01
Grudzień
2002
00:12

Co słychać na Kazimierzu

Rafał Andrusiewicz: Jak ocenia Pani swój ostatni pobyt w Krakowie?

Krystyna Janda: Moje odwiedziny miast, a raczej publiczności mieszkającej w wielu miastach Polski, mają swój stały, wymuszony specyfiką mojej pracy rytm i nie ma właściwie w programie tych odwiedzin miejsca na oddech i na prywatne, pozazawodowe elementy. Podróż, próba, spotkanie z dziennikarzem wysłanym przez patrona medialnego, dwa spektakle, powrót. Podczas ostatniego pobytu wykonałam wszystko sumiennie i najlepiej jak potrafiłam. Publiczność przywitała mnie serdecznie. Przy okazji „Małej Steinberg” zupełnie szczególnie zależy mi na porozumieniu z ludźmi, na owocnym spotkaniu, i tak się zdarzyło. Poza wszystkim ten spektakl krakowski był połączony z jubileuszem, uroczystością fundacji działającej na rzecz dzieci dotkniętych autyzmem. To zawsze trochę inaczej organizuje wszystko. Bardzo się cieszę, że mogłam w Krakowe pokazać tym razem właśnie tę rolę.

RA: Czy Pani ostatni spektakl „Mała Steinberg” spotyka się ze zrozumieniem i przychylnym przyjęciem u publiczności?

KJ: Tak, zawsze i wszędzie. Zrobiłam wszystko jako aktorka, aby ten wieczór był atrakcyjny, interesujący, a publiczność zadowolona. Przy okazji tak trudnego tematu te obowiązki ciążące na artyście są jakby specjalnie ważne. Moim wielkim sprzymierzeńcem jest autor tekstu Lee Hall i sam tekst, który jest po prostu nadzwyczajny. Nie stereotypowy, ale zaskakujący, wzruszający, mądry, zabawny, pozwalający na zbudowanie naprawdę zabawnej i przejmującej bohaterki. Z tekstem tym, ludziom i mnie jest naprawdę dobrze, ma on wielką siłę i nieprawdopodobny ładunek optymizmu. To jest potrzebne każdemu i wdzięczność za ten wieczór słyszę podczas braw. Zresztą po każdym spotkaniu warszawskim jest jego druga część – spotkanie z publicznością w obecności a raczej z udziałem terapeuty ze szpitala dla dzieci autystycznych. Ludzie pytają, są przejęci, chcą pomóc, są nadzwyczajni.

RA: Spektakl porusza problem autyzmu u dzieci. Czy liczy Pani na to, że zmieni w jakikolwiek sposób myślenie ludzi o tej chorobie?

KJ: Przede wszystkim opowie o problemie i poszerzy wszelkie informacje na temat problemu i systemu pomocy. To bardzo ważne. Do niedawna, a i teraz często, autyzm nie był rozpoznawany przez lekarzy pierwszego kontaktu, dzieci krzywdzone zaniedbaniem lub odosobnieniem, cierpiały bez pomocy. Wciąż zdarza się to bardzo często. Choćby wielokrotne pojawianie się słowa autyzm przy okazji eksploatacji tego spektaklu jest nie do pogardzenia „popularyzacją” problemu.

RA: Czy uważa Pani, że sztuka ma obowiązek mówienia ludziom o trudnych społecznych sprawach? Wydaje się, że w ostatnim czasie sztuka zajmuje się raczej sama sobą…

KJ: Nie, nie ma obowiązku, ale może tak być i to ma wielkie znaczenie. Dla mnie jest to ważne, okazuje się, że potrzebne. Zrobiłam ten spektakl jakby z osobistej potrzeby także.

RA: Jaki jest Pani stosunek do sztuki awangardowej, offowej?

KJ: Pozytywny! Cóż to za pytanie! Oczywiście. Bez takich prób stalibyśmy wszyscy w miejscu, nie mielibyśmy odwagi, my, teatr mieszczański, teatr „środka”, na wiele nowych rzeczy.

RA: Czy oglądała Pani jakiś film nakręcony cyfrową kamerą zrobiony przez grupę znajomych?

KJ: Nie.

RA: Czy ogląda Pani przedstawienia Lupy, Jarzyny, Warlikowskiego?

KJ: Tak, nie widziałam jednak wszystkiego. Sama stoję na scenie naprawdę co wieczór. A dodatkowo mam wciąż małe dzieci, obowiązki domowe, rodzinne i wiele obowiązków z innych dziedzin twórczości, co w środowisku nie jest częstym modelem życia ani też popularnym.

RA: Jest Pani niekwestionowaną gwiazdą filmu i teatru, autorytetem dla wielu ludzi. Czy to nakłada na Panią jakieś szczególne obowiązki?

KJ: Tak. Jakość.

RA: Dlaczego w ostatnim czasie unika Pani oficjalnych uroczystości, premier, programów telewizyjnych… ?

KJ: To wybór, pewnego modelu bycia osobą publiczną, uniezależnienia się od manipulacji mediów. No i ja nie mam naprawdę wolnego wieczoru. Prawie nigdy, więc jak go mam, bardzo go sobie cenię, smakuję, nie stać mnie na hojność w tym względzie, a już na pewno nie na to, żeby go tracić w ten sposób.

RA: Istnieje potoczne przekonanie o braku współczesnych autorytetów. Kto jest autorytetem dla Krystyny Jandy?

KJ: Nie mam jednego autorytetu. Gdyby mnie pan zapytał, z kim chcę spędzić wieczór, odpowiedziałabym, że np. między innymi z panem Leszkiem Kołakowskim lub Tadeuszem Mazowieckim.

RA: Wydaje się, że ruch feministyczny Panią nie interesuje, czy to prawda, czy wzięłaby Pani udział w jakiejś akcji zorganizowanej przez polskie feministki?

KJ: Podpisałam list w sprawie złagodzenia ustawy antyaborcyjnej.

RA: Każdy z nas ma jakieś swoje małe, drobne, czasami wstydliwe przyjemności, czy mogłaby Pani opowiedzieć o swoich?

KJ: Lubię myśleć i czytać.

RA: Kiedy Pani przeprowadzi się do Krakowa?

KJ: Na pewno nigdy. Raczej wybierałabym Wrocław, z którym jest związany mój mąż. Gdybym miała wybierać, przeniosłabym się do Rzymu na kilka miesięcy w roku. A poza tym ja kocham Warszawę. To moje miasto. Moja publiczność. Moje tempo. Mój zapach, rytm, nienawiść. Warszawa jest jak wściekłe zwierzę. Podnosi adrenalinę. Ja to lubię. W Krakowie jest miło.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.