04
Czerwiec
2010
12:06

Biała bluzka - plakat Och-Teatr 2010

zobacz więcej zdjęć (72)

BIAŁA BLUZKA

Adaptacja tekstu i reżyseria Magda Umer
Premiera w Och-Teatrze 4 czerwca 2010

Wg opowiadania Agnieszki Osieckiej
W roli Elżbiety Krystyna Janda
Adaptacja i reżyseria Magda Umer
Opracowanie i kierownictwo muzyczne Janusz Bogacki
Producent wykonawczy Alicja Przerazińska
Zespół w składzie:
Janusz Bogacki – fortepian
Tomasz Bogacki – gitara
Paweł Pańta – kontrabas
Bogdan Kulik – perkusja
Światło Piotr Pawlik
Koncepcja scenograficzna Magda Umer
Realizacja scenografii Małgorzata Domańska
Montaż materiałów filmowych Zofia Halwic
Realizacja dźwięku – Mirosław Bestecki
Realizacja światła – Paweł Szymczyk
Realizacja wideo – Piotr Buźniak

PREMIERA: 4 CZERWCA 2010

Warszawa. Niespodziewany powrót „Białej bluzki”

Po raz pierwszy została „uszyta” w 1987 roku –

inna była nasza rzeczywistość, aktorka i publiczność.

Jak teraz będziemy odbierać to przedstawienie? Wszystko okaże się już 4 czerwca w Och-Teatrze

«23 lata temu spektakl był opowieścią o młodej kobiecie niemogącej sobie poradzić

ze sobą i z Polską lat stanu wojennego. Symboliczna biała bluzka była marzeniem i znakiem

przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, kartek na mięso,

zaświadczeń z miejsca pracy, dowodów, stempelków, godziny policyjnej i więźniów politycznych.

Agnieszka Osiecka, autorka tekstu, na podstawie którego powstała sztuka, mówiła o nim tak:

„Napisałam Białą bluzkę tuż po stanie wojennym. I nie przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego

sztukę teatralną. To było duże opowiadanie czy może raczej mała powieść, ujęta w formę listów.

Bohaterką była dziewczyna półchora psychicznie, półśmieszna, półzabawna, półtragiczna.

Uwikłana w nieszczęśliwą miłość i niedole stanu wojennego. Z jednej strony szalona pijaczka,

wariatka ze słońcem we włosach, a z drugiej znakomicie ułożona pedantka.

Wyobrażałam sobie, że taki temat może bardziej nadawać się do czytania niż na scenę.

Ale kiedy Białą bluzkę przeczytała Magda Umer, oznajmiła, że chętnie by to przeniosła

na scenę. Uważała, że należałoby włączyć tam kilka piosenek, i od początku była przekonana,

że powinna to zagrać Krystyna Janda. To, że Magda Umer chciała Białą bluz-kę przenieść

na scenę, sprawiło mi ogromną przyjemność. Miałam jednak wątpliwość, czy główną rolę

powinna zagrać Krysia Janda. Moją bohaterkę widziałam przecież jako osobę przegraną,

nieszczęśliwą, raczej brzydką, a Janda jest tego całkowitym zaprzeczeniem. Jest kobietą

piękną, wspaniałą i zawsze zwycięską. Kobietą sukcesu w najlepszym tego słowa znaczeniu.

O cudownych zębach, przepięknych nogach, wydawało mi się, że nikt z publiczności nie

uwierzy, że moja bohaterka w wykonaniu Jandy jest kobietą tak głęboko nieszczęśliwą.

Moja próżność była jednak tak pogłaskana, że się oczywiście z rozkoszą zgodziłam.

Potem obserwowałam, jak panie pracowały, i muszę przyznać, że nikomu tego nie życzę,

bo pracowały jak dwie krawcowe w furii. Moje drogie przyjaciółki wyszły od detalu i tkały

to przedstawienie szczegół po szczególe. Jak taka krawcowa, którą pamiętam z lat

dzieciństwa, która nie robiła rysunku, tylko wkładała materiał na człowieka i szyła

na nim rękaw po rękawie, falbankę po falbance”. Dziś powrót do tamtej opowieści

oznacza przedstawienie datowane znów w tamtych czasach. Przestawienie historyczne.

Ale bohaterka – dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie.

To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy Agnieszce Osieckiej

udało się nadzwyczajnie zapisać tamten czas w codziennych rozmowach i szczegółach,

hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony. W spektaklu pojawi s

ię część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej,

inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer, muzyką i aranżacjami

zajmie się na nowo Janusz Bogacki. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.»

„Niespodziewany powrót „Białej bluzki””

Dorota Szymborska
Metro nr 1842
28-05-2010

…………………………………

Krystyna Janda i Magda Umer wracają do „Białej bluzki” Agnieszki Osieckiej.

O legendzie tego spektaklu pisze krytyk teatralny Janusz Majcherek.

http://wyborcza.pl/1,94899,7949837,Kultowa__Biala_bluzka_.html#ixzz0pJ9Bc6Pi

 

Nowy głos „Białej bluzki”

Rozmawiał Remigiusz Grzela
2010-06-01

W piątek 4 czerwca w Och-teatrze premiera „Białej bluzki” Agnieszki Osieckiej w reżyserii Magdy Umer i w wykonaniu Krystyny Jandy. O przedstawieniu rozmawialiśmy podczas niedzielnego spotkania w Gazeta Café. Oto fragmenty rozmowy.

Remigiusz Grzela: Powrót do „Białej bluzki” Agnieszki Osieckiej wydawał się niemożliwy. Aż tu nagle 30 kwietnia pani Krystyna Janda napisała na swojej stronie internetowej: „Z rozpaczy postanowiłam wznowić, a raczej zrobić po latach na nowo Białą bluzkę”. Dlaczego z rozpaczy?

Krystyna Janda: Mieliśmy trudną wiosnę. Duża inwestycja z Och-teatrem pozbawiła fundację rezerw finansowych, kilka nieszczęśliwych wypadków złamania nóg, zerwane ścięgna, choroby i niespodziewane niemożności wśród aktorów, w jakimś zupełnie nieprawdopodobnym nagromadzeniu, do tego długa żałoba narodowa, podczas której musieliśmy odwołać 33 spektakle. Wszystko to wywołało kryzys. Do tego, a właściwie przede wszystkim, odwołanie prób do spektaklu „Trzy razy Kalina”, ponieważ jeden z aktorów wycofał się z udziału w tej produkcji, tłumacząc, że musi ratować własny teatr spowodowało, że musiałam działać szybko. Och-teatr zaczął próby „Zaświatów, czyli czy pies ma duszę” z aktorkami zaangażowanym już rok temu do „Kaliny”, w stosunku do których mieliśmy zobowiązania, a ja spojrzałam na Janusza Bogackiego, który także miał pracować w „Kalinie”, i uświadomiłam sobie, że to on robił aranżacje i grał lata temu w „Białej bluzce”. Wszyscy mieliśmy wolny czas z powodu odwołania „Kaliny”, zastanowiłam się tylko przez moment, gdzie jest Magda Umer, co robi Potem to już chwila i decyzja zapadła. Na nowo „Biała bluzka”, po latach. Magda była sceptyczna, ale już na drugiej próbie powiedziała: „Jak dobrze, że byłaś zmuszona do tej decyzji”.

Magda Umer: Byłam nie tyle sceptyczna, ile zaskoczona, a nawet przerażona, wiedząc, że to będzie intensywna praca, ponieważ każda praca z Krysią jest intensywna. Na szczęście obie się trochę postarzałyśmy i teraz pracuje nam się spokojniej, bez uszczerbku dla efektów. Obie jesteśmy zdumione, że się nie kłócimy i że porozumiewamy się w pół spojrzenia.

Krystyna Janda: Ten spektakl, te próby to dla nas na nowo wielkie spotkanie z Agnieszką. Przypominamy sobie wszystkie nasze wspólne momenty, tamte lata, tamtą premierę, granie Niewątpliwie dzisiaj jesteśmy dalej i rozumiemy więcej.

Magda Umer: Kiedy robiłyśmy „Białą bluzkę” w roku 1986, mimo że na przedstawienia przychodziła Agnieszka, mimo że już ją dobrze znałyśmy, nie miałyśmy pojęcia, do jakiego stopnia ten spektakl jest o niej. Teraz, z wiedzą o jej skomplikowanym, zwielokrotnionym i złożonym życiu, rozumiemy dużo więcej.

Agnieszka Osiecka powiedziała, że dużo jest w tej bohaterce z niej, ale różni je to, że Osiecka miała instynkt samozachowawczy…

Magda Umer: Nie powiedziałabym. Prowadziła siebie do zagłady. W naszym wywiadzie „Rozmowy o zmierzchu i świcie” opowiadała, że kiedyś w Bułgarii obserwowała człowieka, który się topił. Ludzie zorganizowali liny, wyciągnęli go, zrobili sztuczne oddychanie, uratowali mu życie. Mówiła: „Następnego dnia znowu widzę tego samego kretyna w tych samych falach”. A przecież mówiła to o sobie. Kiedy ktoś ją z czegoś ratował, mówiła: „Człowiek człowiekowi zgotował ten los”. Może jedna z Agnieszek miała instynkt samozachowawczy, ale ze cztery inne nie miały go w ogóle.

Agnieszka Osiecka powiedziała o „Białej bluzce”: „Obserwowałam próby, czego nikomu nie życzę, one się zachowywały jak dwie krawcowe w furii”.

Magda Umer: To prawda. Nam się wtedy wydawało, że jesteśmy już dorosłymi kobietami, nawet miałyśmy chyba jakieś dzieci, mieszkałyśmy z mężczyznami… Ja miałam lat 37, Krysia 34, byłyśmy naprawdę młode. Agnieszka nie przychodziła na wszystkie nasze próby, widziała kilka. Zakładała białą bluzkę i była tą Agnieszką o instynkcie samozachowawczym. W czasie prób nie bałyśmy się z Krysią śmieszności. Wychodziłyśmy od każdego ryzykownego pomysłu, żeby potem z niego rezygnować albo żeby właśnie zostawić.

Krystyna Janda: Zdumiewające było to, że Agnieszka patrzyła spokojnie, jak dwie takie jak my „osoby” poczynają sobie lekce z jej tekstem, i nie mówiła słowa. Tylko obserwowała, w jaki sposób, z jaką nonszalancją opowiadamy w jakimś sensie jej życie.

Magda Umer: Najpierw rozmawiałam z Agnieszką o adaptacji, potem próbowałam ją przekonać, że to powinna zagrać Krysia, a ona mówiła, że taka piękna, zdolna, wspaniała kobieta nie może zagrać wiarygodnie takiej osoby.

Była zaskoczona?
Magda Umer: Uważała, że ludzie nie uwierzą w tę bohaterkę, no ale ja wiedziałam, że uwierzą. W efekcie była szczęśliwa i zachwycona, gdyż – podobnie jak ja – uważała Krysię za największą naszą aktorkę.
Podobno ten tekst przeleżał u pani na parapecie dosyć długo.
Krystyna Janda: Myślę, że przeleżał na parapetach u wielu aktorek w Polsce, którym Agnieszka dała go do czytania. Po premierze „Białej bluzki” co chwila przychodziła jakaś aktorka i mówiła: „A u mnie to leżało ze dwa lata na parapecie”. (śmiech)

Co się stało, że sięgnęła pani po ten tekst?
Krystyna Janda: Był poranek, w telewizji się nie wstępowało, w teatrze było średnio, w ogóle było wśród aktorów średnio, pomyślałam: przeczytam w końcu ten tekst, który tak długo leży. Właściwie po pierwszych trzech stronach już zadzwoniłam do Magdy i powiedziałam: „Natychmiast ci to przywożę”. Właściwie wszystko stało się dlatego, że to było rano, a ja nie wiedziałam, gdzie pójść i co robić w tym specyficznym momencie historii, politycznej walki i zawodowego zawieszenia. Od razu poczułam, że Agnieszce udało się zapisać coś niezwykłego, coś, co dokładnie obrazuje stan ducha i umysłu wielu ludzi. To było wyznanie kogoś, kto po prostu nie umie żyć w takim kraju, sam nie ma ani ochoty, ani temperamentu, żeby się włączyć w tę historię aktywnie, nie radzi sobie ani w tamtej Polsce, ani z taką miłością. Poczułam w tym tekście ducha czasu, chwili no i najważniejsze, że bohaterka nie była bohaterska, a to było wtedy naprawdę oryginalne

Magda Umer: Agnieszka miała uczucie, że napisała najważniejsze dzieło swego życia. To była nowatorska forma zapisania chorych czasów widzianych przez chorą, a jednocześnie niebywale inteligentną, nadwrażliwą osobę, która w ogóle nie umiała znaleźć ratunku, bo cały czas miała pretensję do świata, że nie jest kochana, a do głowy jej nie przychodziło, że nie umie kochać. I to był tekst wyprzedzający epokę. Powiedz, Krysiu, czy przypuszczałaś, że takie będzie przyjęcie publiczności, bo ja myślałam, że zagramy z dziesięć przedstawień…

Krystyna Janda: Myślałam, że robimy ten spektakl dla przyjemności, z powodu wolnego czasu i ogólnej bryndzy. Nie przypuszczałam, że nabierze takiego znaczenia, przede wszystkim, że będzie tak akceptowany przez młodych ludzi wchodzących w życie, ludzi zwykłych, nie opozycjonistów, nie rewolucjonistów, ludzi, którzy nie chcieli się pogodzić z krajem, w jakim im przyszło żyć, z czasem, w jakim im przyszło żyć, i ograniczeniem wolności na elementarnym poziomie. Oni też nie chcieli załatwiać stempelków, kartek na mięso, pozwoleń, zezwoleń, przepustek… i mieć zezwolenia na zakup alkoholu tylko z powodu ślubu.

Magda Umer: Nie chcieli, żeby to było najważniejsze w ich życiu. Ale myślę, że postawa bohaterki tego tekstu, deklaracja Agnieszki, była wtedy bardzo odważna politycznie, bo to był czas, kiedy uważano, że albo ktoś jest po stronie czerwonej, albo po stronie opozycji. Tymczasem Elżbieta, bohaterka „Białej bluzki”, jest kimś osobnym, dzikim, kimś, kto nie umiał jednoznacznie się określić, na przykład bał się wejść do opozycji i jednocześnie umiał się do tego strachu przyznać. A naprawdę było tak, że trochę było ludzi czerwonych, trochę było opozycji, ale bardzo wielu zawieszonych w tym niepojętym czasie, którzy nie wiedzieli, co czeka ich następnego dnia. Słabi. Elżbieta stała się im przez to bliska. Moim największym sukcesem była wtedy walka z cenzurą o każde zdanie, nawet o słowo. Chodziłam tam z Agnieszką. Przychodził do nas cenzor, który na przykład nie chciał puścić listy podarków dla Józefa Stalina. Agnieszka powiedziała do mnie: „To zamień go na chińskiego cesarza, bo już naprawdę nie mogę patrzeć na tego cenzora”. Wtedy powiedziałam do cenzora, że tego kogoś, kto dostał podarki, nazwę Włodzimierzem Stalinem, bo Włodzimierz Stalin to postać fikcyjna. Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: „Dobrze, niech będzie Włodzimierz Stalin”.

O czym dzisiaj opowiada „Biała bluzka”?
Magda Umer : Drugim bohaterem obok naszej Elżbiety jest czas historyczny.

Istnieją młode, inteligentne, wrażliwe osoby, jak na przykład nasze dzieci, dla których czas stanu wojennego jest tak odległy jak bitwa pod Grunwaldem. Wybrałyśmy ciekawe materiały filmowe, które dostałyśmy od Mirka Chojeckiego z NOW-ej.

Jak zmieniła się bohaterka?
Magda Umer: Wiedząc już, do jakiego stopnia jest to przedstawienie o Agnieszce, w pewnym sensie niedojrzałej, w pewnych sprawach nieodpowiedzialnej, uznałyśmy, że wciąż są na świecie takie 60-letnie dziewczyny. Jedną z nich jest bohaterka tego opowiadania. Musiałam zmienić pewne piosenki, bo na przykład w naszej starej „Białej bluzce” Krysia wchodziła i śpiewała: „Komu urodzić mam weselne dzieci, kiedy przyjdzie czas”, a urodziła już, nawet zdały maturę, więc nie ma sensu tego śpiewać. Wybrałam dojrzalsze piosenki, inne, ze starego spektaklu wchodzą tylko niektóre. Mam nadzieję, że znalazłyśmy sposób na to, aby to nie było niewiarygodne.

Krystyna Janda: Historie są ciągle te same, tylko opowiadane z innej pozycji i trochę innym już głosem. Nie mam już tego jasnego, wysokiego, młodego głosu protestu bez zastanowienia. Dzisiaj „Biała bluzka” brzmi inaczej przez to, że czas zmienił wiele, a właściwie wszystko. Na szczęście.

Magda Umer: Kilka razy wykreśliłam przymiotnik „młody” albo „młoda”. Ale nasza bohaterka mimo tego, co już wie, wciąż jest młoda psychicznie. Agnieszka taka była ,a i Krysia jest chorobliwie młoda psychicznie.
Krystyna Janda: I wiemy dokładnie, o czym, o kim to jest, z niuansami. Po premierze Jacek Kuroń mówił: „Błagam was, mówcie, że to jest o mnie, tak mi na tym zależy”. (śmiech)
Magda Umer: Tak, dlatego że bohaterka kocha się w dysydencie.
Krystyna Janda: Teraz Jacek pojawia się na ekranie.
(pytanie z sali): Co myślą panie o „Zabawach poufnych” Osieckiej?

Magda Umer: Jestem ich wielbicielką, cudownie się je czyta. To jest poradnik, jak zdobyć mężczyznę i jak go przy sobie utrzymać, napisany przez kobietę, która nigdy nie była w stanie utrzymać przy sobie żadnego mężczyzny, a która zdobywała każdego. Agnieszka bywała często nieszczęśliwą i samotną kobietą. Dlatego tak dobrze rozumiała inne nieszczęśliwe kobiety. Potrafiła siedzieć przy stoliku w kawiarni i tak się zapatrzyć na jakąś parę cztery stoliki dalej, że już wyobrażała sobie, dlaczego ona płacze, dlaczego on krzyczy, o co chodzi w ich życiu; za dwie godziny była gotowa piosenka na temat tych nieznanych jej dwóch osób.

Agnieszka była dobrym człowiekiem i miała ogromną czułość dla ludzi i wielką wyrozumiałość. Sama siebie nazywała człowiekiem słabego charakteru, miała do siebie wiele pretensji jako do człowieka o kręgosłupie nie na tyle bohaterskim co działacze z opozycji, koledzy, za których piła wino. Rozumiała słabości innych ludzi. Chciała być zbiorową łzą i zbiorowym uśmiechem. Myślała, czy wyemigrować z Polski, jednak uznała, że tutaj jest jej miejsce nie tylko dlatego, że kocha język polski, ale także dlatego, że ten język był jej ojczyzną. Agnieszka była bez skrzydła nienawiści, o którym kiedyś pisała Wisława Szymborska. Robiła wszystko, żeby ludzi łączyć, a nie dzielić. To było podstawowe zadanie jej talentu.

Jak wyglądały ostatnie rozmowy z Agnieszką Osiecką?
Krystyna Janda: Widziałam Agnieszkę po raz ostatni na jej ostatnich urodzinach, Magda jeszcze kilkakrotnie przed śmiercią. Agnieszka zaprosiła nas do siebie, skład był taki sam jak co roku – Magda, Zuzia Łapicka, Magda Czapińska i ja. Agnieszka była w dobrej formie, przygotowała dla nas smakołyki, dokładnie to, co lubiłyśmy, ja sery z winogronami, pamiętała. Włożyła w przygotowania tego spotkania wiele wysiłku, Ona, która naprawdę nie była osobą stworzoną do robienia przyjęć. Nie wiedziałam, że się z nami żegna.
Magda Umer: Ja dostałam bezy.
Krystyna Janda: Nie wiedziałam, że Agnieszka umiera, przeczuwałyśmy tylko, że coś się dzieje.
Magda Umer: Ja wiedziałam.
Krystyna Janda: Uważała, że musimy być razem, bardzo jej na tym zależało.

Magda Umer: Obejrzałyśmy niektóre odcinki „Rozmów o zmierzchu i świcie”, bo je wtedy montowałam, chciałam zdążyć pokazać jej przed śmiercią, w razie czego do autoryzacji, bo jak same wiemy, czasem się mówi coś w wywiadzie, a potem się chce, żeby tego nie publikować.
Krystyna Janda: I strasznie się wszystkie śmiałyśmy.
Magda Umer: A kiedy oglądałyśmy odcinek nagrany nad morzem, w Sopocie, Agnieszka ze cztery razy powiedziała: „Boże, jak tam jest niebiesko”. A ja wiedziałam dokładnie, jaki jest jej stan. Potem widziałam się z nią jeszcze wiele razy, a także bez przerwy rozmawiałyśmy przez telefon. W ostatnich tygodniach życia nagrała na sekretarkę w telefonie piosenkę „Ach, panie, panowie” i sama ją zaśpiewała, po raz pierwszy w życiu słyszałam, jak śpiewa, i te słowa: „umierają co słabsi wśród ptaków” Dawała do zrozumienia, że odchodzi. Bardzo dzielnie umierała, bo nie chciała o tym w ogóle mówić.
Krystyna Janda: Potem dopiero zrozumiałam, że my z Magdą byłyśmy dla Agnieszki jej „Białą bluzką”.
Magda Umer: Nie znałyśmy tej innej Agnieszki, o której Hania Bakuła napisała książkę. Myślę, że bardzo mądry był tytuł książki Zofii Turowskiej o niej „Agnieszki”, tyle ich było. Gdyby ktoś miał robić film o Agnieszce, to powinien się zaczynać od sceny rozbitego lusterka z wieloma jej twarzami…

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

Krystyna Janda znów w białej bluzce, tvn warszawa

Janda, Umer, Osiecka. Premiera nowej wersji „Białej bluzki”
Dzisiaj, 1 czerwca

Krystyna Janda i Magda Umer wracają do słynnego spektaklu „Biała bluzka” na podstawie tekstu Agnieszki Osieckiej. Próby przed premierą trwają w stołecznym Och Teatrze.

Spektakl „Biała bluzka” według opowiadania Agnieszki Osieckiej powstał w 1987 r. Reżyserem i adaptatorką tekstu była Magda Umer. W spektaklu znalazły się piosenki Agnieszki Osieckiej. Aranżacje przygotował Janusz Bogacki, który wraz z zespołem grał także w przedstawieniu.

Spektakl był opowieścią o młodej kobiecie, która nie może sobie poradzić ze sobą i z Polską lat stanu wojennego. Symboliczna biała bluzka była marzeniem i znakiem przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, kartek na mięso, zaświadczeń z miejsca pracy, dowodów, stempelków, godziny policyjnej i więźniów politycznych. Krajem braku wolności, w którym ułańska fantazja podlewana alkoholem, miłość, przyjaźń i poczucie humoru pozwalały czuć smak życia. Życia stąd – dotąd, jak to nazywa bohaterka. „Taki czas na marnych ludzi” to sztandarowa piosenka tamtego spektaklu sprzed lat. Z czasem spektakl stał się „kultowy”, był grany w całej Polsce. Przeglądała się w nim dorastająca młodzież, która uznała, że bohaterka Osieckiej mówi, myśli i czuje jak oni.

posłuchaj rozmowy z Magdą Umer i Krystyną Jandą

( http://www.rmf24.pl/kultura/news-janda-umer-osiecka-premiera-nowej-wersji-bialej-bluzki,nId,281214 )

Dziś powrót do tamtej opowieści oznacza przedstawienie datowane znów w tamtych czasach. Przestawienie historyczne. Ale bohaterka – dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie. To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy. Spektakl opowie nowym pokoleniom, w sposób specyficzny dla Osieckiej, klimat i koloryt czasu minionego. Agnieszce Osieckiej udało się nadzwyczajnie zapisać tamten czas, w codziennych rozmowach i szczegółach, hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony.

próba spektaklu /fot. Katarzyna Sobiechowska-Szuchta /RMF FM
W spektaklu pojawi się część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej, inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer, muzyką i aranżacjami zajmie się na nowo Janusz Bogacki. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.
Premiera „Białej bluzki” w Och Teatrze w Warszawie odbędzie się 4 czerwca.

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta, RMF 24

Janda: Ja chcę żyć!

02.06.2010

Taki refren śpiewa bohaterka „Białej bluzki” w wykonaniu Krystyny Jandy. Po 23 latach monodram oparty na tekstach Agnieszki Osieckiej powraca na deski teatru. Co znaczy dzisiaj?

Więcej zdjęć: http://www.plejada.pl/14864,1,16,krystyna-janda-w-spektaklu-biala-bluzka,fotogaleria_duze.html

W najbliższy weekend na scenę warszawskiego Och Teatru po 23 latach powraca słynna „Biała bluzka” Agnieszki Osieckiej w reżyserii Magdy Umer i w wykonaniu Krystyny Jandy.

Symboliczna biała bluzka była marzeniem i znakiem przystosowań w kraju zakazów i nakazów, cenzury, kartek na mięso i na cukier oraz stempelków, dowodów i przepustek.

Czym jest „Biała bluzka” dzisiaj i co chce opowiedzieć dzisiejsza Krystyna Janda?

Dziś mój głos jest zupełnie inny, ja jestem inna. – zapewnia aktorka, która wraz z Magdą Umer do nowej „Białej bluzki” dołożyła kilka nowych piosenek i zmieniła adaptację tekstu Agnieszki Osieckiej. Nowe aranżacje muzyczne przygotował Janusz Bogacki.

Choć „Białą bluzkę” ze stanu wojennego zastąpiły dziś białe kołnierzyki, warto powrócić do tamtego czasu i przyjrzeć się rzeczywistości, która młodym pokoleniom wydaje się abstrakcyjna, a przecież tak właśnie było…

Zdaniem twórców spektaklu „Biała bluzka” dzięki geniuszowi Agnieszki Osieckiej może być żywą lekcją historii, ale nie tylko. Niesie w sobie świeże, nowe. Nie wypłowiała, ale wciąż jest śnieżnobiała…

Premiera „Białej bluzki” 4 czerwca w Och Teatrze.

http://www.plejada.pl/16,34116,news,1,1,janda-ja-chce-zyc,artykul.html
___________________________________________________________________

Kolejne życie pewnej Elżbiety

Katarzyna Czarnecka 02-06-2010
Pusta scena, na niej krzesło. Siedzi na nim kobieta. I mówi, mówi, mówi. Szybko, emocjonalnie, bez ładu i składu, pozornie bez sensu.

Krystyna Janda śpiewa w spektaklu piosenki Agnieszki Osieckiej
autor: Jakub Ostałowski

źródło: Fotorzepa
W jej opowieści pojawiają się kartki na mięso, glony, którymi można się odżywiać, bo przecież są zdrowe, w końcu bohaterem staje się indyk – kupiony na bazarze praskim za 5000 zł. Ale ptak niedługo zajmuje pierwszoplanową pozycję. Wkrótce na jego miejsce wskakuje milicjant chcący bohaterkę wylegitymować, zatrzymać, przesłuchać. Ale i niezręczna relacja władza – obywatel szybko się zmienia. Bohaterka opowiada o spędzonych z milicjantem chwilach, wypuszczeniu na wolność indyka, który „frunął nad Targową ulicą jak po fiołkowym niebie Argentyny”. Abstrakcja staje się kompletna.
Nagle głos z offu pyta: „Czy znasz adres tego milicjanta z Targówka? Syn urzędniczki będzie miał kolegium”. To zdanie wywołuje w kobiecie furię: „Czyś ty oszalała? Ja się szmacę, żeby nie pełzać. A Ty? Chcesz zostać płazem?”.

Ten monolog, ten krzyk pierwszy raz słychać było na scenie w 1987 roku. Wtedy odbyła się premiera opartego na opowiadaniu Agnieszki Osieckiej spektaklu, który wyreżyserowała Magda Umer. Jego bohaterkę Elżbietę zagrała Krystyna Janda. Teraz panie wróciły do postaci sprzed 23 lat.
Elżbieta nadal jest szalona, nieodpowiedzialna, zagubiona, nieprzystosowana. Nadużywa alkoholu, chce nadużywać świata. I nie umie sobie poradzić z rzeczywistością – szarą, brudną i beznadziejną. Nie jest opozycjonistką-bohaterką ani konformistką z partyjną legitymacją. Jest zwykłą dziewczyną, jakich w Polsce tamtego czasu były miliony. Tyle że osobną. Jak pisała o niej Agnieszka Osiecka: „Jest w stanie żyć tylko w ogniu. Jeżeli zabawa, to szalona, jeżeli miłość, to olbrzymia, jeżeli przyszłość, to fantastyczna”.
Ale w tej nowej Elżbiecie pojawia się jeszcze inny rys. Jest już bowiem dojrzała. Po przejściach, które ją poharatały i spowodowały, że myśli, czuje i interpretuje inaczej. Więcej rozumie, więcej jest w stanie zaakceptować, wiele rzeczy odmiennie ocenić.

Powrót do tekstu tak mocno zakorzenionego w niewesołym momencie naszej historii wydaje się zadaniem karkołomnym. Ale Umer i Janda podejmują to ryzyko. Po co to m.in. robią? „Żeby opowiedzieć nowym pokoleniom, w sposób specyficzny dla Osieckiej, klimat i koloryt czasu minionego. Agnieszce Osieckiej udało się nadzwyczajnie opisać tamten czas, w codziennych rozmowach i szczegółach, hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony”. Zmieniły nieco adaptację tekstu, dodały kilka nowych piosenek, a kilka usunęły. Tchnęły w ten sposób w „Białą bluzkę” kolejne życie.
W sobotę więc za fortepianem usiądzie Janusz Bogacki, na krześle Krystyna Janda i zabiorą nas w świat Elżbiety.
„Biała bluzka”, monodram wg opowiadania Agnieszki Osieckiej, reż. Magda Umer, aranżacje Janusz Bogacki, wyk. Krystyna Janda, Och-Teatr, ul. Grójecka 65, bilety: 50 – 70 zł, rezerwacje: tel. 22 589 52 00, premiera: piątek (4.06), godz. 20, spektakle: sobota (5.06) – niedziela (6.06), wtorek (8.06) – piątek (11.06), godz. 20
Rzeczpospolita

http://www.tvnwarszawa.pl/1658901,krystyna_janda_znow_w_bialej_bluzce,bawsie.html

Krystyna Janda znów w „Białej bluzce”
21:05 01.06.2010 / TVN Warszawa

Perfekcyjna, charyzmatyczna, wszechstronna. Krystyna Janda, bo o niej mowa właśnie kończy próby wznowieniowe do spektaklu „Biała bluzka”, według opowiadania Agnieszki Osieckiej. Można go oglądać od 4 czerwca będzie można je oglądać na scenie Och Teatru.
„Biała bluzka” według opowiadania Agnieszki Osieckiej powstała w 1987 roku. Reżyserem była Magda Umer. Spektakl był opowieścią o młodej kobiecie niemogącej sobie poradzić ze sobą i z Polską lat stanu wojennego
.

Szarzyzna PRL-u
Symboliczna biała bluzka była marzeniem i znakiem przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, kartek na mięso, zaświadczeń z miejsca pracy, dowodów, stempelków i godziny policyjnej i więźniów politycznych. Krajem braku wolności, w którym ułańska fantazja podlewana alkoholem, miłość, przyjaźń i poczucie humoru pozwalały czuć smak życia.

Kobieta po przejściach
Dziś bohaterka jest dojrzałą kobietą po przejściach – interpretuje i myśli odmiennie. To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy. Spektakl da szansę na poczucie klimatu i koloryty minionego czasu.

W spektaklu pojawi się część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej, inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.

……………………

 

Niepokorna i uwielbiana

Katarzyna Czarnecka 03-06-2010
Rok 1987. Krystyna Janda wystawia monodram na podstawie opowiadania Agnieszki Osieckiej. Spektakl odnosi niebywały sukces. I pozostaje na lata w pamięci widzów. Dziś wraca na scenę.

*Teraz Krystyna Janda powraca z tytułem na deskach swojego Och-Teatru. Dziś premiera spektaklu, który będzie można zobaczyć także w sobotę i niedzielę
autor zdjęcia: Jakub Ostałowski

źródło: Fotorzepa
*Krystyna Janda w „Białej bluzce” 23 lata temu. Wówczas grała na trzech scenach: najpierw w teatrze Ateneum, później w Żydowskim i Komedii
źródło: PAP

Recenzenci byli zgodni: „Biała bluzka” stała się wydarzeniem. „To, co zrobiła Janda z Magdą Umer (…), nie waham się nazwać kreacją” (Krzysztof Kucharski, „Notatki z trzech recitali”). „Nie widziałem jeszcze tak wykonanego monodramu” (Krzysztof Karwat, tygodnik „Tak i nie”). „Krystyna Janda (…) potrafiła dzięki swej osobowości przekonująco wcielić się w postać zwykłej dziewczyny” (Jacek Lutomski, „Rzeczpospolita”).

– Nie pamiętam recenzji prasowych – mówi reżyserka spektaklu Magda Umer. – Pamiętam pełne zachwytu „recenzje” publiczności. – Ta euforia dookoła każdego wieczoru zbiła nas obie prawdziwie z pantałyku – dodaje Krystyna Janda.

Dlaczego ten spektakl wywołał tak ogromne emocje? Dlaczego jego bohaterka Elżbieta stała się postacią kultową? Wróćmy do 1987 roku. Sprawdźmy, jak widzowie zapamiętali „Białą bluzkę”.
Pić i walczyć

– Poszłam do teatru, nie wiedząc o tym spektaklu nic – mówi Danuta Sałkiewicz. – Nie spodziewałam się więc, że będę oglądać coś wyjątkowego. – Ja wręcz przeciwnie, sporo się nasłuchałam i naczytałam – mówi Lisa Gutowska. – To nie było zwykłe przedstawienie, miało specyficzny klimat, aurę. Było poprzedzone takim hukiem, że musiałam je zobaczyć.
– A ja ze względu na Agnieszkę Osiecką. Jej teksty kojarzyły mi się z wdziękiem szaleńca, któremu wolno wszystko – mówi Beata Saratowicz. Ale realizatorkom spektaklu nie do końca wszystko było wolno. Była przecież cenzura.

– Walczyło się o każde, z pozoru niewinne, zdanie, które mogło siłą swojego wyrazu obalić ustrój socjalistyczny… – wspomina z uśmiechem Umer.

Były też kłopoty z salą.
– Spektakl produkował wrocławski IMPART na Festiwal Piosenki Aktorskiej – opowiada Janda. – Wynajął salę mojego wtedy macierzystego teatru Ateneum, a potem dwóch innych teatrów: Żydowskiego i Komedii, bo Ateneum tytułu nie chciało mieć u siebie…
– Wcale się nie dziwię tym problemom – mówi Beata. – „Biała bluzka” jest zdecydowanie pełna elementów kojarzących się ze stanem wojennym. Osiecka mimochodem niejako przemyca ówczesne realia. W nich właśnie funkcjonuje Elżbieta. Ale czy to na pewno taka „zwykła dziewczyna”?

– Inna, nieprzystosowana, niepotrafiąca sobie poradzić. Zwyczajna na pewno nie – przypomina sobie Danuta.
– Tak naprawdę to ona była rozdwojona – uzupełnia Beata. – Jedna jej osobowość była rozsądna, opiekuńcza i można powiedzieć – przyziemna. Druga to wcielenie szaleństwa, wariactwa, nieodpowiedzialności.

Elżbieta nie będąc ani partyjniaczką, ani opozycjonistką, to postać jakby zawieszona między tymi dwoma wyrazistymi postawami. W dodatku niczym się nie zajmuje, do niczego nie dąży, dość poważnie pije, a i prowadzi się niezbyt moralnie.

– To wszystko prawda. Można ją więc było potraktować jako infantylną idiotkę i jej postawę stanowczo odrzucić – analizuje Lisa. – Ale można było też uznać, że ona to robiła po coś. Że to był jej specyficzny sposób walki z systemem, w którym najlepiej, żeby wszyscy byli tak samo byle jacy i bezwolni. Bo owszem, idzie na przykład do łóżka z milicjantem, ale dzięki temu ratuje od więzienia chłopaka z teczką pełną ulotek.
Wskazywać miejsce

To drugie rozumienie niejednoznacznej bohaterki spowodowało, że stała się ważna.

– Można się było z nią zidentyfikować przez sam czas, w którym żyliśmy wtedy wszyscy – mówi Danuta.
– Ten model mógł być atrakcyjny dla dziewczyn, które nie potrafiły się odnaleźć nie tyle w rzeczywistości społeczno-politycznej, ile po prostu w życiu – podkreśla Lisa. – Dziewczyn buntujących się podobnie jak Elżbieta, w taki straceńczy sposób, szukających siebie, swojej tożsamości. A dodatkowo rok 1987 to były czasy, w których wielu ludzi nie umiało sobie znaleźć miejsca. A Elżbieta pokazała im: ja tak samo szukam, tak samo się miotam. Dlatego się z nią identyfikowały.

– Ja wtedy byłam młodą matką i moje myśli zaprzątało głównie to, jak zdobyć choćby nieśmierdzące mleko – mówi Beata. – Ale i dla mnie ekscytująca była ta dziewczyna.

Żeby dać publiczności taką postać, trzeba być świetnym obserwatorem rzeczywistości. Osiecka była. Na etapie przygotowań scenicznej wersji jej opowiadania doszły do tego temperamenty i sposoby widzenia świata Jandy i Umer. – Nasza kolektywna robota ma mniej więcej taki przebieg: trochę sobie pokazujemy nowe pantofle, trochę płaczemy, trochę opowiadamy, jacy straszni są mężczyźni… – opowiadała poetka. Co takie „babskie gadanie” dało im i spektaklowi?

– Radość, a nawet zaryzykowałabym słowo „szczęście” bycia ze sobą – mówi Umer.

– Miłość, nienawiść, wolność, niewola, żale, samotność, odrzucenie to uczucia ponadczasowe – mówi Janda. – A aktorzy najczęściej, aby dać czemuś odpowiednią barwę, grunt, opowiadają „sprawy z życia”. Więź i atmosfera, jaka powstaje między tworzącymi spektakl, odbija się w nim. Publiczność to czuje. Danuta, Beata i Lisa są zgodne: siła oddziaływania bohaterki byłaby znacznie mniejsza, gdyby nie grała jej Krystyna Janda. Co do jej obsadzenia w tej roli były wątpliwości. Mówiono, że aktorka i reżyserka powinny się zamienić rolami. Magda Umer ocenia to krótko: wszystko „z braku wyobraźni”.
– Byłam postrzegana jako energiczna, zorganizowana, przebojowa kobieta, która zawsze, wszędzie, w każdej sytuacji da sobie radę. Bohaterka jest zaprzeczeniem takiego wizerunku – mówi Janda. – Nie wierzono w moje aktorstwo. Magda była „tą od poezji, zamyślenia, szeptu i smutku”, jej Elżbieta z „Białej bluzki” była bliższa. Ale ludzie są konwencjonalni, widzą zawsze smutek smutny, masło maślane, a ogień ognisty. Nie tędy droga.
– Ona na scenie lśniła, błyszczała, świeciła – przywołuje swoje wrażenia Beata. – I spowodowała, że czułam się, jakbym miała okazję bardzo osobistego, prywatnego spotkania. Jakby innych widzów nie było. – Była niezwykle ekspresyjna. Momentami nawet zbytnio przypominała mi Agnieszkę z „Człowieka z marmuru” – dodaje Danuta. – W piosenkach wyciszała ekspresję i wprowadzała momenty nostalgii, zamyślenia. Znaczenia i ślady
Co Danuta, Beata i Lisa myślą o nowej „Białej bluzce”, której premierę na dziś szykuje Och-Teatr?

– Nie jestem pewna, czy ten spektakl teraz trafi do nowych widzów – zastanawia się Danuta.

– Właśnie, bo dla mnie ten tekst nie jest ponadczasowy – dodaje Beata. – W 1987 roku miał on swoją wymowę. Ale chociaż wówczas stan wojenny jeszcze wszyscy żywo pamiętaliśmy i tak oceniałam go jako w pewien sposób „historyczny”.

– Teraz inaczej się żyje. Dla młodych stan wojenny to niemalże jak bitwa pod Grunwaldem – zgadza się Lisa.
Wszystkie jednak oczywiście do teatru się wybierają.

Lisa: – Ja jestem ciekawa odbioru po latach. Ale głównie tego, jak Krystyna Janda zagra swoją postać jako dojrzała kobieta.
Beata: – Wtedy spektakl zrobił na mnie wrażenie, więc i dziś muszę go zobaczyć.

Danuta: – Mnie interesuje, co teraz można z tej historii wyczytać. Bo tamta „Biała bluzka” pozostawiła we mnie trwały ślad.
Życie Warszawy

http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/wy_in_osiecka_biala_bluzka_umer_2010

…………………………

Czysta biała bluzka
Wciągający spektakl na podstawie Osieckiej (Janda jest niesamowita).

Stworzona przez Agnieszkę Osiecką bohaterka „Białej bluzki” jest zwyczajną młodą kobietą z epilogu PRL, bardziej widzem niż uczestnikiem zdarzeń. Kocha się wprawdzie w opozycjoniście, ale na co dzień zajmują ją najbardziej prozaiczne sprawy. Kartki, stempelki, zaświadczenia i desperackie próby zakotwiczenia się w chwiejnej rzeczywistości. Chciałaby się wziąć w garść, ale, jak sama przyzna, nie ma garści. Byłaby może w stanie dostosować się – ale do czego i do kogo? Prowadzi swe małe gry z rzeczywistością zdegradowaną, które w najlepszym wypadku kończą się remisem, choć częściej porażką. Czasem postępuje nieracjonalnie i nierozsądnie, ale jak można zachowywać się normalnie w nienormalnych czasach?

„Biała bluzka” w wykonaniu Krystyny Jandy miała premierę w 1987 r. i odniosła niebywały sukces. Aktorka, decydując się na ponowne założenie białej bluzki, doskonale zdawała sobie sprawę, iż przyjdzie jej zmierzyć się z własną legendą. Mogła polec, ale wygrała, z pomocą reżyserującej przedstawienie (podobnie jak poprzednio) Magdy Umer.
Najkrótsza recenzja ze spektaklu w stołecznym Och-Teatrze mogłaby brzmieć: Janda jest niesamowita! Prawie dwie godziny sama na scenie i jeszcze na ekranach w wielkich zbliżeniach, żebyśmy lepiej widzieli, ile daje z siebie w każdym epizodzie. Kiedy zaś w finale, już po pierwszych oklaskach, staje przed orkiestrą i śpiewa „Historio, historio, ty żarłoczny micie, co dla ciebie znaczy jedno ludzkie życie?!”, nie mamy wątpliwości, że to nie żadna powtórka z rozrywki czy przeżyjmy to jeszcze raz, ale wciągający, współczesny spektakl.
Polityka , nr 25/2010

Raczej gorzkie niż bolesne wspomnienie

„Biała bluzka” w reż. Krystyny Jany w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Magdalena Hajdysz w Gazecie Wyborczej – Trójmiasto.

«Trzynaście lat temu tekst Agnieszki Osieckiej była manifestem, jątrzyła wciąż żywe rany. Dzisiaj jest raczej gorzkim, niż bolesnym, wspomnieniem, dobrze wpisującym się w trwającą od jakiegoś czasu „modę na PRL” i nieco już nieśmiałym manifestem potrzeby wolności.

Wydarzeniem zwieńczającym tegoroczną edycję festiwalu Solidarity of Arts był monodram „Biała bluzka” na podstawie minipowieści w listach Agnieszki Osieckiej, którego festiwal był współproducentem. Tekst ten swoją prapremierę miał w 1987 r. I wtedy był on dziełem – podobnie jak jego najnowszej wersji, której premiera odbyła się na początku czerwca tego roku w warszawskim Och-Teatrze – Magdy Umer (reżyseria), Krystyny Jandy (główna rola) i Janusza Bogackiego (opracowanie muzyczne).

„Biała bluzka” jest – zawartą w listach i liścikach, zostawianych sobie na stole wspólnego mieszkania przez „siostry” Elżbietę i Krystynę (sic!) – opowieścią o krajobrazie Polski z okresu stanu wojennego, ale też o krajobrazie wewnętrznym niezwykłego człowieka. Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z dwiema kobietami. Stopniowo i bardzo subtelnie dociera do nas jednak, że ta korespondencja to wewnętrzny dialog skomplikowanej, schizofrenicznej osobowości kobiety. Dzięki tym „rozmowom” poznajemy najgłębsze zakamarki tej postaci, która nas bawi, wzrusza, irytuje, budzi podziw i współczucie jednocześnie. A w tle obserwujemy tak dobrze znaną średniemu i starszemu pokoleniu socjalistyczną rzeczywistość, podskórny, drzemiący w każdym zaułku i w każdym nieznanym człowieku terror i strach.

Trzynaście lat temu „Biała bluzka” była manifestem, jątrzyła wciąż żywe jeszcze rany. Dzisiaj jest raczej gorzkim, niż bolesnym, wspomnieniem, dobrze wpisującym się w trwającą od jakiegoś czasu „modę” na PRL, i nieco już nieśmiałym manifestem potrzeby wolności. Dlaczego obecnie spektakl ten nie może być niczym więcej? Nie chodzi tylko o wiek aktorki, o przerysowaną bohaterkę, którą gra, o nadekspresję graniczącą ze scenicznym szałem. Elżbieta to postać, której nie możemy do końca wierzyć. Skonstruowana przez Osiecką bohaterka tej minipowieści nie może, jako osoba ewidentnie zaburzona emocjonalnie, być wiarygodna. Wszystko jest tu więc trochę „przez bibułkę”. I tego wrażenia nie zacierają fragmentami filmowych dokumentów, dość dobrze zgrane z wykonywanymi przez aktorkę piosenkami Osieckiej. Żadnego wrażenia nie zrobił zabieg wykorzystania obrotowego fotela, na którym Janda spędza większość czasu spektaklu, umieszczonego na wprowadzonej „klinem” w widownię sali koncertowej Filharmonii na Ołowiance scenie. Tu, prócz pierwszych trzech rzędów, widzowie byli zbyt oddaleni, by poczuć efekt gry blisko nich. Ze zdwojoną mocą zagrały więc umieszczone wokół owego „klina” sceny trzy duże ekrany, na których, prócz filmowych przerywników, cały czas widać było zbliżenia aktorki. Szczególnie ciekawie wypadły one na tle stanowiącej scenografię sporej makiety Pałacu Kultury i Nauki.

Pozostaje zadać pytanie, czy warto było ponownie zabierać się za spektakl o ugruntowanej pozycji sprzed tylu lat? Czy jego autorom i tym razem udało się powiedzieć coś ważnego? Odpowiem wprost: zawsze warto zobaczyć Jandę „wykonującą” Osiecką i zawsze warto słuchać nieustająco młodych tekstów naszej znakomitej „wieszczki współczesności”. Bo „Biała bluzka” nie straciła swojej świeżości, mimo że teraz brzmi już inaczej.»

„Recenzja spektaklu „Biała bluzka””

Magdalena Hajdysz

Gazeta Wyborcza Trójmiasto online/10.09

Wariatka przed losem nie klęka. Krystyna Janda na Ołowiance

„Biała bluzka” w reż. Krystyny Jandy z Och-Teatru w Warszawie na Festiwalu Solidarity of Arts w Gdańsku. Pisze Katarzyna Wysocka w Gazecie Świętojańskiej.

zdj. Robert Jaworski/ mat. Teatru Polonia
«”W ciężkim solidnym szufladzisku mam chusteczki do nosa, a także całą górę kretonowych i jedwabnych bluzek. Wśród nich moja ulubiona biała bluzka, która swego czasu nabrała dla mnie na tyle symbolicznego znaczenia, że napisałam o niej małą powieść pod tytułem – właśnie „Biała bluzka”. Po roku czy dwóch przysposobiła ją dla telewizji Magda Umer, a wystąpiła w niej Krystyna Janda” (ze wspomnień Agnieszki Osieckiej).
Na zakończenie Solidarity of Arts otrzymaliśmy adekwatny do sytuacji i miejsca prezent. W Filharmonii Bałtyckiej wystąpiła Krystyna Janda, najbardziej energetyczna aktorka pokolenia, które w latach powstania Solidarności kontestowało zakłamaną rzeczywistość. Wiele sytuacji sprzęgło się, aby 30 rocznicę powstania społecznego ruchu solidarnościowego osłabić. Robert Wilson i Europejskie Centrum Solidarności z Ks. Maciejem Ziębą zawiedli, a Krystyna Janda miała ogromne trudności z przyjazdem do Trójmiasta.
Oto wyjątek z dziennika, który na swojej stronie od kilku lat prowadzi aktorka:

„10.09.2010 No i pierwsza premiera tego sezonu za nami. Wczoraj ” Kantata na cztery skrzydła”. Miniatura teatralna. Brakowało nam nowego spektaklu na mała scenę. Znów Kobieta z problemami, i dwa anioły przybywające na ratunek. Żart sceniczny. I ja i publiczność szczęśliwa. Dotarłam na premierę z Gdańska, gdzie poprzedniego dnia zagraliśmy ” Białą bluzkę” w Filharmonii. Koszmarny dzień, podróżowaliśmy pociągiem, który miał kolizję z samochodem osobowym na przejeździe niestrzeżonym około 30 km od Warszawy. (Podobno jest takich przejazdów w Polsce 6 tysięcy) Na prędze skombinowanym samochodem dotarliśmy z przygodami, na dwadzieścia minut przed terminem rozpoczęcia przedstawienia. Dotarliśmy z przygodami zdumiewającymi, bo wynajęty kierowca musiał respektować zasady pracy z tachometrem, i dwa razy zdenerwowani do czerwoności przeczekiwaliśmy regulaminowe przerwy, w tym jedna 40 minutową 80 kilometrów od celu. Właściwe bez próby, w trudnej sali, w panice, spektakl się odbył opóźniony o 30 minut. Na szczęście tysiąc osobowa publiczność nagrodziła go rzęsistymi długimi brawami na stojąco. Trzeba mieć żelazne nerwy. Kierowca samochodu żyje na szczęście.”
Profesjonalizm w każdym calu. Janda pokazała jak zwykle klasę, odgrywając monodram z niesłabnącą energią. Po panice nie zostało śladu w momencie wyjścia na scenę. To niebywała przyjemność patrzeć na charyzmatyczną na scenie Jandę, której nie można zignorować ani przez moment, trzeba poddać się jej pasji budowania postaci. Umiejętność, z jaką aktorka wprowadza widza w historie swoich bohaterów, jest dziś rzadkością w polskim teatrze. Krystyna Janda gra spalając się i czerpiąc z grania przyjemność, mając świadomość wyjątkowości chwili, wieczoru i spotkania z publicznością. W gdańskiej „Białej bluzce” Agnieszki Osieckiej, w spektaklu reaktywowanym i zliftingowanym (premiera odbyła w marcu 1987 roku, 4 czerwca 2010 spektakl nabrał innego wymiaru) zobaczyliśmy dojrzałą aktorkę i kobietę, refleksyjną i twórczą, piękną, od której uczyć się wypada wolności. Z jednej strony Krystynę Jandę będziemy zawsze kojarzyć ze zbuntowaną, dynamiczną kontestratorką Agnieszką z „Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza” Wajdy, z Antonią Dziwisz z „Przesłuchania” Bugajskiego, a z drugiej strony z Martą z „Tataraku” Wajdy czy matką Sabiny z „Rewersu” Lankosza. Oczywiście ról teatralnych czy filmowych jest całe mnóstwo, jednak dla mnie Elżbieta z „Białej bluzki” w interpretacji Jandy ( albo Janda w roli Elżbiety) mieści w sobie cechy wymienionych bohaterek. Miłość, siła, nieugiętość, potrzeba wolności i zachowania godności, gorzki optymizm, refleksyjność, uczciwość, witalność, humor i zaradność to chyba podstawowe składniki istnienia samej aktorki i postaci, które przysposabia na scenę.
Elżbieta z opowiadań i piosenek Agnieszki Osieckiej w spektaklu „Biała bluzka” jest młodą dziewczyną, która przypadkowo znalazła się w opozycyjnym centrum wydarzeń w latach 80tych, nieprzypadkowo zakochując się w jednym z działaczy, Andrzeju. Nie umie wyznać mu miłości, ani nawet powiedzieć, że chciałaby z nim porozmawiać. Stara się nie myśleć o nim, więc tym bardziej jej większość działań zdeterminowanych jest obsesyjnym kołowrotkiem myślowym o miłości. Przy okazji okazuje się, że bohaterka nie umie przystosować się do realiów Polski z kartkami na wszystkie produkty, kompletną ignorancją urzędniczą i brakiem piękna. Nie umie znaleźć pracy ani znaleźć się w więzieniu, gdzie trafia kilkukrotnie na 48 godzin. Bezsilna, pije i nie wkłada białej bluzki, symbolu pewnego dostosowania. Nie mamy zatem pomnikowej dziewczyny, która chętnie staje przy powielaczu, a potem rozrzuca ulotki i manifestuje swoje poglądy. Elżbieta wyraża przede wszystkim swoje lęki, swoją wizję świata zbudowaną na dzieciństwie spędzonym w domach dziecka i bezsilności wynikającej z braku ludzkiego ciepła. Bolesny obraz pokolenia? Prawdziwy i wiarygodny, bo nie wpisany w historyczne skojarzenia wyłącznie z formalną opozycją albo donosicielstwem. Nie jest to odbrązawianie rzeczywistości, lecz jedynie jej dopełnienie.
Krystyna Janda w czarnej spódnicy i bluzce, w obrotowym czarnym fotelu, śledzona przez dwie kamery i prezentowana na trzech ekranach, pośród dekoracji Pałacu Kultury i Nauki, na którym triumfował napis PZPR, grając dla ponad 1100 osobowej publiczności z niesłabnącą skutecznością wygrała ten wyjątkowy czas wspomnień. Sama, jak mówi, bez traum i cierpień w latach 80tych, doskonale zbudowała nastrój i dramaturgię wieczoru, wzruszając i co rzadko dziś spotykane – pobudzając do refleksji nad swoją rolą w świecie. Ten zapominany i tak kontrowersyjnie traktowany sierpień roku 1980 ożył dzięki sile przekazu gry. Krystyna Janda, doświadczona przez życie i scenę kobieta mądra i piękna zebrała owacje na stojąco przez wszystkich przybyłych do Filharmonii Bałtyckiej. W pogoni za wolnością i przestrzenią zostaliśmy wszyscy ponownie doprowadzeni do punktu wyjścia. Wolności nie ma tam, gdzie jest wygodnictwo, brak odpowiedzialności i oportunizm, wolności trzeba szukać w sobie, kochając i próbując pięknie żyć. W spektaklu usłyszeliśmy znane z wcześniejszej adaptacji spektaklu piosenki, m. in. Sama chciała, Kiedyś byłam stara, Mówiłam żartem, Wariatka, I love you cię, ale w finale podano sam rarytas na Solidarity of Arts – utwór Orszaki dworaki do muzyki Jerzego Satanowskiego.»

„Wariatka przed losem nie klęka. Krystyna Janda na Ołowiance”
Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska online
Metafora lustra


Wszyscy potrzebujemy lustra. Nie tylko po to, by poprawić makijaż czy sprawdzić stosowność ubioru. Nie tylko po to, by, jak twierdził Lacan, w wieku 6-8 miesięcy odkryć swoją podmiotowość. Jest ono niezbędne również do ciągłego potwierdzania swojej tożsamości, do odkrywania, kim naprawdę jesteśmy. Tym lustrem mogą być przyjaciele, ludzie bliscy, a także nasze własne myśli i spostrzeżenia. Może nim być, oczywiście, również i teatr. Ale nie każdy

„Biała bluzka” to monodram, który powrócił po bardzo długiej przerwie. Już w latach osiemdziesiątych zyskał on miano spektaklu-legendy, przedstawienia, które kształtowało całe pokolenie. Jak wtedy, tak i teraz przygotowany został przez Krystynę Jandę i Magdę Umer. Wszystko to decyduje, że jego ponowne wystawienie samo w sobie niesie wymiar pewnej konfrontacji, zderzenia z własną przeszłością. Jednak, gdy piszę o metaforze lustra, mam na myśli raczej wymowę spektaklu niż warunki, w jakich powstawał.
Problematyka poruszana w „Białej Bluzce” wydaje się prosta. W ogólnym zarysie jest to historia kobiety, która zmaga się ze swoim życiem i nieszczęśliwą miłością do opozycjonisty (rzecz dzieje się przecież w czasach PRL-u). Nic więc dziwnego, że gdy mowa o pokoleniach kształtowanych przez „Białą bluzkę” najczęściej dodaje się, iż chodzi o pokolenia kobiet i to w dodatku tych urodzonych w okolicach lat sześćdziesiątych. Stanowisko to jest jednak uproszczone i poniekąd krzywdzące. Choć bowiem na pierwszy plan wysuwa się tu wątek (sic!) romansowy, osnuty wokół szarej, PRL-owskiej rzeczywistości, to jednak te najważniejsze pytania, które stawia „Biała bluzka” brzmią o wiele bardziej poważnie i uniwersalnie.

Przedstawienie to oparte jest na opowiadaniu Agnieszki Osieckiej pod tym samym tytułem. Stanowi ono zapis pewnej nietypowej korespondencji. Wszystko, co się tu dzieje jest tylko notatką, liścikiem pozostawionym w widocznym miejscu. Z jednej strony, są to uporządkowane (często numerycznie) listy spraw do załatwienia, spisy prozaicznych czynności czy formalności w urzędach. Z drugiej – opowieści bardzo intymne i emocjonalne, podszyte nutką niesamowitości. Ich nastrój waha się od niemal perwersyjnej radości życia, po nostalgiczne wyznania. Wszystko to tworzy pewien konglomerat, w którym na pierwszy plan wysuwają się dialogi pomiędzy dwoma, wydawałoby się, całkowicie odmiennymi osobowościami.

Dialog ten jest poniekąd koniecznością. Rodzi się z połączenia dwóch podstawowych potrzeb – bliskości i konfrontacji z innymi. To za jego pośrednictwem, a tym samym pośrednictwem głównej bohaterki – kobiety beznadziejnie zakochanej, nieprzystosowanej do życia nie jedynie w PRL-u, lecz po prostu w świecie sformalizowanych relacji – zaczynamy zadawać pytania. Nie tylko o sztywne ramy, w które jesteśmy (dzisiaj także) wtłaczani, ale również o istotę bytu, ludzką tożsamość, o to, skąd bierze się siła, która pozwala nam codziennie rano wstawać z łóżek. Po obejrzeniu spektaklu trudno nie zastanowić się, dlaczego, tak jak w dagerotypie, w zależności od kąta spojrzenia w tym samym obrazie można zobaczyć zarówno pozytyw, jak i negatyw.
Rzeczywistość, w której żyje główna bohaterka (i którą, poniekąd, tworzy), jest rzeczywistością niespójną, pełną rys i pęknięć. Cierpienie, z którym się zmaga, to nie tylko odrzucenie przez mężczyznę, czy niemożność dostosowania się do norm i reguł. Nie można czytać tej opowieści jedynie przez pryzmat zmagania się z nałogiem, czy podporządkowania jednostki uwarunkowaniom historycznym. To spektakl o samotności, poczuciu rozdarcia, nieumiejętności poradzenia sobie z własnymi emocjami, niemożności uporządkowania swojego życia. To spektakl o każdym z nas.
W przedstawieniu Och-Teatru osadzenie opowieści w realiach historycznych ma jednak szczególne miejsce. Na telebimie pokazywane są filmy i fotografie, przypominające nie tylko ważne wydarzenia, lecz również codzienność czasu PRL-u. Pojawiają się daty i twarze tak ważne dla powojennych losów Polski. Przypomnienie to nie jest nachalne, nie epatuje cierpieniem czy zbytnim dydaktyzmem. „Biała bluzka” nie jest spektaklem, gdzie patetyczne słowa odmienia się przez wszystkie przypadki. To przedstawienie, w którym na niemal tych samych prawach egzystują prawdy historyczne i jednostkowe, filmy o opozycjonistach i opowieść o komarze, który wyszedł z bursztynu, by wypić całą butelkę wódki. Paradoksalnie, to dzięki temu jest ono tak prawdziwe.
Siłą tego spektaklu (lecz, jak widać, siłą niejedyną) jest rewelacyjna kreacja Krystyny Jandy. Od niemal pierwszej minuty wytwarza ona niesamowite napięcie, sprawiające, że wierzymy w każde słowo, które pada na scenie. O atmosferze przedstawienia decyduje w dużej mierze jej energia i jej zaangażowanie. Ta moc, czystość przekazu wiąże się również ze sposobem zaaranżowania przestrzeni scenicznej. Janda większość spektaklu spędza na obrotowym krześle, z którego zarówno mówi teksty napisane przez Elżbietę, jak i wysłuchuje odpowiedzi Krystyny. W tle znajduje się telebim, na którym wyświetlana jest twarz aktorki. To również dzięki temu każdy jej gest nabiera szczególnego wymiaru. Najmniejsza zmiana mimiki czy odmienne spojrzenie pociąga za sobą zmianę całej atmosfery spektaklu.

Osobne słowa pochwały należą się również zespołowi akompaniującemu. „Biała bluzka” to wszak spektakl muzyczny i bez wyśmienitych aranżacji kultowych już piosenek trudno byłoby się obejść. Również ostatnia scena, gdy Janda śpiewa „Orszaki, dworaki” nabiera mocy w dużej mierze dzięki aranżacji muzycznej.

Właściwie jedynym elementem dekoracji, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, jest miniaturowy Pałac Kultury. Scena, w której Janda przechadza się pod tym „budynkiem” najlepiej chyba oddaje proporcje spektaklu. Jego wymiar historyczny jest bowiem tłem, chociaż tłem charakterystycznym, znaczącym. Zwłaszcza w kontekście utworu pointującego spektakl. Jednak to jednostkowa opowieść wydaje się najważniejsza. I dzięki świetnej reżyserii i grze aktorskiej zostaje ona wydobyta na pierwszy plan.
Barbara Englender

Dziennik Teatralny Katowice

06 grudnia 2010
„Biała bluzka”, Och-Teatr w Warszawie, reżyseria: Magda Umer

Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość Przedstawiona”, edycja: 10. Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość Przedstawiona” (16.09.2010-25.10.2010)
rkl

Przyjeżdża Pani do Jarocina z „Białą Bluzką”. Jarocińska publiczność na hasło „Janda w Jarocinie” rzuciła się na bilety. Lubi Pani takie wyjazdy ze sztuką do małych miejscowości, bez teatru? Czy taka publiczność z małego miasteczka jest inna niż ta warszawska?

O, chyba wszyscy aktorzy lubią grać dla nowej publiczności, jeździć , otwierać „nowe drzwi”. Mój wysad do Jarocina jest taka właśnie „podróżą”. Jeżdżę bardzo dużo i gram przynajmniej tyle w Polsce co w naszych teatrach. Bardzo sobie to granie na zaproszenie cenię. I co więcej nigdy tak w Warszawie nie wychodzę ze skóry żeby zagrać naprawdę wyjątkowo, jak w nowych miastach, małych miejscach.

 

Jaka była Krystyna Janda w Białej Bluzce 24 lata temu i jaka jest teraz? Co się zmieniło w sztuce i w aktorce?

Wiele. To inny spektakl, inna rola, inna kobieta, zmieniony kraj, inna Polska, inna adaptacja tekstu, inscenizacja i inne piosenki.

 

Czy zna Pani reakcje widzów, którzy widzieli tę sztukę ponad 20 lat temu i teraz?

Tak, oczywiście , ale i oni podkreślą że dziś jest to o czym innym, że materiały filmowe grające w spektaklu, przypominające atmosferę tamtego czas stanu wojennego  tamtej Polski, są dziś potrzebne. Mówią mi że oni się wzruszają wspomnieniami, ale urosły nowe pokolenia dla których ta miłość pary ludzi która na miłość nie może sobie pozwolić bo on jest opozycjonista a ona nie umie się pogodzić z życiem, a tłem i powodem jest nie wolna Polska, jest całkowitą nowością .

 

Pracuje Pani z młodymi aktorami. Latem Pani córka Maria Seweryn miała okazję w naszym mieście pracować z młodzieżą podczas warsztatów teatralnych. Mogłyby Panie na scenach „swoich” teatrów postawić tylko na popularnych aktorów, to pewnie łatwiejsze, niż szukanie do swoich sztuk niedoświadczonych studentów aktorstwa? A może z takich młodych łatwiej „ulepić” coś nowego?

Nowego, interesującego ale bez nazwiska? Na kogo ludzie szturmując kasy kupią bilety? My się utrzymujemy z pieniędzy z biletów! W naszych teatrach jest dużo debiutów, więcej niż w teatrach innych, ale musza być aktorzy doświadczeni i gwiazdy także.

„Czułam się sparaliżowana, a jednocześnie uskrzydlona – mówiła Pani po występie w Teatrze Telewizji na żywo. Czuła Pani to, że gości Pani w domach  jednocześnie ponad 2,5 mln widzów? Czy jest szansa, że widzowie jeszcze zobaczą Panią w sztuce Teatru Telewizji na żywo?

Tak to było wielkie przeżycie, mimo ze nei miałam pojęcia ilu telewidzów zechce nas obejrzeć. A czy się to powtórzy z jakimś innym naszym spektaklem? Nie wiem. Może . To sprawa telewizji. My chętnie.

Czy jest coś, co chciałaby Pani zagrać, a dotąd nie było okazji?

Nie. Było wiele takich ról, ale dziś już jestem an nie za stara. Teraz szukam spokojnie ról dla siebie, ale w wielkiej literaturze teatralnej , nawet jeśli są , w Szekspirze, to nas nie stać na tak bogate wystawienia i inscenizacje , wiec nie marzę bo po co.

 

Czy zobaczymy Panią jeszcze w filmie?

Czytam scenariusze, ale nie proponuje mi nikt nic naprawdę fascynującego, zresztą konieczność mojej obecności w naszych teatrach, codziennej obecności w fundacji, każe mi rezygnować na przykład z propozycji przychodzących zza granicy. , A Skłodowska – Curi? , nie wiem w rezultacie, czy będzie robiony film o niej. W tej chwili można mnie prawie codziennie oglądać w telewizji jest tyle powtórek ze mną a z nowych rzeczy właśnie jest emitowany serial w kanale HBO „ Bez tajemnic”.

Czy miewa Pani dni, że mówi sobie – nie, dzisiaj nie myślę o teatrze o sztuce, co będzie to będzie i robi Pani sobie dzień wolnego?

Od kiedy jest Fundacji i te dwa teatry, robie sobie dwutygodniowy urlop co roku i wtedy tak myślę. Poza tym nie, nie mam szans.

 

Kiedy była Pani ostatni raz w teatrze, ale nie w pracy? Przegląda Pani repertuar konkurencji?

O tak, właściwie każdy wolny wieczór bywam u „innych” W sobotę byłam na premierze w Teatrze 6 piętro.

„Biała Bluzka” to monodram. Proszę jednak zdradzić, ile osób pracuje nad taką sztuką? Jak liczna grupa przyjedzie z Panią do Jarocina?

Na scenie ze mną będzie czterech muzyków, wybitnych muzyków, zresztą, przyjeżdża też cztery osoby obsługi spektaklu – światło, dźwięk, inspicjent, garderobiana i fryzjerka, kierowcy, kierownik techniczny.

 

Bardzo dziękuję.

 

___________________________________________

Mnie bardzo nudzi równy szyk…

Sylwia Papier

18.07.2012

PRL w skrócie to stempelki, kartki na mięso, bilety, zaświadczenie z miejsca pracy, szminka na zębach, otulający dym z papierosa i herbata, a ponad tym wszystkim Pałac Kultury i Nauki. Monodram Krystyny Jandy to próba odpowiedzi na pytanie, ile absurdu jest w życiu, a ile życia w absurdzie? Spektakl po raz pierwszy został wystawiony przed dwudziestu laty. Zastanawiające jest, czym ten obecny  może się różnić od tamtego. Dziś doświadczona już aktorka przedstawia świat z innej perspektywy. Siedząc na obrotowym krześle po środku sceny, jedynie z papierosem w dłoni, z dystansem spogląda na czasy PRL-u. Oczywiście nie zabrakło charakterystycznych dla Jandy ironicznych wypowiedzi, gwałtownych gestów i ogromnych emocji. Dodatkowe wrażenie wywarły odtwarzane materiały archiwalne, przedstawiające opozycjonistów oraz najważniejsze wydarzenia tamtego okresu. Zainteresowanie widowni wzbudziła również epistolarna konwencja spektaklu. Jest to rozpisana na dwa głosy, pozbawiona patosu i górnolotnych deklaracji, wymiana korespondencji pomiędzy dwoma siostrami: porządną i pedantyczną Krystyną oraz szaloną półwariatką Elą, która „ze słońcem we włosach” przemierza ulice Warszawy i kręte ścieżki własnego życia. Ponadto najpiękniejsze i poruszające piosenki Agnieszki Osieckiej sprawiły, że widz przynajmniej przez chwilę mógł poczuć atmosferę lat 80. w Polsce. Muzyka na żywo, doskonałe interpretacje piosenek Osieckiej oraz zmieniające się, wędrujące za aktorką światło, które sprawiło, że cała uwaga była skupiona właśnie na niej. Każdy, nawet najmniejszy gest był tu znaczący i dopracowany. Za sprawą wyświetlanych obrazów można było przenieść się w różne konteksty historyczne.

Biała Bluzka jest interesującą opowieścią również ze względu na analizę psychologiczną bohaterki. Elżbieta jest doświadczoną, nieszczęśliwą kobietą, oddaną przez matkę do domu dziecka. Jej życie składa się z pasma porażek. Szaleńcza, nieszczęśliwa miłość do opozycjonisty Andrzeja, która nie ma szans na realizacje, praca jako opiekunka, pojenie dziecka alkoholem, uzależnienie od nałogu, ucieczka do Łodzi – te wszystkie momenty składają się na życie głównej bohaterki. Nieszczęśliwie zakochana kobieta potrzebuje ciepła i bliskości („Czasami chce się do człowieka, ja chciałam” – śpiewa Elżbieta). Dlatego prosi siostrę, by się na nią nie obrażała, bo nie będzie miała nikogo, z kim może porozmawiać, posprzeczać się, skonfrontować swoje poglądy. Przyznaje, że czasami, gdy czuje się samotna, wybiera się na spacery do Pałacu Kultury, bo tam przynajmniej może się przytulić do grubej strażniczki w windzie. Ta historia to lekcja miłości i życia. Poszukiwania i manifestowania własnej tożsamości, wiary w to, że świat musi nas zaakceptować. Kim są ludzie, którym chcemy się przypodobać i dlaczego zgadzamy się na życie w takim świecie? Między innymi na te pytania odpowiada Biała Bluzka. To złożona z krótkich, przeplatanych utworami muzycznymi monologów, historia samotnej kobiety, która za wszelką cenę buntuje się wobec otaczającego świata i jak sama przyznaje, nie chce być ograniczana. Podkreśla swój indywidualizm, manifestuje własny sposób na życie: „Mnie bardzo nudzi równy szyk!”.

Przez cały czas prowadzi korespondencję ze swoją siostrą Krystyną. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie tajemnicza siostra przyznaje w jednym z listów, że nie istnieje. Interesująca jest zbieżność imienia siostry i aktorki. Czy bohaterka faktycznie rozmawia z siostrą czy z wewnętrznym głosem, swoim alter ego? Monolog Jandy to mieszanka szaleństwa i tragedii. Rymowanki, prowokujące gwałtowne wybuchy śmiechu, przeplatają się z dramatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. Janda buduje efekt swoistego rozdwojenia jaźni głównej bohaterki.

Biała Bluzka to jedna z najbardziej wzruszających opowieści kobiety i o kobiecie. To historia, która pozostawia wiele znaków zapytania i niedomówień. Tylko dlaczego aktorka była tego wieczoru w czarnej bluzce? Czym dla Elżbiety była biała bluzka, jakie miała znaczenie? I czy Krystyna naprawdę istnieje? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w przedstawieniu.

__________________________

Taki czas na średnich ludzi

Biała bluzka” to teatralny fenomen. Grana już od dziesięcioleci wciąż przyciąga do teatru całe zastępy widzów. Na internetowym forum Krystyny Jandy cały czas atmosfera wrze – nieustannie pojawia się ktoś, kto prosi o kolejną “Białą bluzkę”. Spektakl na podstawie opowiadań Agnieszki Osieckiej to opowieść o miłości logicznie niemożliwej. To studium samotności. Samotności wśród ludzi, w świecie trącącym fałszem, bez nadziei i radości.

Ascetyczna scenografia, czarny obrotowy fotel, tekturowy Pałac Kultury gdzieś przy ścianie. W rogu zespół…  A po środku ona. Elżbieta. Toczy walkę sama ze sobą, cały czas korespondując z Krystyną, jej absolutnym przeciwieństwem, a jednocześnie najbliższą przyjaciółką, siostrą i powierniczką. Krystyna stara się ustawić Elżbietę w szyku, karci ją, moralizuje… Co je różni?

Elżbieta to indywidualistka, czuje się stłamszona przez państwo, ustrój, wszelkie panujące zakazy i nakazy. Dusi się i stara uleczyć strapienia alkoholem. Czuje się zaszufladkowana przez system, który wymaga od niej dyscypliny, stempelków, zaświadczeń i kartek na mięso. Nikt nie liczy się z tym, czego potrzebuje, pragnie, kogo kocha i o co dba. Do kogo ma żal i za czym tęskni. Dusi się w klatce, którą ludzie sami sobie stworzyli, naiwnie i bezmyślnie podporządkowując się władzy. Uwikłana w ten chaos, Elżbieta nie jest i najprawdopodobniej nie chce być gotowa na wszystkie te zmiany, które przynosi jej stan wojenny.

A Krystyna? To zupełne przeciwieństwo Elżbiety. Jest poukładana, zorganizowana, pamięta o wszystkim. Jest idealnie „stąd dotąd”. Pamięta o kartkach, o dokumentach, o zaświadczeniu z miejsca pracy i o biletach na pociąg. Mimowolnie, może nawet bezwiednie, zgadza się na otaczające ją realia, podporządkowuje się im by żyć spokojnie, rozsądnie, z planem na dziś i jutro. Krystyna na każdym kroku upomina Elżbietę, by pamiętała o zaświadczeniu, o pieczątkach i białej bluzce.

Tytułowa biała bluzka to mocny symbol znamiennych, szarych czasów PRL-u. To metafora świata zniewolonego. Przyzwolenia i zgody na to, co się dzieje. Na życie bez nadziei, bez radości, bez wolności. To symbol życia, które mieści się w ramach. W ramach, które ktoś, wkradając się do naszego życia, wyznacza bez naszej aprobaty. Nam pozostaje pokornie pogodzić się z rzeczywistością lub starać się toczyć nierówną walkę z niewidzialnym wrogiem.

Magda Umer, reżyserka spektaklu, w sposób genialny skupia uwagę widza na tym, co w przekazie Osieckiej było i jest najistotniejsze. Chłodna dekoracja, archiwalne materiały filmowe, a także wyjątkowo udany zabieg techniczny z telebimami i Janda, która daje swojej postaci sto procent realności, to wszystko składa się na sceniczne arcydzieło w Och-teatrze; na obraz, który ogląda się – mimo trudnej, być może nawet niewygodnej tematyki – z niewysłowioną lekkością i zaciekawieniem. Charyzmatyczna osobowość  Jandy pozwala na harmonijne przeplatanie pełnych ekspresji i buntu monologów z błogimi, krotochwilnymi opowieściami o absurdach PRL-u; artystka po raz kolejny udowadnia jak bogaty jest jej warsztat aktorski. Przez prawie dwie godziny, sama na scenie, słowo po słowie buduje niezwykłą historię i emocje, które wywołują gęsią skórkę. Całości dopełniają utwory muzyczne z tekstami Osieckiej, w opracowaniu Janusza Bogackiego, które równie intensywnie oddziaływują na wyobraźnię i zmuszają do refleksji.

„Biała bluzka” jest spektaklem, który zostaje na długo w pamięci. Jest obrazem, obok którego z pewnością nie można przejść obojętnie; przedstawienie rozpala w głowie ogrom wątpliwości, budzi jednocześnie nadzieję i zadumę nad światem, który nas otacza. Nad rzeczywistością, na którą często naiwnie się godzimy, stojąc potulnie w szeregu. Czy to na pewno życie, którego pragniemy? „Biała bluzka” jest spektaklem ponadczasowym, to nie historyczna opowieść, to nie mit przeszłości, to pasjonujący, współczesny spektakl.

Katarzyna Binkiewicz

 

TAKI CZAS NA ŚREDNICH LUDZI – WSPOMNIENIA ZWIĄZANE Z „BIAŁĄ BLUZKĄ”

Iga: Na Białą bluzkę natrafiłam zupełnym przypadkiem. Zbliżał się Dzień Teatru, szukałam spektaklu, na który mogłabym wybrać się z tej okazji. Z racji, że był to początek mojej fascynacji Krystyną Jandą, sprawdzałam repertuar jej teatrów. Gdy zobaczyłam przy jej nazwisku nazwisko Osieckiej i Umer, wiedziałam, że muszę zobaczyć tę sztukę. Przyjechałam, zobaczyłam i zwariowałam na jej punkcie, na punkcie tej wzruszającej opowieści o nieprzystosowanej do życia dziewczyny. Dzisiaj – dwa lata po moim pierwszym zetknięciu z Elżbietą/Krystyną – mam na koncie sześciokrotnie obejrzany spektakl i kilkanaście razy przeczytane opowiadanie. I kilku bliskich ludzi, których, gdyby nie Biała bluzka, prawdopodobnie nigdy bym nie spotkała. A jak wyglądało to u Was?

Justyna K.: Pierwszy raz Białą bluzkę obejrzałam w Łodzi. Maria Seweryn dała mi znak, że grają i są jeszcze wolne miejsca. Decyzja mogła być jedna – idę. Ucieszyłam się bardzo, bo od dawna próbowałam dotrzeć na ten spektakl do Warszawy. Od tego czasu widziałam go kilkanaście razy, stał się jednym z najważniejszych spektakli z moim życiu. Pamiętam, że kiedy wyszłam z pierwszej warszawskiej Białej bluzki z moją przyjaciółką, która wtedy ten spektakl oglądała po raz pierwszy, szłyśmy Grójecką w absolutnej ciszy, co nigdy wcześniej, ani nigdy później, po wyjściu z teatru nam się nie zdarzyło. Obie dobrze wiedziałyśmy, że słowa są zbędne, a ta cisza to najlepszy komentarz do tego, co zobaczyłyśmy na scenie.

Justyna P.: Ja natomiast przez lata lubiłam zatracać się w utworach Osieckiej. Jako nastolatka otulałam się jej słowami, pochodzącymi z wierszy lub tekstów piosenek, traktując je jak własne myśli. Biała bluzka to utwór, po który sięgnęłam jednak stosunkowo niedawno, bo dwa lata temu, zabierając się za jego czytanie kilkukrotnie. Cały czas coś mi w nim nie pasowało, nie umiałam się w nim odnaleźć, pojąć tej konstrukcji, zasiadałam do czytania i po kilkunastu stronach – odkładałam na półkę. Właściwie mam wrażenie, że pierwszy raz zrozumiałam ten tekst dopiero wtedy, gdy usłyszałam go z ust Krystyny Jandy. Przyznaję, że dopiero dzięki jej emocjom, zrozumiałam jakie ten tekst potrafi obudzić emocje we mnie i dziś nie potrafię czytać Białej bluzki inaczej, niż głosem Jandy.

Natalia: Ja po raz pierwszy Białą bluzkę obejrzałam naprawdę niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku, i to właśnie dzięki Tobie – Iga. Pamiętam, że kiedy byłyśmy na Festiwalu Filmowym w Gdyni usłyszałam od Ciebie słowa: to spektakl, którego nie możesz nie zobaczyć. I miałaś rację. Mówiłam Wam pewnie już o tym niejednokrotnie, ale zazwyczaj trzymam się takiej zasady (pewnie niesłusznej), że nie chodzę na dane przedstawienie więcej niż raz. W przypadku Białej bluzki jest to niemożliwe, mogłabym pójść jeszcze dziesięć razy, tylko i wyłącznie po to, żeby przez dwie minuty móc usłyszeć po raz kolejny Orszaki dworaki. Z całą pewnością to jeden ze spektakli mojego życia, który jak żaden inny wywołuje we mnie skrajne emocje.

Justyna P.: Faktycznie, jest to spektakl, który funkcjonuje w świadomości wielu ludzi jako taki, który koniecznie trzeba obejrzeć. Ja również obejrzałam Białą bluzkę bardzo późno i nie zliczę ile osób mnie do tego namawiało oraz ile później mówiło, że to wspaniale, że jadę, że oni również kiedyś widzieli i chętnie obejrzeliby ponownie. Bardzo wiele jest w moim życiu spektakli, na które nie zdążyłam pojechać, których nie zdążyłam obejrzeć i ta ulotność teatru jest czymś, co mnie z jednej strony zachwyca, z drugiej – niezwykle martwi. Cieszę się, że choć Biała bluzka wiele przeszła, na przestrzeni lat się zmieniła i wspomina ją już kolejne pokolenie Polaków, ja również będę miała swoje osobiste doświadczenie z nią związane – choć z pewnością będą one różne od tych, które mają ci widzowie, oglądający spektakl 30 lat temu.

Justyna K.: W 2015 roku Krystyna Janda postanowiła zrobić pożegnanie z tytułem i nie zagrać więcej Białej bluzki na scenie Och-Teatru, pamiętam te łzy i to uczucie, kiedy ostatni raz słyszałam dźwięki ulubionej Wariatki czy Co to za czas. Trudne to było pożegnanie. Kiedy w listopadzie 2016 roku spektakl miał wrócić na scenę, ucieszyłam się, ale i wystraszyłam. Tego powrotu i tego, jakie to będą emocje. Po tych 100 minutach okazało się, że nigdy wcześniej nie przyszło mi obejrzeć takiej Białej bluzki, była absolutnie wyjątkowa. Krystyna Jasna przeszła samą siebie. Ten konkretny spektakl zostanie w pamięci na długo.

Iga: Dokładnie. To był 11 listopada, Biała bluzkawracała po roku na scenę, zabrałam na ten spektakl Mamę, więc byłam podwójnie zdenerwowana: czy jej się spodoba i jak ta Biała bluzka wybrzmiał akurat w ten dzień. Wybrzmiała pięknie. Miałam wrażenie, że wszyscy – widzowie, aktorka – mieli wtedy świadomość, że biorą udział w czymś ważnym, że napisany kilkadziesiąt lat temu tekst nagle stał się szalenie aktualny. Nie mogę się nadziwić fenomenowi Agnieszki Osieckiej – jaki trzeba mieć talent, żeby pisać teksty, które trafią do milionów serc, nawet jeszcze długi czas po śmierci autorki?

Natalia: Cieszę się, że oglądając pierwszy raz ten spektakl, natrafiłam na bardzo dobry dzień – i Krystyny Jandy, i widzów, z którymi od pierwszej do ostatniej minuty się solidaryzowałam. Pamiętam, kiedy przy utworze Jeżeli miłość jest,kobieta za mną zaczęła płakać, to było niesamowite uczucie, kiedy wiedziałam, że nie jestem jedyną, której emocje są już na skraju wytrzymania. I chwila, w której wszyscy jednocześnie wstają, żeby ogromnymi brawami podziękować Pani Krystynie za ten wspaniały występ, nie pamiętam, żeby wcześniej między mną a innymi zgromadzonymi wytworzyła się aż taka wspólnota.

Iga: Wspomniałam na początku, że dzięki Białej bluzce poznałam wielu ludzi i to jest prawda. Na pierwszym spektaklu podobno (bo tego nie pamiętam) uderzyłam łokciem Domę. Odnalazłyśmy się potem w mediach społecznościowych, co zabawne, po hashtagu #białabluzka, #krystynajanda. Brzmi to może irracjonalnie, ale mnie do dziś zachwycają historie takich znajomości. Z Tobą, Justyna, też przecież poznałam się dzięki temu spektaklowi, bo tak naprawdę właśnie od Białej bluzkizaczęły się moje wędrówki do Och-Teatru i Teatru Polonia. Bawi mnie po dziś dzień, gdy ktoś zaczepia mnie w teatrze i wita słowami: My się znamy z Białej bluzki! Ale ten fenomen wspólnoty trwa od lat – przecież po pierwszej premierze spektaklu za Krystyną Jandą jeździły tłumy dziewczyn, które nieustannie potrzebowały słuchać opowieści o buntującej się przeciwko wszelkim zasadom młodej kobiecie.

Justyna P.: Właściwie dopiero sobie to uświadomiłam, ale Biała bluzka to faktycznie jedyny w moim życiu spektakl, który – gdybym mogła – pokazałabym wielu ludziom, zwłaszcza kobietom. Chętnie zresztą o nim opowiadam, niezwykle często mając ochotę zacytować to lub tamto zdanie w codziennych rozmowach. Otwierając książkę Osieckiej na losowej stronie, zawsze trafiam na jakieś zdanie, które sprawia, że się uśmiecham, jak na przykład teraz, gdy czytam: Czy ty myślisz, że ja nie rozumiem, co tu jest grane? Że wisi ci na wargach cudne słówko „nieprzystosowana”? A do kogóż ja ma być przystosowana? Do ciebie, do pana Józka, do jego oszalałej ze strachu matki? Do przepisów z piekła rodem? Czy ja po to zeszłam z drzewa, żeby grać w komórki do wynajęcia? Żeby się mieścić w jakimś Stąd-Dotąd? A może ja nie mam zbyt wiele czasu, może ja muszę się liczyć ze stratami?
Osiecka – zresztą nie pierwszy raz – pisząc o sobie, napisała tak naprawdę o wielu tysiącach innych ludzi, którzy także noszą w sobie Elżbietę; ukazała dwa wymiary jednego świata, krzycząc z samotności, z wyobcowania, z potrzeby nonkonformizmu.

Iga: To chyba mój ulubiony cytat z tego opowiadania. Znam go na pamięć, często powtarzam sobie w myślach. Chociaż wydanie Białej bluzki, które zajmuje na mojej półce honorowe miejsce, całe jest pokreślone, tyle jest pięknych cytatów w tekście Osieckiej. Lubię robić sobie na śniadanie małe Boże Narodzenie. W moim przypadku to małe Boże Narodzenie to właśnie lektura Białej bluzki.

04.03.2017

www.kulturadogorynogami.pl

 

Biała bluzka

poniedziałek, 13 marca 2017

Pamiętam, jak mój kolega kilka lat temu opowiadał mi z wypiekami na policzkach o „Białej Bluzce”. Zaliczył ten spektakl kilka razy, a pomiędzy kolejnymi razami przewertował dzienniki Osieckiej, więc nie będzie chyba przesadą, jak napiszę, że miałam przed sobą prawdziwego znawcę tematu. Żeby podkreślić jeszcze wielkość tej chwili, muszę koniecznie wspomnieć, że siedzieliśmy akurat w ogródku pewnej sympatycznej kawiarenki na Saskiej Kępie, rozkoszując się naleśnikami. Agnieszka Osiecka tego dnia pojawiała się nie tylko w naszych rozmowach – po naszej lewej stronie mieliśmy jej pomnik w pełnej krasie. Siedziała tak, trochę uśmiechnięta, trochę zamyślona, jakby z lekkim rozbawieniem przysłuchiwała się naszej dyskusji.

Od tamtego popołudnia minęło sześć lat. Sześć lat dojrzewałam do tego, by zmierzyć się z Osiecką, zobaczyć tę przejmującą historię na własne oczy, posłuchać, jak opowiada ją Krystyna Janda… Dlaczego tak długo? Nie wiem. Może się bałam, że Osiecka mnie pokona. Może obawiałam się, że jej nie zrozumiem. A może po prostu wszystko w życiu ma swój czas, a mój czas na przyjrzenie się twórczości tej poetki nadszedł właśnie teraz. Wiedziałam o niej tyle, ile każdy szanujący się człowiek powinien o niej wiedzieć. Słyszałam, że była kolorowym ptakiem swoich czasów – niezależnym, skrytym, oryginalnym, czasem wręcz ekscentrycznym.

Ukończyła szkołę filmową, ale z racji wrodzonej niechęci do pouczania i ustawiania innych, nigdy nie zdecydowała się na pracę w tej branży. Poezja była jej wielkim talentem i pasją, pisanie piosenek – szczęściem. Pozostawiła ich po sobie około dwóch tysięcy. Z pewnością niektóre z tych utworów doskonale znacie. Ja sama z ogromnym zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że przecież wychowałam się na tekstach Agnieszki Osieckiej. Piosenki jej autorstwa towarzyszyły mi w dzieciństwie – słyszałam je na ulicy, w radio, czasem śpiewała mi je moja mama. „Zielono mi”, „Sing sing”, „Pogoda na szczęście”, „Małgośka”, „Kiedyś byłam Lalką” – to tylko niektóre z dobrze znanych mi tytułów. Nagle okazało się, że Agnieszka Osiecka jest mi bardzo bliska. Jej teksty niosą ze sobą wiele wspomnień, które momentalnie ożywają, gdy tylko znowu usłyszę któryś ze wspomnianych utworów.

Po niemal siedmiu latach od premiery „Białej Bluzki” poczułam, że jestem gotowa. Właściwie, zawsze byłam. Teraz, z perspektywy czasu, nie mam pojęcia, czego tak naprawdę się bałam. Przecież znamy się tak dobrze – od tak dawna…

#1 Mówiłam żartem

„Powiedziałam, że do Ciebie przyjdę,

nie przyszłam.

Powiedziałam, że za Ciebie wyjdę,

nie wyszłam. 

Powiedziałam, że nie umiem zdradzić,

umiałam.

Powiedziałam, że się chcę poprawić, 

nie chciałam (…)*

 Elżbietę poznajemy, gdy wstaje z łóżka po długiej, całonocnej imprezie. Znajduje list napisany przez Krystynę. Na kartce widnieje lista spraw do załatwienia – m.in, zaświadczenie z poprzedniego zakładu pracy, kartki na żywność, zakupy itp. O Elżbiecie wiemy tyle, że mimo przytłaczającej rzeczywistości, jaką stworzył ludziom ówczesny system, kobieta podchodzi do życia z dziecinną wręcz beztroską. Czego się nie załatwiło dziś, można przecież załatwić jutro – to zdanie zdaje się być dewizą naszej bohaterki. Elżbieta prowadzi rozrywkowe życie. Wraca do domu nad ranem, czasem pijana, bez torebki i dokumentów. Rano opowiada niestworzone rzeczy o swoich nocnych eskapadach – nieraz trudno uwierzyć w skalę absurdów, jakie spotykają naszą bohaterkę.

Imprezowy tryb życia jest dla Eli czymś w rodzaju antidotum na przygnębiającą szarość. Elżbieta nie godzi się z zaistniałymi regułami życia. Nie można nazwać jej opozycjonistką, ale z całą pewnością nie jest też bierna i uległa. Sposobem Eli na radzenie sobie z szarą PRL-owską rzeczywistością, jest całkowite ignorowanie faktu, że owa rzeczywistość ma w ogóle miejsce. Kobieta przesypia dnie, baluje w nocy. Nie zwraca uwagi na urzędy, kartki, stempelki, dokumenty, zakazy i nakazy. Żyje we własnym świecie. Utrata pracy nie jest dla niej żadną tragedią, za to konieczność włożenia trudu w znalezienie nowej – owszem. Dla Elżbiety wszystko ma swój czas, a kiedy ten czas właśnie minął, trzeba po prostu ze stoickim spokojem przyjąć to do wiadomości, machnąć ręką i zapomnieć. Strząchnąć niesforne myśli, jakby były okruchami chleba pozostawionymi na stole po śniadaniu.

Życie naszej bohaterki bez wątpienia do ustabilizowanych nie należy. W całym tym chaosie nad Elżbietą czuwa jednak Krystyna. Każdego dnia, po późnej pobudce Ela znajduje kartki zapisane przez Krysię. Kartki – drogowskazy, kartki – mapy, kartki – rozkłady jazdy, bez których Elżbieta pogubiłaby się, zboczyła z trasy, wpadła w przepaść, zaginęła. W każdym z listów rozbrzmiewa do złudzenia podobna treść: zaświadczenie z miejsca pracy, kartki z urzędu, bilety na pociąg, biała bluzka wyprasowana, załatw to wszystko, bardzo Cię proszę…

 #2 Co to za czas

 Taki czas na średnich ludzi

Jednych gubi, drugich budzi

I sam nie wiesz, czy to stypa, czy to bal? (…)

 Czasy nie sprzyjają takim lekkomyślnym, bujającym w obłokach osóbkom, jak Elżbieta. W świecie permanentnej inwigilacji, dziewczyna bez pracy, bez dokumentów (na ostatniej imprezie zgubiła torebkę), bez żadnego celu w życiu jest dla władz postacią co najmniej podejrzaną. Warto nadmienić, że Ela poza rażącą niekonsekwencją, ma niesamowity talent do pakowania się w kłopoty. Zgubione dokumenty są niczym w porównaniu z wywiezieniem gdzieś w okolice Kielc dziecka, które się zobowiązało zawieść na ferie do Zakopanego – za odpowiednim wynagrodzeniem, które Ela też w rezultacie gdzieś zgubiła. Państwo nie lubi ludzi tak swobodnie podchodzących do otaczającego ich życia, a tym bardziej ludzi, którzy, bujając w obłokach, dopuszczają się niemalże porwania małych dziewczynek. Elżbieta trafia do więzienia. Zabawa się kończy, pojawia się strach. Bo ostatecznie, o kartkach można było raz i drugi zapomnieć, zaświadczenie z poprzedniej pracy zignorować, ale trudno udawać, że nic się nie dzieje w sytuacji, gdy dzieje się nagle dużo naprawdę strasznych rzeczy, których istnienia Ela dotąd nie uznawała…

#3 Jeżeli miłość jest

(…) na czarnych myśli tłok

na oczy pełne łez

lekarstwem miłość bywa jeżeli miłość jest

jeżeli jest możliwa (…)

 W życiu Elżbiety jest jeszcze Andrzej, niepokorny opozycjonista. Ela kocha go miłością trudną, rozpaczliwą, pełną wzlotów i upadków. Bohaterka rozstaje się z nim w myślach każdego dnia. Każdego dnia też wraca do niego w snach, przytula się, chowa w jego ramionach przed problemami na które nie ma siły. Jak każdy działacz podziemia, Andrzej jest permanentnie zajęty, wiecznie nieobecny i absolutnie nieuchwytny. Ela tęskni, złości się, nienawidzi, płacze, potem znowu kocha i tęskni. To nie jest czas na wzniosłe uczucia, zwłaszcza do mężczyzny, który największą namiętnością darzy zbliżające się widmo rewolucji. Trudno konkurować z tak zaborczą kochanką…

„Biała Bluzka” poruszyła mnie do głębi. Poczułam, że doskonale rozumiem Elżbietę – tę zagubioną, nieprzystosowaną zupełnie do ówczesnych realiów dziewczynę, która usilnie starała się żyć po swojemu, na przekór całemu światu. Ja też mam alergię na urzędy i wszelką biurokrację, a od papierów, podpisów, pokwitowań i pieczątek kręci mi się w głowie. Ja też wierzę w głębszy sens stwierdzenia, że „Co masz zrobić dziś, poczeka do jutra”… Ja też uważam, że dzień zaczęty o 15:00 nie nadaje się już do żadnych większych przedsięwzięć. A najważniejsze jest to, że tak, jak Ela, zawsze święcie wierzę, że „jakoś to będzie”.

 

„Biała bluzka” to piękny i wzruszający spektakl upamiętniający twórczość Agnieszki Osieckiej, a także hołd złożony jej działalności artystycznej. Krystyna Janda w roli Elżbiety zagrała wprost fenomenalnie.  W sztuce widzowie mogą podziwiać istne spektrum możliwości artystycznych tej wybitnej aktorki. Janda na scenie wygłasza monologi, śpiewa Osiecką (i to jak śpiewa!), żartuje, bawi, wzrusza do łez. Grą w „Białej Bluzce” Krystyna Janda potwierdza swój wielki kunszt, wszechstronny talent i ogromną wrażliwość artystyczną, którą publiczność czuje każdą cząstką siebie, nawet z najdalszych rzędów sali.

Sztuka nie jest adresowana jedynie do miłośników twórczości Osieckiej. Każdy, bez względu na wiek i zainteresowania, powinien zobaczyć ten spektakl. Podróż do czasów PRL-u wraz z Krystyną Jandą to bezcenne doświadczenie, które zostanie z nami jeszcze długo po skończonej sztuce.

(Wszystkie cytowane piosenki to fragmenty utworów Agnieszki Osieckiej)

Autor: Agnieszka Małgorzata o 20:20

Link do źródła:

http://agnieszkamalgorzata.blogspot.com/2017/03/biaa-bluzka.html

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.