25
Luty
2004
23:02

Bocian

Jadłam niedawno kolację z pewnym niemieckim producentem filmowym, będącym po raz pierwszy w Polsce. Był niesłychanie zaintrygowany reklamą kleju, to znaczy plastikowymi hiperrealistycznymi bocianami z plastiku, uwięzionymi w gniazdach na terenie całego naszego kraju. Opowiedziałam mu wtedy historię prawdziwego bociana, która się podobno zdarzyła zeszłego roku. Bocian ów, przyfrunął wiosną z Egiptu, założyć rodzinę w Polsce i śmiertelnie zakochał się w jednej z tych plastikowych przyklejonych piękności. Cierpiał, zalecał się, marnował czas, nic nie rozumiejąc. Zatracił się zupełnie, stracił widoki na potomstwo i do tego stopnia popadł w depresję, że oszalał i trzeba go było leczyć. Niestety nie znałam jego dalszych losów. Producent wzruszył się, zasmucił i chciał od razu robić z tego film, ale mu wytłumaczyłam, że film z tego byłby nudny, bo tak naprawdę nie rozumiemy bocianów, i nikogo takie sentymentalne kawałki nie obchodzą, i wtedy on opowiedział mi taką historię.

Kupił kilka lat temu, na terenach byłego NRD, wielkie gospodarstwo rolne, przeprowadził się tam z rodziną, żoną, dwojgiem dzieci w wieku szkolnym, i postanowili żyć blisko natury. (Chęć coraz częściej spotykana wśród moich niemieckich przyjaciół, głównie producentów i głównie tych, którym „dobrze idzie”, tym mniej szczęśliwym w interesach jakoś rzadziej przychodzi to do głowy.) Decyzję o kupnie tego właśnie a nie innego domu przyspieszył fakt, że na dachu zabudowań gospodarskich pyszniło się cudowne bocianie gniazdo, w czym upatrywali zapowiedź swojego szczęścia. Remontowali więc dom, zakładali ogród i sad, przyjaźniąc się na odległość z bocianią rodziną. Roku tego były tak obfite deszcze, że i remont i prace ogrodnicze szły jak po grudzie, a dodatkowo w przedziwny sposób utopiły się w gnieździe dwa ledwo narodzone bocianiątka.

Następnego roku po mroźnej zimie, podczas której mój producent rzadko bywał w domu, z powodu pracy, a żona (wybitny scenograf) wiodła życie samotnej gospodyni domowej z dwojgiem dzieci, znów przyszła wiosna i znów przyleciały, witane krzykami radości, bociany. Tuż po urodzeniu się nowych bocianiątek jedno z nich zostało brutalnie wyrzucone przez rodziców z gniazda. Nie wiadomo dlaczego. Czy dlatego, że było słabsze od dwojga rodzeństwa, czy dlatego że było ich za dużo do wykarmienia? Nie wiadomo. W każdym razie wszystkie próby włożenia go z powrotem do gniazda kończyły się tym samym. Albo ponownym wyrzuceniem albo matka chciała go w okrutny sposób zabić. Ledwo go ocalono, i rodzina mojego producenta musiała go przygarnąć.

Podglądając rodzinę bocianią z dachu, wyłazili ze skóry, żeby ich biedny, sierotka, miał tak samo jak bracia, a nawet lepiej. Dzieci producenta całymi dniami łapały tłuste żaby, żona producenta siekała je na małe kawałki, zasłaniając oczy, producent zwoził od okolicznych rybaków najsmaczniejsze świeże rybki a jego samochód od tego tak śmierdział, że wstyd było potem zaprosić doń aktora czy reżysera. Zbudowali Martinowi, bo tak go nazwali, piękniejsze gniazdo, niż mieli ci na górze, umieścili je na wysokości metra, na specjalnym podwyższeniu, wszystko, żeby był szczęśliwy.

Bocian rósł, mężniał, piękniał, na matkę i ojca, na górze, nie zwracał uwagi, a za rodziną producenta chodził dostojnie całymi dniami. Robili długie spacery po polach, zaczął sam szukać sobie pokarmu, nie było problemu, byli szczęśliwi. Aż do momentu, kiedy okazało się, że jego bracia z gniazda na górze, już umieją fruwać, a jemu w ogóle nie przychodziło to do głowy. Rodzina producenta zaczęła go więc uczyć. Najpierw biegali we czwórkę po łąkach, szybko jak najszybciej, myśląc, że on w odruchu, nie nadążając rozwinie skrzydła. Nic, stawał zdumiony, nie rozumiejąc dlaczego od niego uciekają. Żonie producenta robiło się go żal i wycofała się z lekcji. Producent z dziećmi zaczęli jeździć na rowerach. Nic. Stawał smutny i po chwili człapał samotnie w stronę domu. Po jakimś czasie jednak zaczął fruwać, bardzo się przy tym męcząc, nisko, na wysokości ich głów. Nie przychodziło mu zupełnie do głowy wzbić się wyżej. Odprowadzał w ten sposób dzieci do autobusu szkolnego, fruwał sobie wkoło domu i wszyscy musieli bardzo uważać wychodząc zza rogu domu, żeby się z nim nie zderzyć. Obserwował z ziemi inne ptaki szybujące wysoko, ale jemu to nic nie mówiło.

Producent zrozpaczony postanowił wnieść go na dach domu i stamtąd zepchnąć. Szamocząc się z przerażonym bocianem spadł, złamał nogę, a Martin spokojnie, po zepchnięciu, natychmiast poszybował do swojego, nisko stojącego gniazda.

Tak to trwało całe lato. Producent w gipsie. Żona zadowolona, że mąż w domu. Dzieci szczęśliwe bawiły się z Martinem. Nadeszła jesień. Towarzystwo bocianie z góry, szykowało się do odlotu, Martin patrzył na nich, zupełnie bez zainteresowania. Pewnego dnia bociany odleciały a ten, dalej spokojnie, przechadzał się po łąkach. Rodzina producenta zaczęła snuć plany zimowania z niekochanym przez swoich sierotą, aż nagle pewnego dnia zjawiła się na łąkach obca czapla. Martin spędził z nią cały dzień, w ogóle nie zaglądając do domu. Potem całe popołudnie rodzina obserwowała jak ich biedna sierota, po raz pierwszy w życiu, naśladując czaplę, szybuje pod niebem. Na radosne okrzyki i nawoływania nagle nie reagował, jakby się ich wstydził, a pod wieczór, nie oglądając się nawet i nie żegnając, odfrunął, na zawsze.

Jak to nigdy nie wiadomo, kto może ofiarować szczęście – kończył smutny producent. – Czekamy na niego już drugi rok. Gniazdo wynieśliśmy na dach. Tamci drudzy przylatują a on nigdy. Żona twierdzi, że to dlatego, że był odrzucony w dzieciństwie i został mu uraz. Nie możemy tam mieszkać, ja mam za dużo pracy, żona ciągle jest sama, poziom szkoły, do której chodzą dzieci jest niski. Powinniśmy się wyprowadzić, ale czekamy na Martina.

O tym nakręć film – powiedziałam. Spojrzał na mnie smutno. – Coś ty, to dopiero byłoby nudne, co to kogo obchodzi, drobiazgi, mazgajstwo i sentymenty…

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.