11
Październik
2012
10:10

Danuta W. plakat do spektaklu

zobacz więcej zdjęć (44)

Danuta W.

Autorzy: Danuta Wałęsa, Piotr Adamowicz
Adaptacja i wykonanie: Krystyna Janda
Reżyseria: Janusz Zaorski
Światło: Andrzej Wolf
Scenografia: Krystyna Janda
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy: Ewa Ratkowska

Realizacja i przygotowanie materiału filmowego:
Reżyseria: Janusz Zaorski
Zdjęcia, operator kamery: Andrzej Wolf
Operator steadicamu: Adam Mendry
Montaż: Zaq Chojecki i Ludwik Sielicki psm (Media Kontakt)
Kierownik produkcji: Ewa Ratkowska

PREMIERA W GDAŃSKU 11 PAŹDZIERNIKA 2012, W WARSZAWIE 12 PAŹDZIERNIKA 2012

Książka Marzenia i tajemnice, wydana jesienią ubiegłego roku, spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, stała się nie tylko wydarzeniem medialnym, lecz także gorącym tematem społecznym. Danuta Wałęsa przerwała milczenie, ale oddała głos wszystkim kobietom. Czytelniczki odnajdują w niej swoje losy i idą za głosem Autorki. To zaskakujące zjawisko kulturowe, które wciąż żyje.

Spektakl DANUTA W. powstaje na kanwie książki Danuty Wałęsy Marzenia i tajemnice, opracowanej przez Piotra Adamowicza, wydanej przez Wydawnictwo Literackie z Krakowa. W odważnej i przejmującej autobiografii  autorka opowiada o sobie, swojej rodzinie i burzliwej historii Polski ostatnich dekad. Mówi – jak zawsze naturalna i silna – zarówno o chwilach wspaniałych, jak i o cenie, którą przyszło za nie zapłacić. Opowiada światu swoją wersję wydarzeń.

W roli Danuty Wałęsy zobaczymy Krystynę Jandę, która o swojej pracy nad tekstem i spektaklem mówi tak:

Ten spektakl i ta rola, z legendarnym przywódcą Solidarności i Prezydentem Polski  w tle, to jedno w największych moich wyzwań życiowych, nie tylko zawodowych, ale także ludzkich i obywatelskich. Każdego dnia wyznania pani Danuty Wałęsowej budzą mój podziw i wzruszenie. Prostota i szczerość tych wypowiedzi zdumiewa i wywołuje szacunek. Wszystko to budzi ochotę, aby w ogóle historię Polski opowiedzieć od strony kobiet.

 

PANI DANUSIA I PANI KRYSTYNA

Do Lecha Wałęsy mam stosunek subiektywny i przychylny. Byłem jego podwładnym. W 1990 r. Andrzej Drzycimski,z którym znaliśmy się wcześniej, od lat związany z legendarnym przywódcą „Solidarności”, po jego wyborze na prezydenta, zaproponował mi współpracę. Zostałem – tak to brzmiało w belwederskiej nomenklaturze – głównym specjalistą, doradcą do kontaktów z dziennikarzami zagranicznymi. Dla mnie zaszczyt i przygoda. Wtedy już krajowe media zaczęły podszczypywanie prezydenta, ale dla zagranicznych Wałęsa ciągle pozostawał atrakcją na światową skalę, dobijali się drzwiami i oknami.Czuwałem nad wywiadami, zwłaszcza telewizyjnymi, także podczas pobytów zagranicą, ale nie o to chodzi, nie mam tu bowiem zamiaru odkrywać tajemnic naszych trudów i zmagań. Na weekendy prezydent jeździł do Gdańska, co pewien czas do Warszawy przyjeżdżała pani Danuta Wałęsowa. Już sam jej pobyt uspakajał podminowaną atmosferę i panujące napięcie.

Nie tak dawno ukazała się w Wydawnictwie Literackim książka pani Wałęsowej „Marzenia i tajemnice”. W tych dniach doszło do dwóch premier (gdańskiej i warszawskiej) monodramu Krystyny Jandy, w reżyserii Janusza Zaorskiego, przygotowanego na kanwie tej książki. Tak jak sukces odniosło wydawnictwo, tak sukces odniósł warszawski Teatr Polonia Jandy i ona sama. Jest to historia Lecha Wałęsy widziana oczyma kochającej go kobiety, która urodziła mu ośmioro dzieci, która była nie tylko biernym świadkiem jego politycznej walki i która cierpliwie, pokornie i najczęściej w cierpieniu znosiła wszystkie jego kaprysy i wady. Krystyna Janda w roli pani Danuty – od strony aktorskiego warsztatu – przeszła samą siebie.

Monodram pani Krystyny, według książki pani Danuty ukazuje nam Lecha Wałęsę, jakiego mało znamy. Jest to wielka historia, pełna klęsk, sukcesów, zawiedzionych i niespełnionych nadziei – jak przyznaje Janda – materiał na wspaniały antyczny dramat. Autorka wspomnień odkrywa mniej znane fakty z historii, niektóre są dramatyczne,inne tragikomiczne czy wręcz komiczne. Jak to Wałęsa przemycał list adresowany do gen. Jaruzelskiego, przekazany mu osobiście przez Jana Pawła II, jak został na ulicy „zapuszkowany” przez esbeków, tyle , że był na spacerze z dzieckiem w wózku i gdy dziecię podczas przesłuchania wymagało zmiany pieluszek, Wałęsa zażądał, aby czynnością przewijania zajął się przesłuchujący go esebek, gdyż on ojciec tylu dzieci tego nie potrafi. To pani Danuta zrobiła zdjęcie Wałęsie, gdy był internowany, które potem obiegło cały świat a potem odbierała w Oslo nagrodę pokojową Nobla przyznaną przywódcy „Solidarności” i zrobiła prawdziwą furorę. Gdy zapytała męża jak wypadła, odpowiedział: na 3 z plusem.

Teraz – okopał się w samotności. Chodzi stale po mieszkaniu ze słuchawkami

w uszach. Czego tak ciągle słuchasz, przecież to „Radio Maryja” ? – pyta pani Danuta. On odpowiada: zawsze trzeba wiedzieć co się dzieje u wroga. Dzisiaj Lech czas spędza głównie przy komputerze. To jego świat. Ma ich kilka, nie rozstaje się z laptopem, także podczas podróży. Ostatnio zaproponował – opowiada pani Danuta -żebyśmy mieszkając przecież pod jednym dachem rozmowy prowadzili przez skype`a!

Polityka jest obrzydliwa. Taka jest puenta książki i monodramu. Polityka jest dziś obrzydliwa, gdyż tyle w niej zawiści i podłości. Historia opowiedziana, opisana przez autentyczny zapis jej świadka (pani Danuta) i nadto przekazana z kunsztem aktorskim (pani Krystyna) pokazuje, że w ostatecznym rozrachunku liczy się przede wszystkim ludzka godność. Na przedstawieniu monodramu „Danuta W” towarzyszyłem żonie zmarłego w tych dniach Jerzego Jarockiego. Umarł geniusz polskiego teatru. Monodram Krystyny Jandy daje nadzieję, pokazuje, że w coraz to bardziej powszechnym zalewie płycizny i tandety, polski teatr jeszcze nie zmarniał.

Jerzy Klechta

———————————————————————————————————————-

Krystyna Janda w „Danucie W.”

 Rozmowa z Januszem Zaorskim, reżyserem

 – W „Danucie W.” pojawia się temat, który często powracał w moich filmach m.in. w „Matce Królów”. Człowiek przeciętny wobec wydarzeń nieprzeciętnych, w sytuacji, która go przerasta – mówi reżyser Janusz Zaorski przed premierą w Teatrze Polonia w Warszawie.

«W Teatrze Polonia trwają próby „Danuty W” – monodramu inspirowanego książką Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice”(w opracowaniu Piotra Adamowicza). Na scenie Krystyna Janda, reżyseruje Janusz Zaorski.

 Pierwszy uroczysty pokaz odbędzie się 11 października w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, warszawska premiera – 12 października w Teatrze Polonia. O przygotowaniach do tego wyjątkowego monodramu Krystyna Janda opowie we wtorek 2 października o godz. 19. w Gazeta Cafe, ul. Czerska 8/10. Wstęp wolny. Zapraszamy.

 Dorota Wyżyńska: „Danuta W.” to jedna z najgorętszych premier sezonu. Wybitna aktorka, bestseller książkowy. Oczekiwania publiczności są ogromne. Zainteresowanie mediów niemałe. Jak temu sprostać? Co jest dla Pana ważne?

 – Najważniejsza jest prostota. Biję się po rękach, ucinam swoje reżyserskie pomysły. Bo to jest spektakl, w którym reżyser nie może postawić siebie przed aktorką i przed tekstem. Moja rola jest służebna. Trzeba dbać o prawdę, o przekaz, o prostotę właśnie.

 Bardzo się ucieszyłem z tego projektu. Bo w „Danucie W.” pojawia się temat, który często powracał w moich filmach m.in. w „Matce Królów”. Człowiek przeciętny wobec wydarzenia nieprzeciętnego. Człowiek przeciętny wobec sytuacji, która go przerasta. Nie chcemy uprawiać żadnej hagiografii i budować ołtarzy. Zależy mi, aby pokazać przemianę bohaterki, dochodzenie do samoświadomości, mimo bardzo ciężkich prób, przez które musiała przejść.

 Jakie wrażenia zrobiła na Panu książka „Marzenia i tajemnice”? Co Pana ujęło?

 – Przeczytałem ją od razu, jak się tylko ukazała, jednym tchem. To opowieść o kobiecie, która przeszła tak trudną drogę, dźwigając ogromny bagaż doświadczeń, a jednocześnie niewiele się zmieniła. Oczywiście nieco inaczej patrzy na świat, ale ma swój dekalog wewnętrzny, hierarchię wartości, których się trzyma. Jest wierna pewnemu kodeksowi postępowania, który został jej narzucony za młodu przez trudne warunki, w jakich się wychowała. Jest wierna sobie, wiarygodna, prawdomówna, nie prowadzi gier. To mnie ujęło. Chciałbym zawrzeć to w naszym spektaklu.

 Ważne jest też, aby to była poruszająca historia, bo w jej życiorysie przeglądają się miliony: Polek, matek, żon. Jej doświadczenie było doświadczeniem generacyjnym. Ja również urodziłem się po wojnie i te wszystkie newralgiczne momenty jak Grudzień 70, powstanie Solidarności, wybuch stanu wojennego, przeżywałem tak jak ona.

W ramach przygotowań do prób, wybrał się pan z operatorem Andrzejem Wolfem na zdjęcia do Trójmiasta. Odwiedził Pan też Danutę Wałęsową. Te materiały znajdą się w spektaklu?

 – Spektakl składa się z trzech warstw. Pierwsza to aktor żywego planu – Krystyna Janda, która przekazuje widzom tekst. Specjalnie użyłem słowa „przekazuje”, bo ona nie wciela się w rolę, nie jest Danutą W. Drugi i trzeci element to dwa typy różnych wizualizacji, dwa typy materiałów filmowych, które będą się przeplatać: opowieść, bardzo osobista, związana z życiem pani Danuty i część pokazująca szerszy plan jej doświadczeń generacyjnych.

 Z operatorem Andrzejem Wolfem byliśmy nie tylko u pani Danuty, ale też tam gdzie się urodziła, gdzie się wychowywała, chodziła do szkoły, mieszkała z rodzicami. Przyglądaliśmy się, jak te miejsca wyglądają dzisiaj. Z panią Danutą długo rozmawialiśmy, ale z tego naszego wywiadu nie będzie cytatów w przedstawieniu. W naszym spektaklu słowo mówione należy do aktorki.

 Pani Danuta miała jakieś sugestie na temat spektaklu?

 – Dała nam wolną rękę. To jest luksusowa sytuacja dla twórców.

 „Nie mam zamiaru na scenie udawać pani Danuty, studiować jej sposobu mówienia czy bycia, tu chodzi o coś więcej. O prostotę, dumę, prawdę, szczerość, odwagę i człowieczeństwo, o Polskę także” – mówiła w wywiadzie dla „Gazety” Krystyna Janda.

 – Uznaliśmy wspólnie, że nie będziemy podrabiać na scenie jej sposobu chodzenia, mówienia, uczesania. W głosie pani Danuty można znaleźć tęsknotę za anonimowością. Opowiadała nam np, że jest szczęśliwa, kiedy może przejść plażą z Jelitkowa aż do Sopotu i nikt jej nie rozpoznaje, nikt nie zwraca na nią uwagi.

 A materiały archiwalne?

 – To cytaty ze starych kronik: będą wizyty Jana Pawła II w Polsce, powstanie Solidarności, stan wojenny, odbieranie Pokojowej Nagrody Nobla w imieniu męża. Ale nie kręcę tu filmu, to nawet nie będzie pokazywane na ekranie… A na czym, to nie mogę teraz zdradzić. Zależy mi, aby czuło się klimat tamtych czasów. Bo przecież to też opowieść o PRL-u, o tych wszystkich niewygodach tego ustroju. Myślę, że ważna dla młodego pokolenia, które poprzez filmy Barei postrzega PRL jako fajny, dowcipny, grepsiarski ustrój i dobry czas do życia.

 Adaptację przygotowała Krystyna Janda. Niełatwe miała zadanie.

 – Trudność adaptacyjna była olbrzymia. Jak przełożyć 546 stron na monodram? Jak z wielogodzinnej w czytaniu powieści wybrać materiał na niecałe dwie godziny spektaklu. Bo ile czasu widz wytrzyma? Tutaj nie ma fajerwerków, niesamowitych zwrotów akcji.

 Osobna sprawa, że „Marzenia i tajemnice” są bestsellerem, sprzedało się już ponad 350 tysięcy egzemplarzy i to też nas zobowiązuje. Bo przecież nie można zawieść tych, którzy przeczytali książkę i będą chcieli porównać swoje wyobrażenia z naszą wersją sceniczną.

 Krystyna Janda w moim przekonaniu przygotowała bardzo udaną adaptację. Jest wybitną aktorką i doskonale wie, co sprawdzi się na scenie. Zostawiała te fragmenty, z których ja się niezmiernie cieszę, w których jest nie tylko opowieść o kobiecie, ale też koloryt, pejzaż tamtych lat.

 Jak się reżyseruje taką aktorkę jak Krystyna Janda? Jak wyglądają próby?

 – Próby są fantastyczne, codziennie inne. To aktorka o nieprawdopodobnym instynkcie, który dotyczy nie tylko sposobu gry, ale też kostiumu, charakteryzacji, scenografii.

 Tekstu jest do obdzielenia na trzy spektakle. To jest kwestia interpretacji, próby zróżnicowania go, pozbycia się monotonii. Próbujemy, słuchamy, nagrywamy. Tak jak w filmie sensacyjnym nie można wyjawić, kto zabił. U nas jest pewna powtarzająca się czynność sceniczna, konsekwentnie prowadzona, która stała się naszym ruchem scenicznym. Zobaczymy, czy się sprawdzi.

Nie ma trudniejszego egzaminu niż monodram. Tu nie ma podpórek. Nie można liczyć na to, że w pewnym momencie schowamy się gdzieś z tyłu, a ktoś inny przejmie lejce i poprowadzi powóz. Monodram to bezlitosna próba sceny.

Dorota Wyżyńska

Gazeta Wyborcza – Stołeczna, 02-10-2012 nr 230

………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Podobno pierwsze, robocze próby „Danuty W.” odbyły się na plaży w Toskanii?
Znajomi słuchali z zainteresowaniem?

O nie, próby zaczęły się dużo wcześniej, jeszcze w czerwcu. W Toskanii przeczytałam moi przyjaciołom ostateczną wersję adaptacji, płynąc promem na Elbę zresztą. Czytałam dwie godziny , pierwszy akt trwał Piombino – Elba, drugi akt z powrotem. Słuchaczami mimowolnymi byli także inni pasażerowie promu, ale tym się nie przejmowałam. Patrzyli i słuchali z zainteresowaniem, mimo że było to w tym dla nich dziwnym i obcym języku . Podczas pobytu na Elbie , tego dnia moi przyjaciele nie mówili o niczym innym i nie mogli się doczekać drugiego aktu. To był mój niewątpliwy sukces. Dość łatwy zresztą , bo Towarzystwo jest wrażliwe, otwarte i głodne nowych przeżyć. Teraz zaczną się prawdziwe schody, podczas prób na scenie, w teatrze.

„Zawsze byłam przynajmniej jeden krok za mężem” – podkreśla Danuta W. i jej wspomnienia to potwierdzają, a jednocześnie cytuje słowa znajomego, który powiedział kiedyś: „Nie byłoby takiego Wałęsy, gdyby nie taka Wałęsowa”. Co Panią ujęło w tej książce?

Wszystko, proszę mi wybaczyć prostotę tego wyznania. Ale do teatru przenoszą się tylko historie które da się uogólnić, większe jakby niż życie, a to jest taka historia. Dla mnie porażająca i wzruszająca, bliska mi i potrzebna. Mnie Polce, kobiecie, matce, człowiekowi. Mam nadzieję że i innym. Dodam tylko że po zdaniu „ Nie byłoby takiego Wałęsy, bez takiej Wałęsowej” jak pisze pani Danuta, pan Lech Wałęsa zainteresował się głownie tym , kto tak powiedział. Lube ich oboje i to jest mój punkt startu do tej pracy. To los i życie niezwykłe. Życie równoległe z naszym życiem. Możemy przejrzeć się w tej historii.

Jak Danuta Wałęsa zareagowała na pomysł spektaklu? Długo ją Pani namawiała? Miała jakieś konkretne prośby?

To Wydawnictwo skontaktowało się ze mną,  zapytując czy nie pomyślałabym o spektaklu, po tym liście aż krzyknęłam, byłam już po lekturze książki , ale na taką odwagę, odważna myśl,  bym się chyba nie zdobyła sama. Potem długo trwały pertraktacje jak co kiedy i jak…no i zatwierdzanie mojej adaptacji. Na szczęście włączył się potem także w rozmowy reżyser planowanego spektaklu, pan Janusz Zaorski, który zna panią Wałęsową, i było prościej. Zresztą nigdy nie było trudno, ale zawsze gdy chodzi o osobiste sprawy, życie kogoś kto jest wśród nas, życie osoby tak znanej i ważnej, z prezydentem i legendarnym przywódcą Solidarności w tle, trzeba być ostrożnym.

Trudno było przygotować adaptację? Które wątki pani wyeksponuje?

Trudno, bardzo trudno, było chyba pięć wersji. Tej ostatniej jestem pewna i jestem zadowolona. Ma ona prostotę i siłę. Oczywiście żal wielu słów, zdań, refleksji, ale teatr ma swoje prawa, dramaturgii ale także związane z czasem, pierwsza wersja w czytaniu trwała ponad cztery godziny i nie chciałam się z niczym rozstać. Ale ostatecznie dokonałam wyboru. Które wątki eksponuję? To jest opowieść wstrząsająca. Mnie porusza bardzo. I nie mam zamiaru udawać pani Danuty, studiować Jje sposobu mówienia czy bycia, nie o to tu chodzi, chodzi o coś dużo więcej.

Słyszałam, że pisząc adaptację, zdarzało się Pani wymienić uwagami z Andrzejem Wajdą, który pracuje nad „Wałęsą”.

Tak. Andrzej bardzo ucieszył się z pomysłu na spektakl. Deklarował od razu pomoc. Napisał do mnie dwa długie listy, ważne . ważne dla spektaklu który powstanie. Zapoznał się z nimi także reżyser spektaklu…..Może Andrzej Wajda pozwoli mi opublikować te listy, wtedy i publiczność przeżyje swoja chwile zdumienia , taką jaką ja przeżyłam czytając je. Andrzej jest niesamowity.

Reżyserem spektaklu będzie Janusz Zaorski, reżyser filmowy, który od dawna nie pracował w teatrze. A jednocześnie twórca takich ważnych filmów jak np. „Matka królów”. Dlaczego on?

Bo wie wszystko o temacie. I wie wszystko w odpowiednich proporcjach, sensach, znaczeniach oraz  barwach. A to tym razem bardzo ważne. Temat jest zbyt poważny, cel zbyt wysoki na artystowskie zabawy bez odpowiedzialności.

Czy tak jak w „Białej bluzce” i tu również znajdą się materiały archiwalne?

Tak planuje pan Zaorski, ale także materiały nakręcone teraz, dla tego spektaklu. Właśnie pan Janusz Zaorski z operatorem Andrzejem Wolfem udają się do Gdańska i do pani Wałęsowej także.

Oglądałam właśnie w Stoczni wystawę „Drogi do Wolności”. Ale mam wrażenie, że na podstawie książki „Marzenia i tajemnice” można by przygotować dodatkową ekspozycję – spojrzenie na czasy Solidarności oczami Kobiety Polki.

Danuta Wałęsa sama mówi, że po Pokojową Nagrodę Nobla jechała jako „polska kobieta”, a nie tylko żona swojego męża.

Polska przeciętna kobieta i matka jak podkreśla. Piękny to passus we wspomnieniach pani Danuty, piękne podziękowanie dla męża że dane Jej było tę nagrodę odebrać i reprezentować i Jego i Polskę i polskie kobiety i matki. Wszystko to są wielkie słowa, pojemne, rosną kiedy się je mówi czy pisze, ale tym razem naprawdę nie są ani napuszone, ani zbyt duże ani nie na miejscu.

Od Modrzejewskiej przez Marię Callas po Danutę W.  To kolejna postać historyczna, z którą się Pani mierzy. Jakie blaski i cienie ma budowanie takiej postaci? Jest trudniejsze niż wykreowanie bohaterki fikcyjnej?

Tym razem mam wrażenie, nie chodzi o drobiazgi, tak bym to określiła. O sposób chodzenia, mówienia, barwę głosu czy klimat osoby, chodzi o prostotę, dumę, prawdę, szczerość, odwagę i człowieczeństwo. O Polskę także. To także rzecz o naszej historii.

Monodramy to Pani specjalność. Nie zapomnę niesamowitych emocji widzów, ogromnego tłumu, który jak zahipnotyzowany oglądał „Białą bluzkę” na pikniku kulturalnym Co jest Grane w Królikarni w zeszłym roku. Co aktorce daje takie spotkanie z publicznością sam na sam?

Solówka. Czy mam tłumaczyć co znaczy dla artysty? Tylko wirtuozi wiedzą o czym mówię i do czego tęskni każdy „tygrys”. Opowiedzenie czegoś w pojedynkę to władza nad historią opowiadaną, nad czasem, tematem, interpretacją, uczuciami. Czasem się to udaje. Ale złudna to przyjemność jeśli temat i bohater nie są najważniejsi. Jeśli widać aktora zza postaci granej. Trzeba zapomnieć o sobie, pochylić się nisko i służyć tematowi i historii a wtedy nuty układają się same i z należnym znaczeniem i siłą.

W spektaklu Danuta W. nie będę sama. Będzie ze mną Ona, Lech Wałęsa, bo także o Nim jest Jej opowieść, o życiu z Nim , u Jego boku. Będzie ze mną nasza historia i nasze wspomnienia. A ja muszę tylko zagrać najprościej jak umiem.

Rozmowaz Dorotą Wyżyńską dla Gazety Wyborczej


 

Kazimierz Kutz: Jest nam dane
Przychodzi taki czas po Abrahamie, kiedy wszystko, co mamy, jest już do końca życia nasze; dzieci, rozwody, groby, wrogowie i przyjaciele. A także wszystkie szczęścia i nieszczęścia.

Motto: „Sztuka reżyserowania to w zasadzie umiejętność zorganizowania wspaniałego przyjęcia. Wszyscy są zadowoleni, wszyscy dobrze się bawią. A jednocześnie starają się utrwalić te chwile” – Martin Scorsese

Nie ma już co szaleć ani szarpać się. Wypadałoby już na świat patrzeć z perspektywy własnego pochówku i ładzić wokół siebie, co tylko się da. Zwłaszcza wszystko, co tyczy rodziny, dzieci i wnuków. A także to, co tyczy swoich kotów i psów. To nie znaczy, żeby być od razu św. Franciszkiem, ale rozważnym człowiekiem po minionych wzlotach i upadkach. Takiej postawy trzeba się uczyć jak raczkowania, bo schodzi się niejako znów „do parteru”. „Gleichgewicht” – czyli zrównoważenie – jest piękną cnotą dojrzałości i nie ma nic wspólnego z kapitulacją.

Takie refleksje naszły mnie po przeczytaniu książki Martina Scorsese o własnym życiu i po premierze spektaklu w teatrze Krystyny Jandy wedle autobiografii Danuty Wałęsy.

Scorsese jest wielkim antyhollywoodzkim reżyserem, amerykano-sycylijczykiem, który spotkał się ze swoimi aktorami italiano-amerykanami (Roberto De Niro, Leo DiCaprio) i katolicko-irlandzko-amerykanami (Jack Nicholson), a ta wybuchowa mieszanka przyniosła wiele genialnych dokonań w kinie amerykańskim. Wyspowiadane rozmowy Scorsese są dla wtajemniczonych w fachu czymś w rodzaju przewodnika po znanych okolicach.
Podobnie jest z opowiedzianą autobiografią Danuty Wałęsy. Tyle że ona wiedzie nas po naszych rodzimych Himalajach najnowszej historii. Teraz rzecz skropliła się w teatrze Krystyny Jandy. Byłem na premierze spotkania obydwu wyzwolonych kobiet. Efekt jest niezwykły; mierząc go głębokością przeżyć, zasługuje na miano genialnego wydarzenia teatralnego, choć jest to teatr ubogi nad wyraz. Opowieść pani Danuty jest ponadliteracka. To znaczy jest literaturą, której nie da się wymyślić. Spektakl Jandy ma ten sam walor teatralny. Jest opowieścią o tym, jak pani W. robi jabłecznik, bo lubiły go dzieci. Obiera jabłka, robi ciasto, piecze je, a gdy wystygnie, kroi je na kawałki i daje do zjedzenia widzom.

Przy tym prozaicznym zajęciu opowiada nam swoje życie – nanizuje je na wielką historię i swój intymny los. To nie jest przyjemna opowieść, ale jej wymiar jest zgoła antyczny. Powoli wchodzimy w otchłań minionej rewolucji solidarnościowej, dawno uwiędłej pamięci i poczucia klęski uczestnictwa przy dawno zmurszałym stole.

Jest to też opowieść o miłości kobiety do mężczyzny, czyli jej do Lecha Wałęsy, opowiedziana z pięknym bezwstydem. Bezwstydnie opowiada też o „Solidarności” i ludzkiej nędzy zwycięzców. Nie wiem, jak to się działo, ale kilka razy podczas spektaklu wzruszenie dławiło mi krtań i broniłem się przed szlochem. Kiedy gratulowałem pani Krystynie Jandzie, przyznałem się do przeżyć, a ona powiedziała: „To ciekawe, ale wczoraj po próbie generalnej, kiedy tu weszłam, zobaczyłam w rogu Stasia Tyma. Siedział i płakał. Pytam go: »Stasiu, co ci się stało? «. A on powiedział: »Krysiu, daj mi popłakać «. I nadal płakał”.
Niezwykły los i osobowość pani Danuty oraz talenty pani Krystyny obdarowały mnie przeżyciami, jakich nie miałem w teatrze od „Dziadów” Konrada Swinarskiego i „Umarłej klasy” Tadeusza Kantora. Te baby osiągnęły najwyższy luksus, jaki w sztuce jest możliwy – prostotę. Trochę na tym się znam, bo pracowałem w tej konkurencji i obrabiałem losy ludzi podobnych do „rasy” pani Danuty. Ale tu, w teatrze Krystyny Jandy, te dwie herod-baby zrobiły jednocześnie wielką manifę babskości. One urwały się z wielowiekowego przycumowania do męskiego lądu i opowiadają jakimś sobie tylko znanym kodem o sprawach, które są poza zasięgiem samców.

Wyłaniające się z tych opowieści portrety Lecha Wałęsy i „Solidarności” nie są ani krzepiące, ani pocieszające. W momentach uwznioślenia, kiedy rzeczywistość teatru pochłaniała bez reszty – w hibernacji estetycznej – miałem upiorne wrażenie, że wszystko dzieje się na dnie zatopionego statku.
To było „wspaniałe przyjęcie”, o jakim mówi Martin Scorsese. Mam przekonanie, że przy dzisiejszym teatrze, totalnie gówniarskim, spektakl w Polonii Krystyny Jandy przywraca honor rodzimej scenie.
* * *
Zaś teatr w Sejmie to już małpi gaj. Nasłuchiwałem, co Donald Tusk powie w swojej mowie o Górnym Śląsku. Powiedział, że trzeba wybudować dwie kopalnie i kawałek autostrady do lotniska. Te kopalnie pojmuję jako koalicyjny haracz dla „kolonialnej” polityki Waldemara Pawlaka, czyli „wkładkę tłustego boczku” do grochówki, jaką w najbliższej przyszłości szykuje nam przywódca polskiego chłopstwa kumoterskiego. A kawałek drogi do lotniska – na otarcie łez.

Jesteśmy jak obładowany pociąg towarowy – nie powiem kim i czym – odstawiony na boczny tor.

Gazeta Wyborcza, 23.10.2012

——————————————————————————————————————-

Gwiazdy w teatrze życia, czyli Janda Superstar

„Danuta W.” w reż. Janusza Zaorskiego z Teatru Polonia w Warszawie, gościnnie w Tychach. Pisze Andrzej Maria Marczewski w Twoich Tychach.

Kim są? I dlaczego trudno bez nich żyć? Czym jest arcydzieło? I do czego jest nam potrzebne, lub nie? Czy życie nasze ma sens? I jaki? To trudne pytania i nie wykpimy się łatwymi odpowiedziami. Każdy z nas, świadomych swojego życia ludzi ma jakiś program, pomysł na siebie, cel do osiągnięcia, jeżeli udaje że nie ma, lub co gorsze rzeczywiście ich nie ma, pogrąża się w chaosie który czyni jego życie niepełnym. A więc coś traci. Pytanie co? i czy rzeczywiście?

Żyjemy nie rozglądając się uważnie wokół. To raczej my stanowimy na ogół dla siebie najistotniejsze centrum. To ono dyktuje nam sposób zachowania się w różnych sytuacjach i wobec różnych ludzi. Jesteśmy pępkiem swojego świata, a wokół niego tłoczą się jakieś inne światy, ale nie zawsze je dostrzegamy. I tak toczy się życie. Dyktujemy mu swoje warunki bo przecież chcemy coś osiągnąć, gdzieś dojść, z czegoś się cieszyć.

Czasami pozwalamy, aby Sztuka stworzyła nam nowe horyzonty myślenia, czy pozwoliła zrozumieć lepiej, to co rozumiemy kiepsko. Niekiedy tęsknimy, aby czuć się do czegoś powołanym, ponieważ posłannictwo uszlachetnia człowieka i pozwala czuć się potrzebnym. Niektórzy nawet zadają sobie od czasu do czasu pytanie: po co ja żyję?

A odpowiedź, o którą nie tak łatwo, bo jesteśmy coraz bardziej wymagający wobec siebie, czasami przesądza o naszym dalszym losie. Zaczynamy myśleć o drugich, o kimś obok, i zaczynamy traktować go jak siebie. Bo on jest przecież moim drugim ja. Też i aż jest Człowiekiem. To niby proste, ale jakże trudne w codziennych relacjach. Bo czy mogę sobie samemu źle życzyć? Czy mogę sobie samemu zazdrościć? Być na siebie wiecznie podenerwowanym, złym? Skoro już uporam się z tym i zrozumiem po co naprawdę żyję, moje życie nagle okazuje się pełniejsze, sensowniejsze, bogatsze o uczucia innych. Każdy w końcu pojmuje że żyjemy dla innych. Tylko zazwyczaj z praktyką mamy małe kłopoty.

Gwiazdy świecą swym fenomenalnym światłem dla nas. Są nami, a my staramy się być nimi. Możemy się grzać w ich blasku, możemy brać z nich to, czego nam brakuje, czasami dzięki nim możemy przeżywać chwile niezwykłe, które w nas na długo pozostają. I chociaż wiemy że wybitny spektakl teatralny, czy genialny film jest pewnego rodzaju ułudą, fenomenalną grą Gwiazd , to wzruszamy się i czasem nawet płaczemy, bo dzięki ich kreacji otwierają się w nas nowe wymiary przeżyć, budzą się zupełnie nowe emocje, i nie musimy się ich wstydzić.

Mało wtajemniczeni przeżywają pewien niepokój bo nie wiedzą jak odróżnić Gwiazdę od nie gwiazdy, zwłaszcza że masmedia paskudnie zawłaszczyły to określenie nadając je bez umiaru nieopierzonym jeszcze modeleczkom, sitcomowym aktoreczkom, i różnym innym -eczkom, o których nikt naprawdę nic nie wie, i które nie mają nic do powiedzenia, nie mają też żadnego artystycznego dorobku, prezentując jedynie ładnie opaloną w solarium skórkę i dobre samopoczucie.

Prawdziwe Gwiazdy zawsze płoną, i nie wykpimy się tutaj prostackim stwierdzeniem że każdy ma gwiazdę na swój wymiar. Celowo używam tutaj dużej i małej czcionki. Mówimy teraz o tych największych, prawdziwych, niewiarygodnych Gwiazdach, które zawsze świecą prawdziwym Światłem, i dzięki którym przeżywamy rzeczy niezwykłe, stajemy się na dłuższy lub krótszy moment inni, lepsi, wyraźniejsi, ciekawsi. Wielka Sztuka zawsze uszlachetnia, daje Człowiekowi niezwykłego, emocjonalnego „kopa”, po którym własne życie nabiera innego wymiaru, bardzo często lepszego, szlachetniejszego, doskonalszego. Słowem stajemy się wrażliwsi i przekazujemy tę wrażliwość innym.

Wielka Sztuka promieniuje wartościami o których w codziennym, życiowym biegu zapominamy, które gdzieś nam w trakcie życia znikają z oczu.

Człowiek jest stworzony do Miłości a żyje przeważnie w strachu. Nie wie, co mu jutro przyniesie, ale nie traktuje tego jutra z Miłością tylko z niepokojem. Gwiazdy biorą ten ogromny niepokój, strach, gorycz życia, i przetwarzają je żebyśmy mogli więcej kochać i odczuwać, wzruszać się i płakać. Płacz oczyszcza, jest potrzebny. Miłość ożywia, jest niezbędna.

KRYSTYNA JANDA jest tym wszystkim: Gwiazdą pierwszej jasności, Miłością która pozwala nam mądrzej, głębiej i szlachetniej żyć, oddechem Prawdy bez której tracimy swoje człowieczeństwo i mniej rozumiemy co świat do nas mówi.

Teatr Mały w Tychach przez dwu i półgodzinną chwilę zachłysnął się prawdą życia i sceny poddając się magii Jandy jako Danuty W. Prosty w sumie przecież autobiograficzny tekst niegdysiejszej pierwszej damy Polski, a właściwie próba określenia siebie w kontekście Historii, Boga, Wieczności, wszystko z dużych liter bo mówimy o relacjach najważniejszych i zasługujących na taką czcionkę, uzyskał najczystszy ton interpretacyjny PRAWDĘ.

Wypełniona po brzegi czterystu osobowa widownia zamarła w niezwykłej koncentracji rozpoczynając swoją grę z niezwykłą Artystką. Słowo rodzące się na scenie w trakcie formowania jandowo-wałęsowej szarlotki trafiało widzów w ich najczulsze miejsca wywołując dyskretny śmiech, delikatne wzruszenie, a nawet sięgało głębiej formując u niektórych łzy w kącikach oczu.

Cóż więc się wydarzyło w Teatrze Małym w Tychach w niedzielny wieczór 17 stycznia 2016 roku? Zaistniał wobec tylu świadków tylko teatralny spektakl? Jakaś autentyczna opowieść przyobleczona w dokumentalno- filmowe projekcje i akt pieczenia szarlotki wyreżyserowany przez wybitnego filmowego reżysera Janusza Zaorskiego i zagrany w delikatnej, prostej interpretacji Krystyny Jandy?

Zaiskrzyła się oczywiście polska historia którą ludzie mojego pokolenia przeżywali na własnej skórze mając świadomość że są świadkami rzeczy niewyobrażalnych wcześniej, a jednak spełniających się na ich oczach. Polska pierwszych wolnościowych strajków, Polska Solidarności międzyludzkiej i Jana Pawła II. Gdzie to wszystko przepadło i dlaczego pozostało na długo tajemnicą odsłanianych ostatnio teczek IPNu, raportów donosicieli, czy relacji krzywdzonych w majestacie dziwnego prawa zwycięzców, prostych i bardziej skomplikowanych ludzi.

Bohaterka spektaklu wie o tym tyle co inni ale ocierała się przecież rodząc i wychowując ósemkę dzieci o tych najgłośniejszych a żyjąc w cieniu swojego wielkiego-małego męża żyła historią Polski, Europy, Świata w tych niezwykłych, porywających i tak tragicznych latach osiemdziesiątych.

Janda wie od niej więcej i to więcej przebija się przez interpretację stonowaną, cichą, refleksyjną. Czym jest to więcej? Teatrem i nie teatrem. Życiem i doświadczeniem? Perfekcyjnie wykonywanym zawodem? Osobistą zadumą?

Każdy Artysta, najwybitniejszy i prosty, szeregowy wchodząc na scenę i czując skoncentrowaną na sobie uwagę kilkuset widzów wie że nadszedł czas walki o prawdę i tylko prawdę, i że musi w niej zwyciężyć nie tylko po to aby przeżyć na końcu euforię owacji na stojąco ale żeby nie stracić dla siebie szacunku, bez którego tak trudno przecież żyć ludziom odsłaniającym na scenie za każdym razem perfekcyjnie swój delikatny, pulsujący układ nerwowy i emocjonalny.

Można oczywiście tego nie robić, można się nie spalać jak Feniks i nie powstawać za każdym razem z popiołów ale czy warto żyć byle jak i tworzyć byle co?

Gwiazdy muszą więc płonąć abyśmy mogli godnie żyć w przeświadczeniu że spotyka nas to co najlepsze i to na co w pełni zasłużyliśmy wybierając sobie własne życie i tworząc z innymi najlepsze relacje oparte na Miłości a nie gniewie.

Chwała więc Krystynie Jandzie, chwała scenicznej Prawdzie którą głosi a reszta jest przecież zawsze szekspirowskim milczeniem.

„Gwiazdy w teatrze życia, czyli Janda Superstar”
Andrzej Maria Marczewski
Twoje Tychy nr 4
26-01-2016

REALIZACJE REPERTUAROWE

Narratorka: „Danuta W.” w wykonaniu Krystyny Jandy

Jandy się słucha. Także wtedy, gdy nie kończy zdań, gdy rozpaczliwie krąży tekstem w kółko, próbując się zorientować, gdzie się pogubiła.

Liczy się jej wyczucie prawdy, instynkt, który nieskładne słowa pozwala włożyć we właściwą melodię, odpowiednio je emocjonalnie nastroić, wyposażyć, uwiarygodnić. Jest fenomenalną narratorką i  decyzja,że nie zagra Danuty Wałęsy, tylko o   niej opowie, nie będzie jej udawać, a  jedynie ją przedstawi, bez wcielania, prosto i  skromnie, była zbawienna dla przedsięwzięcia. Żeby nie siedzieć bezczynnie, kroi jabłka na szarlotkę pieczoną w ażurowym piekarniku, za jej plecami Janusz Zaorski puszcza kroniki z epoki, ale tak naprawdę liczy się tylko jej bezwzględna moc przyciągania uwagi, z  imperatywem: patrzcie na tę kobietę. I  patrzymy – ze śmiechem i  ze wzruszeniem. Nie na żadną tragedię antyczną ani nie na rewizję historii suflowaną przez nienawistników i    nienawistniczki. Na osobę, która żyła uczciwie i  jasno, wiernie i  ciężko, filtrując przez swój krystaliczny system wartości cały kosmos niesamowitych zdarzeń, w  których uczestniczyła. Powinna być syta. A  tymczasem coś gdzieś uciekło, coś się zgubiło, nie dopełniło, coś nie pozwala domknąć bilansu, choć „plusów dodatnich” jest co niemiara, coś nabrzmiewa rozpaczą pod plastrem łagodnego spokoju. Jaka mądra opowieść!

ZWIERCIADŁO

__________________________

Prosta historia

„Danuta W.” w reż. Janusza Zaorskiego w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Weronika Łucyk w Teatraliach.

„To nie jest opowieść efektowna, pełna zwrotów akcji. Znaną historię opowiedziano w nieznany dotąd sposób – z perspektywy codzienności i z punktu widzenia tych, którzy stoją na marginesie wielkich narracji. „Danuta W.” Krystyny Jandy i Janusza Zaorskiego jest próbą oddania głosu osobom nieobecnym w świadomości publicznej”.

 

Kanwą spektaklu są wspomnienia Danuty Wałęsy, zawarte w książce „Marzenia i tajemnice”. Podjęte w inscenizacji wątki dotyczą przede wszystkim relacji Wałęsowej z mężem oraz drogi, którą przebyła jako człowiek i kobieta, matka i żona. To wszystko składa się na portret osoby, której życie zostało mimowolnie zdeterminowane przez historyczne przemiany i cudze wybory.

 

Siła scenicznego przekazu tkwi w jego prostocie. Za pomocą minimalistycznych środków autorzy przedstawiają historię szalenie złożoną i poruszającą. Aktorka nie odgrywa swojej bohaterki, ale werbalizuje jej wspomnienia. Właściwą osobą dramatu jest kobieta, która podsumowuje życie – spogląda na nie z dystansem i pełną świadomością zmian, jakie zaszły w niej, jej związku i rodzinie. Monolog Jandy staje się głosem każdej kobiety, która musiała wiele zapłacić, by znaleźć się właśnie w tym punkcie swojego życia. Wiele zyskała, ale musiała też sporo poświęcić. Z tej perspektywy nie ma znaczenia, czy osoba mówiąca ze sceny jest Krystyną Jandą czy Danutą Wałęsową – najważniejszy jest przekaz. Narracji towarzyszą projekcje fotografii i nagrań, które funkcjonują jak wspomnienia, ślady pamięci.

 

Historia dotyczy skromnej kobiety, marzącej o założeniu rodziny i własnym kącie. To wspomnienia każdego, kto pragnie podobnego, i komu przyszło zmierzyć się z wielką samotnością. Według przyjętego przez bohaterkę modelu, powinnością żony było kroczyć za mężem i nie myśleć o sobie. Doświadczenie życiowe pokazało jednak, że pozostawanie w czyimś cieniu wiąże się z niemałym wysiłkiem, a zależność może wymagać – paradoksalnie – samodzielności i niezależności. Lech Wałęsa jest w tej opowieści mężczyzną i mężem, a nie działaczem Solidarności czy bohaterem opozycji. Jawi się jako człowiek trudny, emocjonalnie skryty, samodzielnie podejmujący wszystkie decyzje. Zaangażowanie polityczne sprawiło, że przestał być pomocny rodzinie – służył wyłącznie Polsce, co dla jego żony oznaczało samotną opiekę nad ośmiorgiem dzieci.

 

Relacja Danuty W. jest historią o przebudzeniu, dojrzewaniu do emancypacji rozumianej jako samostanowienie, niezależność, osobność. Wałęsowa odebrała przyznaną mężowi pokojową Nagrodę Nobla – to moment przełomowy, w którym zabiera głos nie jako żona, ale przemawia w imieniu innych Polek – gospodyń domowych. Ta zmiana w myśleniu i postrzeganiu samej siebie stanie się początkiem nowej drogi i wewnętrznej przemiany.

 

Wnioski, do których dochodzi bohaterka, są wynikiem wieloletnich przemyśleń i przepracowanej przeszłości. To nie są refleksje sentymentalne, patetyczne czy pełne goryczy. Krystyna Janda ukazuje kobietę wrażliwą i silną, ale przede wszystkim pogodzoną z losem. Choć jej bohaterka uważa, że nie dość zaznaczyła swoją obecność, i przyznaje, że nie zawsze sprawdzała się jako matka – to jest uczciwa, bezpośrednia; akceptuje siebie i swój bagaż doświadczeń. Krystyna Janda, podobnie jak bohaterka, nie próbuje udawać, że jest kimś innym. Mimo upływu lat, ustrojowych przemian i dawnej roli prezydentowej, Danuta wciąż jest skromną kobietą, która przygotowuje szarlotkę, zawsze według tego samego przepisu. Szczerość aktorki i prawda opowieści są wyczuwalne, wzmacniają wydźwięk historii, stanowią o sile spektaklu.

 

„Danuta W.” jest też – pośrednio – spektaklem o Polsce i rozpadzie wspólnoty, którą udało się stworzyć w sierpniu 1980. Młodzieńcze marzenia Danuty z czasem uległy weryfikacji – podobnie stało się z marzeniami o wolności i nowej Polsce. Twórcy spektaklu powiązali zderzenie ideałów z rzeczywistością i poczuciem smutku, ale nie goryczą porażki czy rozczarowania. Rzeczywistość zawsze będzie odbiegać od marzeń i planów, wobec czego trzeba umieć się ustosunkować.

 

Krystyna Janda jest w tym monologu oszczędna, wyciszona, a jej cielesna ekspresja – ograniczona do spokojnego przygotowywania jabłecznika. Zdystansowaniu narracji towarzyszą jednocześnie bardzo intymna atmosfera i emocjonalne wzruszenie, zarówno na scenie, jak i na widowni. Stoicka postawa bohaterki łączy się z bolesną świadomością, że za wszystko trzeba w życiu zapłacić.

„Prosta historia”
Weronika Łucyk
Teatralia Nr 45/06.02.13
Link do źródła
07-02-2013

_________________________

Die First Lady der polnischen Revolution

Der Weltgeist lag immer mit im Ehebett: Krystyna Janda triumphiert
Als Lech Walesas Ehefrau Danuta auf der Bühne in Warschau
Von Gerhard Gnauck

Ist das die polnische „Mutter Courage”? Der Vergleich hinkt. Aber diese Premiere war vielleicht die wichtigste der Warschauer Saison: Die berühmteste Schauspielerin Polens verkörpert die First Lady des polnischen Widerstands. Krystyna Janda, die große Blonde, die Walküre der polnischen Bühne, weltbekannt dank den Filmen Andrzej Wajdas, gibt im „Teatr Polonia” im Herzen Warschaus das Monodram „Danuta W.”
Sie spielt Danuta, die Bauerntochter, dann Ehefrau des Arbeiterführers, politischen Häftlings, Friedensnobelpreisträgers und nach 1989 Staatspräsidenten Lech Walesa. Ein großer polnischer Frauentag. Er fällt zusammen mit einem runden Geburtstag: Die Janda, die dieses Privattheater vor sieben Jahren gründete, ist am 18. Dezember 60 geworden.
Da steht sie auf der Bühne, grau in braun gekleidet, mit Schürze, aber doch auf Absätzen: Danuta W. (Krystyna Janda) streckt uns in der Eingangsszene eine Schüssel voller Äpfel entgegen. Acht Stück? Sie will uns nicht verführen. Acht Kinder hat sie geboren zwischen 1970 und 1985, die erste Geburt dauerte zwölf Stunden. „Ich habe nie an mich gedacht”, verkündet sie programmatisch, „immer ging ich einen Schritt hinter ihm, so ist es bis heute.” Er – das ist Lech Walesa, ebenfalls aus einfachen Verhält

______________________

„Danuta W.” Danuty Wałęsy i Piotra Adamowicza w reż. Janusza Zaorskiego w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Kalina Zalewska, jurorka XIX Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Teatr Polonia wystawił wspomnienia Danuty Wałęsy, wydane pod tytułem „Marzenia i tajemnice”. Krystyna Janda, która dokonała ich adaptacji, nie udaje w tym spektaklu swojej bohaterki, a tylko opowiada jej losy: jej wersję zdarzeń, historię rodziny i małżeństwa.

Na scenie stoi stół, z wmontowanym poniżej przezroczystym piekarnikiem, a na nim produkty, które posłużą aktorce do przygotowania szarlotki. W finale spektaklu wypiek zostaje pokrojony i rozdany opuszczającej teatr publiczności. Ten gest, a przede wszystkim samo przygotowywanie ciasta, odbywające się w trakcie opowieści, podkreśla jej temat. Kobieta tworząca dom pokazana jest tu w kuchni, ale na tle burzliwych wydarzeń historycznych, w których uczestniczył jej mąż, udokumentowanych na wyświetlanych za nią, zajmujących powierzchnię całej ściany materiałach filmowych. Męskie i żeńskie zostaje oddzielone i skontrastowane od razu, decyzją reżysera spektaklu Janusza Zaorskiego.

Relacja najzupełniej prywatna staje się tu publiczna czyniąc z widzów swojego rodzaju wspólnotę. Nie tylko dlatego, że prezentowane w projekcjach i omawiane przez bohaterkę wydarzenia budzą nasze własne wspomnienia, a w piekarniku dojrzewa szarlotka, ale poprzez opisany w niej los, będący udziałem wielu Polek tamtej epoki, trwających u boku męża i budujących rodzinę w zgodzie z tradycyjnymi wartościami. Historia Danuty Wałęsowej ma bowiem cechy typowe, co podkreśla tytuł spektaklu – choć jest zarazem unikalna i wyjątkowa.

Cywilizacyjny skok, jakiego dokonała bohaterka może budzić podziw: z wioski, w której nie było elektryczności zawędrowała do prezydenckiego pałacu, niczym postać z bajki. A jednocześnie widzimy, jak mało miało to z bajką wspólnego. Janda opowiada o ciężkiej codziennej pracy i bardzo przyziemnych problemach, które musiała pokonać matka ośmiorga dzieci, wychowująca je w rzeczywistości PRL-u, kompletnie obojętnej na jej los. Ale też o wewnętrznym świecie kobiety, marzącej o stworzeniu szczęśliwej rodziny u boku mężczyzny, którego kocha, zawiedzionej przez partnera, który w pewnym momencie życia psychicznie ją opuszcza. Porywa go Polska: strajk, Solidarność, polityka, a w końcu – kiedy już osiągnie wszystko, co było do zdobycia – rozległe możliwości Internetu.

Sierpniowy strajk, ze względu na dokonujące się zmiany, bohaterka wspomina więc jako najpiękniejszy okres w życiu, ale jednocześnie jako czas małżeńskiego kryzysu, kiedy Wałęsa odchodzi do świata wielkich spraw, a ona czuje, że została sama i tak już będzie zawsze. Z kolei odebranie Nagrody Nobla w Oslo, w imieniu męża, który obawia się, że władze pozwolą mu wyjechać, ale nie wpuszczą z powrotem do kraju, jest momentem, kiedy zdaje sobie sprawę, że potrafi być wobec niego niezależna. Niezależna i samorządna jak związek, którym on kieruje.

Nawet wiara jej męża, która po sierpniowym strajku intensyfikuje się i staje dla niego oparciem, nie powoduje jego powrotu do rodziny. Jest siłą, na której buduje on pomyślność „Solidarności” i swoją własną. Pociechą dla jego żony stają się wtedy inni ludzie, przede wszystkim jednak Jan Paweł II, dający wyraźne znaki, że rozumie jej los. Papież, podczas jednej z wizyt dostrzegający jej nowy kapelusz i fakt, że jest jej w nim bardzo ładnie, wypełnia tak naprawdę powinności jej męża, pochłoniętego ważniejszymi sprawami.

Na czym polega model funkcjonowania, w który wpisuje się Lech Wałęsa i wielu polskich mężczyzn w tym czasie, a któremu delikatnie, żeby nie urazić przewodniczącego, przeciwstawia się papież i żona założyciela „Solidarności”? Na prymacie mężczyzny, który zarabia na dom i rodzinę, ale jego uwaga skierowana jest na zewnątrz. I na podległości kobiety, zajmującej się tym, co w środku: setką domowych czynności i wychowaniem dzieci, a nierzadko, gdy jest ich mniej niż w rodzinie Wałęsów, podejmującej pracą zarobkową.

Model ten, zwany patriarchalnym, ma więcej wspólnego z twardym podziałem na męskie i żeńskie, uświęconym tradycyjną religijnością, z przekazywanymi od pokoleń nawykami, wreszcie ze specyfiką naszej historii niż z nowoczesnym chrześcijaństwem. W Polsce ma swoją heroiczną odmianę. Wedle zapisanego w narodowej podświadomości kodu mężczyzna opuszczający dom, żeby działać dla sprawy polskiej, dostaje rozgrzeszenie wszystkich, także samych kobiet. On na Syberii, w powstaniach i podziemnych organizacjach, na tajnych zebraniach, a ona przy kuchni, doglądająca gospodarstwa i dzieci, a w chwilach wolnych pielgnująca rannych, przyjmująca spiskowych czy drukująca ulotki, jak Wałęsowa, trzymająca wałek drukarski w lodówce. Samowystarczalna i potrafiąca poradzić sobie bez niego, jeśli trzeba. Ta tradycja – piękna i patriotyczna – pod ręką zwłaszcza w momentach zagrożenia, często się wyradza w spokojniejszych czasach, stwarzając polskiemu mężczyźnie alibi, jakiego inni nie mają. Ucząc go pobłażliwości dla tego, co przyziemne, codzienne i domowe, właściwe kobietom, pozostającym w cieniu, ale na posterunku. Otwierając furtkę dla lenistwa, braku empatii i zwykłego egoizmu, tłumaczonych wyższą koniecznością i właściwościami męskiej natury.

Wałęsowie idealnie wpisują się w ten model, niestety także w jego wypaczenia. Może zresztą, między innymi z ich powodu, polityczna kariera Wałęsy w nowych czasach blednie. Do Belwederu wprowadza się sam i zamiast szczycić się swoją rodziną – odwiedza ją co weekend w Gdańsku. Jest to konsekwencja podziału na prywatne i publiczne, jakiego dokonał dziesięć lat wcześniej, ale i braku świadomości, że pozbawia się największego atutu. Jego następca przeciwnie – chwali się żoną i córką, forsując zresztą bardzo skutecznie inny model obyczajowości. Atutem, którego pozbawił się Wałęsa, jest możliwość przeżywania losu razem z partnerką, na równych z nią prawach, wychodząc naprzeciw kobiecej potrzebie uczuć i dzielenia się doświadczeniami, mniej istotnej dla mężczyzn przede wszystkim poznających i zdobywających świat. Zdominowana lub zlekceważona kobieta nigdy się tą partnerką nie stanie, a z czasem zbuduje własne królestwo, w którym mężczyzna pewnego dnia może poczuć się gościem, a nie gospodarzem.

W epoce gwałtownej emancypacji kobiet i urlopów tacierzyńskich w teatrze Polonia możemy skonfrontować się z niedawną przeszłością i z ceną, jaką zapłaciły za nią kobiety. Publiczność zostaje tu zaproszona na wspomnienia i przyjęcie zarazem, do kuchni, w której lepiej opowiada się własny los. Obraz Jandy w fartuchu przygotowującej szarlotkę, przysiadającej na krześle, kiedy wspomina Papieża, chowającej w dłoniach twarz, kiedy przeżywa załamania bohaterki, a przy tym wszystkim kobiecej w każdym calu, to zamknięty w gestach, odruchach i słowach obraz naszych matek, ciotek i babć. Trwających jak opoka podczas dziejowych burz i naporów, chroniących życie, zachowujących trzeźwość i zdrowy rozsądek, broniących swoich mężów, choć dobrze znających ich słabe strony i cenę kompromisu, jakiego wymaga utrzymanie rodziny, ale w nowej epoce coraz częściej budujących własne imperium. Obraz świata, który nieuchronnie odchodzi.

„Ostatnia taka szarlotka”
Kalina Zalewska
mat. własny
18-12-2012
_____________________________

Danuta W.

Idźcie do teatru żeby zobaczyć spektakl, jakich już się nie robi. Idźcie, a zobaczycie aktorstwo jakiego już nie ma. Chciałabym powiedzieć Wam coś mądrego, ale naprawdę nie wiem co. Janda mnie totalnie rozwaliła. Kasuję wszystko, co napiszę, bo wydaje mi się, że w żaden sposób nie potrafię nazwać tego, co zrobiła Janda na scenie. Okay, spróbuję.

Była totalnie przeźroczysta. To było, co mi przyszło do głowy kiedy na nią patrzyłam na scenie. Jej tam nie było. Krystyna Janda nie grała Danuty Wałęsy.

To Danuta Wałęsa była Krystyną Jandą. Danuta Wałęsa mówiła głosem Jandy.

Patrzyłam na scenę i nie widziałam aktorki. Widziałam za to wszystkie te osoby, których ona opowiadała. Widziałam sytuacje, słyszałam rozmowy.

Janda mówiła tekst używając minimalnych środków aktorskich.

Był tekst.
I była aktorka, która nie chciała się popisywać.

Gdzieś tam w tle był jakiś jabłecznik i jakieś wizualizaje. Jestem pewna, że Janda poradziłaby sobie bez tego, nawet mówiąc cały tekst, który był w książce. Specjalnie piszę mówiąc, a nie grając. Słowo „gra” wydaje mi się teraz za bardzo na wyrost. Mam wrażenie, że w tym kontekście byłoby nacechowane negatywnie. Świadczyło o jakimś udawaniu. A to, co staram się zrobić, to podkreślić, że tak czystego aktorstwa nie widziałam od dawna. To się powinno nagrać i codziennie rano włączać studentom wydziałów aktorskich. Żeby widzieli ile można powiedzieć widzowi samym słowem. Co można z nim zrobić. Na ile milionów sposobów można coś przekazać. Janda potrafi słowem oddać tyle emocji, ilu ja nawet nie potrafię nazwać.

To jest zwyczajnie tak niesamowite, że pierwszy raz w życiu patrzę na klawiaturę i nie umiem napisać tego, o czym myślę.

Idźcie na Dantuę W.

Genialna Janda w Danucie W.

__________________________________

Matka Polka Wałęsowa?

„Danuta W.” w reż. Janusza Zaorskiego z Teatru Polonia w Warszawie na XXIV Gliwickich Spotkań Teatralnych. Pisze Alicja Siwik w Portalu Katowickim

Gdy brałam do ręki książkę „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy spodziewałam się, że po przeczytaniu kilku stron odłożę ją z powrotem na półkę. Nie wierzyłam, że Danuta Wałęsa może mieć coś ciekawego do powiedzenia. Jakże się pomyliłam! Wspomnienia byłej prezydentowej wciągnęły mnie niemal natychmiast i choć samej książce można kilka rzeczy zarzucić myślę, a przynajmniej mam taką nadzieję, że Danuta Wałęsa świadomie wybrała taką właśnie formę pokazania światu swojego prawdziwego „ja”.

 

Z wielkim entuzjazmem przyjęłam więc wiadomość, że Krystyna Janda chce przenieść wspomnienia byłej pierwszej damy na scenę teatralną. Może okażę się człowiekiem małej wiary, ale znów miałam wątpliwości, jak to miałoby wyglądać. Krystyna Janda zaadaptowała tekst, zaprojektowała (o ile tak można powiedzieć) scenografię oraz zagrała główną rolę. Całość wyreżyserował Janusz Zaorski. Aktorka wycisnęła z opowieści Danuty Wałęsy to, co najważniejsze. Pominęła zajmujące dużą część wspomnień opowieści na temat duchownych, których spotkała na swojej drodze życiowej. Zrezygnowała z dywagacji na temat opozycjonistów i przyjaciół Lecha Wałęsy. Skupiła się tylko i wyłącznie na życiu, uczuciach i przemyśleniach Danuty Wałęsy ukazując kulisy wspaniałej kobiecej historii dziejącej się na marginesie przełomowych wydarzeń, w których główną rolę grał jej mąż Lech Wałęsa.

 

Ta mała, a zarazem wielka historia, to opowieść o życiu Danuty Wałęsy. Życiu w cieniu swojego męża, życiu w cieniu wielkiej polityki i historii, życiu w samotności. Życiu, któremu jedyny sens nadawały narodziny kolejnych dzieci i kolejne przełomowe lata polskiej historii: rok 1970, 1980, 1981, 1989 itd.

 

Krystyna Janda, jako Danuta W. snuje swoją opowieść przy kuchennym stole, przygotowując szarlotkę, ulubione ciasto swoich dzieci. Została przy tym stole sama, dzieci dawno odeszły w świat, a mąż zafascynowany komputerem i nowymi technologiami zapewne siedzi gdzieś w pokoju i słucha Radia Maryja (by jak mówi „Lepiej poznać swojego wroga”). Danuta opowiada zatem o wyjeździe z rodzinnej wsi, pracy w kwiaciarni, w której poznała Lecha Wałęsę, ślubie (z którego niewiele właściwie pamięta), narodzinach kolejnych dzieci, przeprowadzkach, rewizjach, aresztowaniach, nagrodzie Nobla i wielu, wielu innych hostoriach. Najważniejsze nie są jednak kolejne fakty z życia jej i męża a to, że wreszcie sama się do nich ustosunkowuje. To wreszcie ona – Danuta W. – zabiera głos i opowiada swoją historię, opowiadając zarazem historię wielu Polek, które wspierały mężów w czasach PRL-u ograniczając własne życie do gotowania obiadów, sprzątania i opieki nad dziećmi, by w tym czasie ich mężowie mogli zająć się „tworzeniem historii”. Z opowieści byłej prezydentowej wyłania się dość smutny obraz kobiety, której zdania mąż nigdy nie brał pod uwagę, a bez której jego życie być może wyglądałoby inaczej (to dzięki niej miał pewność, że cokolwiek będzie się działo, to istnieje miejsce, w którym ktoś na niego czeka, czuwa nad jego dziećmi – miejsce do którego zawsze może wrócić). Wyłania się obraz kobiety, która traktowana była przez wielu jedynie jako „żona swojego męża”. Tymczasem okazuje się „żona swego męża” ma własne zdanie, swoją historię do opowiedzenia, swoje zasługi – to, czego mąż nigdy nie doceniał. Danuta W. wychodzi teraz z cienia i opowiada światu, jakie naprawdę było jej życie.

 

Realizacja i inscenizacja wspomnień Danuty Wałęsy, na którą zdecydowała się Krystyna Janda, właściwie wyczerpuje możliwe interpretacje „Marzeń i tajemnic” – chyba, że ktoś z twórców teatralnych zdecydowałby się na inne odczytanie biografii byłej pierwszej damy. Wówczas miałby jeszcze przynajmniej dwie możliwości interpretacji. W uproszczeniu: po pierwsze odczytanie skrajnie „feministyczne”, według którego Danuta Wałęsa przerywa milczenie i wyrasta na kobietę buntującą się przeciwko swojemu mężowi. I po drugie – skrajnie nazwijmy to podejściem „katolickim” – prezydentowa wyrasta na Matkę Polkę wiernie stojącą obok swojego męża, przez całe życie wspiera go rezygnując zarazem z własnych marzeń. Każde z tych odczytań byłoby jednak nadużyciem. Danuta Wałęsa, zarówno ta prawdziwa jak i ta w interpretacji Krystyny Jandy, stoi gdzieś pośrodku, nie przyświeca jej żadna konkretna idea. Może poza tą tylko, że… chce opowiedzieć swoje życie. Bohaterka jest Matką Polką Wałęsową. Tak jak jej mąż, mający w sobie coś z demokraty i z dyktatora, łączy w sobie bycie „Matką Polką”, żoną oraz – samą sobą.

 

Spektakl wyreżyserowany przez Janusza Zaorskiego wpisuje się w tendencję modnego ostatnio „teatru środka”. „Danuta W.” to spektakl prosty, acz momentami wymagający (dla niektórych widzów dwie i pół godziny z jedną aktorką na scenie to nie lada wyzwanie). Ascetyczna scenografia (stół, krzesło i piekarnik, w tle projekcje rodzinnych zdjęć z archiwum Wałęsów oraz historii Polski), a w samym środku tego wszystkiego Krystyna Janda obierająca jabłka i piekąca szarlotkę sprawiają, że widz skupia się na opowieści, nie na obrazie.

 

„Danuta W.” Krystyny Jandy to spektakl dobry i choć od takiej formy jak monodram oczekuje się wcielenia (wtopienia) w postać, aktorka zdecydowała się zrelacjonować życie prezydentowej pozostając sobą, a nie grając Danutę Wałęsę. Decyzja ta na pewno sprawdziła się w przedstawieniu.

 

 

 

Teatr Polonia – „Danuta W.”; reżyseria: Janusz Zaorski; adaptacja, wykonanie i scenografia: Krystyna Janda; asystent scenografa: Małgorzata Domańska; światło: Andrzej Wolf; spektakl pokazany na scenie GTM przy Nowym Świecie w ramach XXIV Gliwickich Spotkań Teatralnych; 11.05.2013

 

Kobieta, jakiej nie znacie

Na czas spektaklu „Danuta W.” odizolowano pół klubu „Od Nowa”. Pojawiła się dodatkowa ochrona, a każdy z widzów – dla rozpoznania – dostał specjalną opaskę na rękę.

Gdy Krystyna Janda zaczynała ponaddwugodzinną opowieść, nikt nie spodziewał się, że ten czas minie tak szybko.

To ogromna sztuka, zwłaszcza w monodramie, w którym aktor pozostaje z widzami sam na scenie i musi skupiać na sobie ich uwagę. Krystyna Janda zrobiła to bez trudności już od pierwszych minut. Gdy stanęła samotnie przy kuchennym stole, na ekranach za jej plecami i po bokach wyświetlano archiwalne materiały. I tak przez cały spektakl, który rozpędził się, gdy historia dotarła do nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku.

„Danuta W.” to nie tylko opowieść o silnej kobiecie, która w pewnym momencie postanowiła zawalczyć o siebie. To również opowieść o najnowszej historii Polski, widzianej z perspektywy matki i żony, która – pomimo że była wciąż obok najważniejszych wydarzeń – musiała zajmować się domem. Musiała stać z boku, aby pozwolić realizować się swojemu mężowi Lechowi Wałęsie. Twierdzenie, że gdyby nie ona, jemu nie udałoby się zajść tak daleko, po obejrzeniu spektaklu wydaje się jak najbardziej trafne.

Janda przerwała swój monolog tylko raz – gdy wspominała o zabitych w kopalni „Wujek”. Na ekranach pojawiła się wówczas czarna plansza, a widzowie razem z nią oddali hołd poległym. Co ciekawe, w sztuce, która powstała na podstawie biografii Danuty Wałęsy, nie zrezygnowano z anegdot pokazujących zupełnie inne oblicze prezydenta RP niż te, które znamy. O tym, że słucha Radia Maryja, bo chce poznać język wroga, a także jak poproszony w domu przez żonę o rozmowę – chciał to załatwić przez… Skype’a.

– Zanim zdecydowałam się na biografię, zapytałam męża i dzieci, czy powinnam opisać wszystko tak jak było. Obiecali mnie wspierać. Po premierze dzieci robią to nadal. Mąż już nie – opowiadała Danuta Wałęsa na spotkaniu z widzami. – Moje życie to życie wielu polskich rodzin. Czuję się pionierką, która otworzyła dla świata kobietę. Jestem dumna, że opowiedziałam tę historię tak szczerze. I to tak bardzo, że czasem przy tej opowieści płakałam. Marzy mi się tłumaczenie książki na język angielski.

– Wzruszyłam się podczas czytania. To niezwykle szczery głos niedocenionej kobiety. W monodramie nie chciałam nikogo udawać. Postanowiłam opowiedzieć jej losy oraz historie naszego kraju od siebie – mówiła Krystyna Janda po spektaklu. – Do dziś, gdy gram ten monodram, przewijają mi się przed oczami sceny z mojego życia. Dlatego pozostawiłam wszystkie daty, aby każdy z widzów mógł odebrać tę sztukę w podobny jak ja sposób. Zagrałam ją już około 90 razy. Za każdym razem widownia po zakończeniu wstaje.

 

OKIEM  OBSERWATORA           

Teatr POLONIA – „Danuta W”

3 maja 2017 r.

 

„Nie tylko POLSKA! Nie tylko SOLIDARNOŚĆ! W tym mieszkaniu była też RODZINA!”

„Nie byłoby TEGO Lecha Wałęsy, gdyby nie TA Danuta Wałęsa!”

Te dwa cytaty, stwierdzenia stanowią esencję monodramu Krystyny Jandy – „Danuta W”, w reżyserii Janusza Zaorskiego, granego w Teatrze POLONIA.

Spektakl nie jest nowy, bo premierę miał ponad pięć lat temu, a grany był już 155 razy. I sądząc po reakcjach publiczności oglądającej go 3 maja 2017 r., może być wystawiany jeszcze długo, długo! I to nie dlatego, że w takim dniu, do Teatru zawitała jakaś szczególnie patriotycznie nastawiona publiczność! Nie! Po prosu fenomenalny tekst, zagrany [?] jest w sposób znakomity. To skąd wziął się ten znak zapytania w poprzednim zdaniu? Bo Krystyna Janda, przez całe dwie i pół godziny (z przerwą) przebywania na scenie, ani przez chwilę nie sprawia wrażenia, że GRA. Ona po prosu JEST tą osobą, która opowiada historię swojego życia. Swojego, czyli Danuty Wałęsy, żony byłego przywódcy Solidarności, Prezydenta RP i laureata Pokojowej Nagrody Nobla.

Rzadko zdarza się tak doskonałe połączenie dwóch równie znakomitych elementów, jak w tym przypadku, czyli tekstu sztuki (którego współautorką jest Danuta Wałęsa) i jego przekazu  (w wykonaniu Krystyny Jandy).

W przypadku Jandy, całe jej mistrzostwo polega na naturalności. Ot, „kobieta po przejściach”, piekąca smakowitą szarlotkę, prowadzi głośno monolog, w którym opowiada o swoim życiu. A mimo tego, iż było ono fascynujące, burzliwe, obfitujące w różne, czasami dramatyczne i wręcz nieprawdopodobne momenty, opowiadając o nim nie egzaltuje się, nie denerwuje, nie rozpamiętuje niepowodzeń i nie obarcza winą za nie innych. Nie! Ta relacja z życia, pełna jest życzliwości do świata i spotykanych w nim osób, ze szczególnym uwzględnieniem swojego męża. To jest paradoks. Bo mniej więcej od połowy monologu widz zaczyna otrzymywać coraz więcej informacji, dalece odbiegających od znanego wszystkim, pomnikowego wizerunku małżonka. Jeden aspekt jest wielokrotnie podkreślany przez autorkę i aktorkę z całą mocą. Oddzielenie postawy i działań Lecha Wałęsy tzw. publicznych, politycznych, tych ogólnie znanych i docenianych na całym świecie, od tych ukazujących go prywatnie, a ściślej rodzinnie.

Słuchając tego wykładu z historii najnowszej, widzianej oczami bezpośredniego świadka, ale z innej perspektywy, niż ta oficjalna, widz coraz mniej się dziwi, że gdy miała zostać wydana książka, pod tym samym tytułem, co napisany na jej podstawie scenariusz sztuki, jej bohater różnymi sposobami starał się zablokować jej ukazanie, a później przez długi czas publicznie manifestował inne zdanie. Dopiero po długim czasie wyksztusił ze siebie, że żona ma prawo mieć swoja wersję wydarzeń i ją przedstawić, chociaż oczywiście prawdziwa jest tylko ta, którą opowiada on, czyli Lech Wałęsa.

Spektakl spełnia właściwie wszelkie wymogi dokumentu historycznego i jako taki powinien  być zakwalifikowany i rozpowszechniany. Dopiero gdy oficjalna wersja historii uzupełniona zostaje o takie dokumenty jak książka  i scenariusz autorstwa Danuty Wałęsy (w dodatku w wykonaniu Krystyny Jandy), odbiorca / czytelnik / widz / uczeń / student itd., otrzymuje obraz zbliżony do prawdy obiektywnej, rzeczywistej. I paradoksalnie, jej główni bohaterowie, czyli Danuta i Lech Wałęsowie zyskują w oczach odbiorców. On odbrązowiony z pomnikowego spiżu. Ona wyzwolona i odklejona od etykiety potulnej „kury domowej” –  [to też wielokrotny cytat ze sztuki!].

Spektakl jest grany rzadko, ale obecność na nim jest obowiązkowa.

TEKST: KRZYSZTOF  STOPCZYK

 http://kulturalnie.waw.pl/artykuly/2488/okiem–obserwatora-teatr-polonia-–-danuta-w.html

 ———————————————————————————————————————

Krystyna Janda na festiwalu Co Jest Grane 24. To spektakl, który trzeba zobaczyć!

 dow | 01-06-2017

Na zakończenie festiwalu Co Jest Grane 24 w niedzielę, 11 czerwca o godz. 22.30 ze spektaklem „Danuta W.” wystąpi Krystyna Janda.

– Ten spektakl i ta rola z legendarnym przywódcą „Solidarności” i prezydentem Polski w tle to jedno z największych moich wyzwań życiowych, nie tylko zawodowych, lecz także ludzkich i obywatelskich – mówiła Krystyna Janda przed premierą w październiku 2012 r. w Teatrze Polonia w Warszawie.

Krystyna Janda przyzwyczaiła nas do brawurowo zagranych monodramów, tych komediowych – jak „Shirley Valentine”, i tych drapieżnych, ostrych, dotkliwych – jak „Ucho, gardło, nóż”. Tu poprzeczkę podniosła jeszcze wyżej.

Aktorka (i autorka adaptacji) zdecydowała się przenieść do teatru bestsellerową książkę Danuty Wałęsowej „Marzenia i tajemnice” (reżyserem spektaklu jest Janusz Zaorski) i znalazła na to sposób. Nie gra, nie wciela się w postać, nie stara się upodobnić do żony Lecha Wałęsy, tylko relacjonuje. A opowiadając o bolesnych kartach naszej historii, piecze na scenie szarlotkę według przepisu Danuty W.

Krystyna Janda w „Danucie W.” – co pisali recenzenci 

„Janda stoi za kuchennym blatem, cierpliwie obiera jabłka. Odsłaniając kolejne rozdziały przeszłości żony pierwszego przywódcy Solidarności , dociera do jądra ciemności życia w PRL i patriarchalnej rodzinie. Forma monodramu jest idealna, bo tylko ona może pokazać, że miłość do Lecha, człowieka skrytego, wiązała się z samotnością. W spektaklu pada wiele mocnych słów, które mogłyby wypowiedzieć polskie matki, żony, córki.” (Jacek Cieślak, Rzeczpospolita)

„Od samego początku Krystyna Janda zaskakuje tym, że nie gra. Nie udaje dziewczyny ze wsi, która zakończyła edukację na podstawówce. Nie wciela się w matkę ośmiorga dzieci, której rytm życia wyznaczały kolejne ciąże i porody. Jest sobą: warszawską aktorką, właścicielką modnego teatru, gwiazdą. Manifestuje to, chodząc po scenie w szpilkach. Jej bohaterka nigdy nie założyłaby szpilek do kuchni. W szpilkach trudno stać przez kilka godzin za garami, przewijać małe dzieci, odprowadzać do szkoły starsze, dźwigać siaty z zakupami. Ale my nie jesteśmy w kuchni w bloku na gdańskiej Zaspie, ale w Teatrze Polonia w Warszawie. Tutaj szpilki są na miejscu, podobnie jak designerski stół ze szkła i szklany piekarnik.Paradoksalnie ten efekt obcości

sprawdza się w przedstawieniu doskonale. Janda zamiast grać Danutę Wałęsę – relacjonuje jej życie, nie przestając być sobą. Aktorski obiektywizm pozwala jej z całą ostrością, bez ckliwości,  wydobyć dramat Danuty W.” (Roman Pawłowski, Gazeta Wyborcza).

Przypominamy fragmenty rozmowy, która została przeprowadzona z Krystyną Jandą przed premierą „Danuty W.” w 2012 roku.

Dorota Wyżyńska: Podobno pierwsze robocze próby „Danuty W.” odbyły się na plaży w Toskanii. Znajomi słuchali z zainteresowaniem?

KRYSTYNA JANDA: Próby zaczęły się dużo wcześniej. A w Toskanii przeczytałam moim przyjaciołom ostateczną wersję adaptacji. Płynąc promem na Elbę zresztą. Czytałam dwie godziny, pierwszy akt podczas rejsu Piombino – Elba, drugi – z powrotem. Słuchaczami mimowolnymi byli także inni pasażerowie promu, ale tym się nie przejmowałam. Patrzyli i słuchali z zainteresowaniem, mimo że było to w tym dla nich dziwnym i obcym języku. Podczas pobytu na Elbie moi przyjaciele nie mówili o niczym innym i nie mogli się doczekać drugiego aktu. To był mój niewątpliwy sukces. Dość łatwy zresztą, bo towarzystwo jest wrażliwe, otwarte i głodne nowych przeżyć. Prawdziwe schody zaczną się teraz, podczas prób w teatrze.

„Zawsze byłam przynajmniej jeden krok za mężem” – podkreśla Danuta W. i jej wspomnienia to potwierdzają, a jednocześnie cytuje słowa znajomego, który powiedział kiedyś: „Nie byłoby takiego Wałęsy bez takiej Wałęsowej”.

– A pan Lech Wałęsa, kiedy to usłyszał, zainteresował się głównie tym, który znajomy to powiedział! Lubię ich oboje i to jest mój punkt wyjścia przy pracy nad tym spektaklem. To los i życie niezwykłe. Życie równoległe z naszym życiem. Możemy przejrzeć się w tej historii. Do teatru przenoszą się tylko te historie, które da się uogólnić, większe jakby niż życie, a ta jest właśnie taka. Dla mnie porażająca i wzruszająca, bliska mi i potrzebna. Mam nadzieję, że innym również.

Jak autorka wspomnień zareagowała na pomysł spektaklu? Długo ją pani namawiała? Miała jakieś konkretne prośby?

– To Wydawnictwo Literackie skontaktowało się ze mną, zapytując, czy nie pomyślałabym o spektaklu. Po tym liście aż krzyknęłam, byłam już po lekturze książki, ale na taką odwagę sama bym się chyba nie zdobyła. Potem długo trwały pertraktacje, co, kiedy i jak… no i zatwierdzanie mojej adaptacji. Na szczęście włączył się w rozmowy również reżyser planowanego spektaklu pan Janusz Zaorski, który zna panią Wałęsową, i było prościej. Gdy chodzi o osobiste sprawy, życie kogoś, kto jest wśród nas, życie osoby tak znanej i ważnej, z prezydentem i legendarnym przywódcą „Solidarności” w tle, trzeba być ostrożnym.

Trudno było przygotować adaptację?

– Trudno, bardzo trudno, powstało chyba pięć wersji. Pierwsza w czytaniu trwała ponad cztery godziny! Tej ostatniej jestem pewna i jestem zadowolona. Ma prostotę i siłę. Oczywiście żal wielu słów, zdań, refleksji, ale teatr ma swoje prawa.

Od Modrzejewskiej przez Marię Callas po Danutę Wałęsę. To kolejna postać historyczna, z którą się pani mierzy. Jak budować taką bohaterkę na scenie?

– Tym razem, mam wrażenie, nie chodzi o drobiazgi: o sposób chodzenia, mówienia, barwę głosu czy klimat osoby. Ale o prostotę, dumę, prawdę, szczerość, odwagę i człowieczeństwo. O Polskę także. Nie mam zamiaru na scenie udawać pani Danuty, studiować jej sposobu mówienia czy bycia, tu chodzi o coś więcej.

Monodramy to pani specjalność. Nie zapomnę widoku tłumu widzów, którzy jak zahipnotyzowani, pełni emocji oglądali „Białą bluzkę” na pikniku kulturalnym „Gazety Co Jest Grane” w Królikarni w zeszłym roku. Co aktorce daje takie spotkanie sam na sam z publicznością?

– Solówka. Czy mam tłumaczyć, co znaczy dla artysty? Tylko wirtuozi wiedzą, o czym mówię i do czego tęskni każdy „tygrys”. To władza nad opowiadaną historią, nad czasem, tematem, interpretacją, uczuciami. Czasem się to udaje. Ale złudna to przyjemność, jeśli temat i bohater nie są najważniejsi. Jeśli widać aktora zza granej postaci. Trzeba zapomnieć o sobie, pochylić się nisko i służyć tematowi, a wtedy nuty układają się same z należnym znaczeniem i siłą. W spektaklu „Danuta W.” nie będę sama. Będzie ze mną Ona, Lech Wałęsa, bo także o Nim jest ta opowieść, o życiu z Nim, u Jego boku. Będzie ze mną nasza historia i nasze wspomnienia. A ja muszę tylko zagrać – najprościej, jak umiem.

  • Festiwal Co Jest Grane 24, 10-11 CZERWCA odbędzie się na terenie wokół CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie. „Danuta W” zostanie pokazana w niedzielę o godz. 22 30. na scenie Co Jest Grane 24.
  • W przedsprzedaży bilety jednodniowe kosztują 49 zł, a karnety 79 zł. W dniu imprezy odpowiednio 59 zł i 89 zł. Fani muzyki do 12. i powyżej 65. roku życia – wchodzą na festiwal za darmo

http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/1,510,7,21893992,151801,Krystyna-Janda-na-festiwalu-Co-Jest-Grane-24–To-s.html

————————————————- ————— ———————————————-

 TVP nie przedłużyło Jandzie licencji

 

Zamiast ujęć Gdańska sprzed kilku dekad – czarna plansza. Głośny spektakl Krystyny Jandy ,,Danuta W.” musiał po sześciu latach zmienić formę. Bo TVP nie przedłużyło licencji.

,,Danuta W.” to monodram według głośnej książki „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy. Spektakl miał premierę 11 października 2012 r. W Gdańsku (Teatr Wybrzeże), a dzień później – w Warszawie (Teatr Polonia). Do dziś wystawiono go 167 razy.

Na scenografię składa się prosty stół kuchenny, z misami, deskami do krojenia i słoikami mąki oraz piekarnik. Z minimalistyczną, scenografią kontrastują wyświetlane w tle filmy

– w większości archiwalne zdjęcia, ilustrujące słowa bohaterki o zimie stulecia, strajkach sierpniowych czy wizycie delegacji „Solidarności” u Jana Pawła II. To m.in. fragmenty filmów ,,Gdańsk z lotu ptaka” (czas trwania: 1 min), „Ulica w Gdańsku lata 7O.”, „Dziennikarze na Zaspie” (oba po 1 min 30 s).

Ale w piątek widzowie zamiast filmów zobaczyli czarną planszę i napis „W tym miejscu brak ujęć z archiwaliów Oddziału Gdańskiego TVP. TVP SA odmówiła przedłużenia licencji”. Dzień wcześniej Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury (prowadzi Teatr Polonia) skończyła się umowa licencyjna z Oddziałem TVP SA w Gdańsku.

A dokładnie – druga umowa, bo pierwsza obowiązywala w latach 2012-15.

Fundacja w grudniu rozpoczęła starania o przedłużenie licencji. Bez skutku. Po odwołaniu się od decyzji odmownej dostała od szefowej TVP Gdańsk Joanny Strzemiecznej-Rozen informację, że telewizja nie może przedłużyć umowy, bo „aktualnie udziela licencji jedynie

na trzy lata”.

Kolejna ,,Danuta W.” – 9 marca.

W ciągu roku wstępnie zaplanowanych jest osiem spektakli.

Nie udało nam się wczoraj uzyskać komentarza od TVP.

Małgorzata Muraszko, Gazeta Wyborcza, 05.02.2019. s.17

———————– ————— —————————— ————–

 

 

 

 

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.