyńskim, dom przejął Bank. Mój wuj kupił tę posiadłość już od Banku. Wuj miał żonę Szwedkę, był współwłaścicielem, współdyrektorem, pierwszej w Warszawie, polsko-szwedzkiej firmy elektrycznej. Obaj ze wspólnikiem w czasie wojny działali przeciwko Niemcom. Wuj był szpiegiem na rzecz AK. Stracono go w Berlinie, toporem. Szweda, Król Szwecji wybronił u Hitlera, a Polaka ścięto. Tu w piwnicy był skład broni. Zaraz państwu pokażę gdzie. O, to tu było zamurowane. Po śmierci wuja zostaliśmy z ciotką sami, ona miała paszport szwedzki, potem wzięła polski, niepotrzebnie, chciała ją władza ludowa zamęczyć. Skończyła tu w najmniejszym pokoiku na poddaszu. Ale ja miałem tu piękne dzieciństwo.

Następnego dnia pojechałam na Powązki i odnalazłam grób Gruszczyńskiego. Zapomniany, zarośnięty. Zapaliłam świeczkę.

– Trzeba było lepiej wlać do grobu butelkę dobrej wódki – powiedziała mama. Tutaj mi ludzie mówili, że w tym pokoju, który teraz jest pokojem ojca, żona Gruszczyńskiego, chora umysłowo, siedziała godzinami na fotelu, na środku pokoju, patrzyła w zawieszone prawie pod sufitem lustro i czesała włosy. Trzeba jakoś tego Gruszczyńskiego przebłagać żeby nas zaakceptował.

W nocy spadła półka z całą naszą najpiękniejszą porcelaną. Wszystko się potłukło. Oglądałam serwantkę z mamą cały poranek. – Nie było powodu. Wszystko jest w porządku. Nic się w meblu nie zepsuło, nie ułamało. Dziwne.

– Zakłada pani ogród – zaczepiła mnie starsza pani w sklepie – wie pani, że tam w ogrodzie w kącie są zakopane trupy ze szpitala. Oni nie nadążali grzebać. Kto by tam jeździł na cmentarz. W tym domu było piekło.

– Halo, Wiktor! – krzyczałam zdenerwowana do telefonu – jako młody chłopiec, po powstaniu, byłeś pielęgniarzem w naszym domu, to znaczy w szpitalu powstańczym w Milanówku, czy zakopywaliście ciała w ogrodzie?

– Czyś ty zwariowała?! O niczym takim nie słyszałem! Nie, to niemożliwe.

Rano poszłam zapalić świeczkę na grobie prababci męża. Noc była bardzo ciężka, nasze nowo narodzone dziecko, dwa miesiące wcześniej przyniesione ze szpitala, Jędruś, dla którego już tylko Milanówek będzie rodzinnym domem, całą noc krzyczał, nie mógł spać. Nosiłam, kołysałam, śpiewałam kilka godzin. Mąż był za granicą, nie miał mi kto pomóc. Upadałam ze zmęczenia. Mama i Basia nic nie słyszą – denerwowałam się, co za cholerny, duży dom, nic nie słychać. I wtedy wyraźnie dobiegły mnie kroki Basi zbiegającej ze schodów żeby mi pomóc. Odetchnęłam z ulgą, położyłam Jędrusia w łóżeczku, i natychmiast zasnęłam. Dziecko przestało płakać.

– Basia, tak ci dziękuję, że mi w nocy pomogłaś, myślałam, że już umrę ze zmęczenia.

– Ja? Ja w ogóle tu u ciebie w nocy nie byłam, nawet nie schodziłam z góry, dopiero teraz.

– To kto utulił dziecko?

– Gruszczyński – powiedziała moja mama wchodząc do kuchni.

– Nie, no koniec! Mamo, musimy coś zrobić, ja się zaczynam bać. Psy wyją nocami, ciągle zdarza się coś dziwnego.

– Tata mówi, żeby wezwać księdza i poświęcić ten dom.

Spojrzałam na duży barokowy krucyfiks wiszący w kuchni. Przepiękny. Kupiłam go kiedyś w jakimś sklepie z antykami w Bielsku Białej. Sprzedawca mówił: – Robi pani dobry uczynek. Ten krucyfiks sprzedaje proboszcz pobliskiej, biednej parafii, nie ma na odnowienie kościoła. Nie mógł się doczekać chwili, kiedy ktoś to kupi. A wszyscy mówili – taki poobtłukiwany?! Nikt się nie poznał.

Wspaniale skręcone ciało, uchwycony ruch, życie, cierpienie, ból. Brak jednej ręki i stóp, resztki farby. Kiedyś był pomalowany. Piękny. Od momentu kiedy dzieci zaczęły mówić, nazwały go BOZIAN, jest nam wszystkim bardzo bliski. Nigdy nie przyszło mi do głowy żeby go restaurować. Taki jaki jest, jest piękny.

Wezwałam księdza z sąsiadującego z nami kościoła milanowskiego. Spojrzał na dom w pełnym rozkwicie remontu, BOZIANA bez ręki.

– Ja tu chodziłem do szkoły – powiedział – tu była po wojnie szkoła podstawowa, potem chyba „odzieżówka” czy coś. Po śmierci właścicielki, albo kupił to pierwszy sekretarz partii, albo to on kazał zburzyć mur, który państwo odtwarzają. Chyba mu chodziło o jakiś widok, czy coś takiego, że mu coś zasłania. Nie wiem. No potem, to jeszcze tu była melina, różnie. Rozejrzał się jeszcze raz po domu i powiedział, że przyjdzie poświęcić jak już wszystko będzie skończone.

Zdenerwowałam się.

– Mamo! Baśka! Gdzie jest ta woda święcona z tamtego roku!? Gdzie jest kropidło?!

Basia szła za mną trzymając wodę święconą rozlaną na talerzu. Przechodziłyśmy z pokoju do pokoju, żegnałyśmy się i kropiłam wszystkie kąty. Tak obeszłyśmy cały dom.

– Baśka, jak myślisz? Ogród też?

– Na wszelki wypadek, Krysia.
Od tego momentu wszystko się skończyło. Psy przestały wyć, porcelana się tłuc, nikt nie biegał już po schodach, przedmioty przestały ginąć, przemieszczać się, dziwne głosy odzywać. Uwielbiamy ten dom. W niedzielę zdarza się, że do obiadu siada 18, 20 osób. Pokoje gościnne na strychu są często zajęte. Jest to dom przyjazny, gościnny, wesoły, wszyscy się w nim dobrze czują. To jest nasze miejsce na ziemi. Nie wyobrażamy sobie innego. Co roku chodzimy na grób pana Gruszczyńskiego. No i uratowaliśmy zabytek.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.