22
Marzec
2001
00:03

Badania prenatalne

Poznałam ich w Wielkanoc 1985 roku, para młodych ludzi, entuzjastów teatru, poezji, życia,. Przyszli do mnie po którymś z przedstawień „ Wieczernika” , granych w kościele na Żytniej. Wzruszeni, spłakani, przejęci. Powiedzieli że się kochają. Że trudno im się pogodzić z Polską tamtych lat, tamtego systemu , że należą do młodzieży zgromadzonej wokół jednego z kościołów warszawskich ,że zaangażowali się w pracę w konspiracji. Mieli po 17 lat. Byli piękni, młodzi, czyści, prostolinijni, naiwni, najładniejszą i najczystszą naiwnością młodości.

Kiedy ja, rok później miałam premierę „ Białej bluzki”, w marcu 1986, szykowali się do matury. Przychodzili na próby, sekundowali mi we wszystkim , później jeździli za mną i tym przedstawieniem po całej Polsce. Mówili że nie mogą bez tego żyć, że ono robi im dobrze, organizuje życie i myśli. Że ta dziewczyna którą gram to ich myśli , ich uczucia , ich niezgoda na ten świat, ich depresja i nieumiejętność życia w takim świecie i kraju. W między czasie studiowali, rozwijali się , kochali dalej, nierozstawali ze sobą , mówili że łączy ich wszystko , ale najbardziej Agnieszka Osiecka „Biała bluzka” no i ja.

Mijały lata, zastosujmy ulubiony zwrot Agnieszki.

Przestałam grać „ Bluzkę”. Bo wyrosłam, bo czas się zmienił. Wszystko dookoła się zmieniało, puchło, rosło, nabrzmiewało, trzeszczało w szwach. Oni byli w to „zmienianie” czynnie zaangażowani. Już jako małżeństwo. Skończyli studia , zaczęli gdzieś tam pracować , ale to nie było takie ważne, jak „rewolucja”, mówili. Ratowało i ich i ich rodzinę od ubóstwa wyprzedawanie antycznych, rodzinnych mebli, srebrnych sztućców, starych wartościowych książek , pamiątek rodzinnych, obrazów. Wynajmowali jakieś mieszkanko, ledwo wiązali koniec z końcem, mówili że najbardziej chcieliby mieć dziecko, ale na to nie czas i nie pora.

W 1992 zniknęli mi z oczu na dłużej. Mijały lata.

Odezwali się wreszcie, gdzieś tak po premierze mojej „ Pestki” znów wzruszenie, łzy, przyjaźń . Zaprosili mnie do siebie , do swojego mieszkania na kolację.

Przyjechałam do jednego z najnowocześniejszych wybudowanych właśnie w Warszawie, eleganckich kondominiów, z portierem w recepcji. Weszłam po marmurowych schodach, wjechałam niklowana windą, w ciszy. Przywitała mnie uśmiechnięta para nowoczesnych, ludzi sukcesu. Pracowali od rana do nocy. Ona w jakiejś agencji robiącej reklamy dla telewizji, on w jednej z największych agencji reklamowych, przy komputerze. Jak mówił , przy realizacji dużych zamówień nie wychodził z agencji i dwa tygodnie, spał w firmie, brał prysznic, zamawiał pizze i pracował dalej. Widywali się czasem nocami, opowiadali śmiejąc się. Obejrzałam imponujące mieszkanie i zorietowalam się zdumiona że nie ma ono kuchni. Że składa się z wielkiego pokoju kąpielowego, w którym oprócz nieprawdopodobnej wanny była sauna za szklanymi drzwiami i aneks z dwiema maszynami do ćwiczeń gimnastycznych. Resztę mieszkania stanowił wielki dzienny pokój , miękki , wygodny , kanapowy, z czajnikiem elektrycznym na barku i tysiącem urządzeń grających oraz imponującym kinem-telewizorem włożonym w ścianę. Jedliśmy przywiezione przez posłańca eleganckie dania z chińskiej restauracji , siedząc na miękkich kanapach( stołu nie było), rozmawiając i śmiejąc się w sprawie takiej, że ja nie mogę pojąć braku takiego pomieszczenia jak kuchnia w domu, a im to do niczego nie jest potrzebne, bo i tak jedzą na mieście albo w pracy, przecież nie mają dzieci i w ogóle , a jajko na miękko w nocy, czy placki kartoflane smażone w chwili stresu, nie przychodzą im na myśl. Towarzyszył nam cały czas koncert symfoniczny odtwarzany w systemie dvd o nieprawdopodobnej jakości obrazu i dźwięku. Zapytałam w pewnym momencie co z dzieckiem? Odpowiedzieli że zaraz, że może za rok , dwa , że teraz już stanęli na nogi i mogą sobie na „to” pozwolić i że wtedy oczywiście kuchnia wejdzie w zakres ich zainteresowań , jak i stół , i inny kolor mebli, śmiejąc się,  pokazywali  plamę jaką im zrobiłam żeberkiem po seczuansku na białej kanapie.

Mijały lata.

Zadzwonili kilka dni temu ,z pytaniem czy nie mam kogoś znajomego kto mógłby im pomóc. Ona ma już 43 lata, jest szczęśliwie w ciąży, ale przeczytali w jednej angielskiej książce że w tym wieku obowiązkowo należy robić badania prenatalne, bo to już jest trochę późno. Że w sytuacji kiedy wiek matki-pierworódki przekracza 35 lat, takie badania są robione wszędzie na świecie rutynowo a w Polsce żaden lekarz im tego nie powiedział i nie wyjaśnił gdzie się to robi. Szaleją z niepokoju. Zmieniają życie, mieszkanie, chcą tego dziecka jak niczego innego na świecie. Że ich życie w tym koszmarnym świecie bez wartości , jak wykrzykiwali razem przez telefon, nie ma dalej sensu, bez dziecka. Wspólnego dziecka! Nareszcie dziecka!

Odpowiedziałam że ja oczywiście, przed urodzeniem moich dzieci robiłam badania prenatalne, ale w Berlinie. Miałam 38 lat i skierował mnie na te badania, całkiem wtedy oficjalnie, mój lekarz, mówiąc jednocześnie że w Polsce jest tak wielkie ryzyko poronień przy robieniu takich badań że tutaj, nie radzi mi ich robić, a poza wszystkim robi się je tak późno że właściwie w przypadku wykrycia upośledzeń pozostaje już tylko przyjąć do wiadomości informację że urodzi się chore dziecko a na wszystko inne jest za późno. Jednocześnie dodał że najbliżej, w Berlinie, mogę to zrobić już w drugim tygodniu ciąży, dużo bezpieczniej dla płodu. A w przypadku nieszczęścia, decyzja co robić, będzie należała tylko do mnie.

W telefonie zapadła cisza.

-W którym jesteś miesiącu ? Zapytałam. -W początkach czwartego. Usłyszałam. -To nic nie rób. Teraz tylko pozostała Ci nadzieja i modlitwa. Na pewno wszystko będzie dobrze.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.