01
Wrzesień
2005
22:09

Anna Prucnal, Jean Mailland – JA URODZONA W WARSZAWIE

Wszyscy lubimy czytać pamiętniki, wspomnienia, dzienniki. Na każdym etapie życia z innych powodów. W młodości, kiedy w naszym życiu jeszcze nic nie jest pewne, jeszcze drogi otwarte, perspektywy szerokie, jeszcze szukamy samych siebie, czytamy zachłannie żeby się porównać z innymi, dokonać wyborów i samookreslić w stosunku do innych, w stosunku do innego losu, innego życia, innego sposobu myślenia i „czucia”. W tych lekturach szukamy dla siebie nadziei na własne marzenia i staramy się pobrać nauki dla własnego życia. W wieku średnim, czytamy pamiętniki i wspomnienia już „osobni”, już określeni pierwszymi wyborami i własnymi doświadczeniami życiowymi, czytamy je jak partnerzy a nie jak uczniowie i marzyciele. Potem czytamy te lektury, dla przyjemności, aby się czegoś dowiedzieć, czytamy z nostalgią i filozoficznym zastanowieniem, a poza tym od pewnego momentu życia każdy z nas coraz trudniej znosi fikcję, interesują już tylko fakty i historie prawdziwe, z życia wzięte. Nie wiem czy wszyscy tak „ mają”, ja w każdym razie tak „mam”.

Na wspomnienia pani Anny Prucnal rzuciłam się zachłannie, i przebiegłam przez nie lekko, na palcach, jakbym z nią tańczyła lekko zamyślona, roztargniona, czasem wzruszona, ale przede wszystkim uśmiechnięta. Ta książka, to życie, ma wdzięk i lekkość. Podwójna narracja nadaje tej opowieści charakter „niezobowiązujący” a poczucie humoru i apetyt na życie bohaterki, umiejętność śmiania się z samej siebie sprawia prawdziwą przyjemność. Życie i historia swobodnie szybującego, pełnego wdzięku delikatnego dmuchawca, niesionego przez wiatr, los. Szczęśliwe spotkania, dary losu w postaci ludzi, propozycji zawodowych, przyjaciół, mężczyzn. Praca i sukcesy, osiągane bez zaciśniętych pięści, z uśmiechem, wdziękiem, bez zbędnych łez. Urok dziecka, ufność, naiwna wiara w ludzi i prostota. Pozytywna energia z domieszką radosnego szaleństwa. A potem na końcu książki jej biografia artystyczna i zdumienie, tyle ról, tyle wciąż nowych spektakli, recitali, podróży, tourne, nagranych płyt, tyle koncertów….w domyśle sukcesów, kwiatów, tłumów, zachwytów, w domyśle, bo w opowieści nie ma o tym prawie słowa. No tak, ale wspomnienia kończą się w momencie wyjazdu na stałe z Polski, przed początkiem pasma największych sukcesów i radości zawodowych.

Książka została wydana najpierw we Francji, i czytając ją zastanawiałam się czy była pisana bardziej dla Francuzów czy dla nas, nie widać wyraźnej decyzji, ale zdania takie jak ….Ci , którzy chodzą na Messe de Minuit ( mszę o północy, czyli naszą pasterkę), muszą uważać , bo odbywa się o dziewiątej wieczór….czy wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, Aleksandrze Bardinim, Leonie Buczkowskim, Stanisławie Perzanowskiej, słowa o Stanisławie Tymie i wielu innych są na pewno bardziej dla nas, tysiące drobiazgów szczegółów, tylko tu właściwe zrozumiałych.

O wszystkich dobrze, o wszystkich z wdzięcznością, o wszystkich z entuzjazmem….Na końcu książki Aneks I – fotokopie dokumentów znajdujących się w jej „teczce” w Instytucie Pamięci Narodowej. Donosy, opisy jej zachowań, kontaktów, rozmów. Przeczytała je, kiedy książka była dawno napisana, zdecydowała się w wydaniu polskim na dołączenie aneksu. Pisze o tym tak…. Była to dla mnie lektura wstrząsająca, choć nie bark w niej elementów komicznych i groteskowych. Wstrząsająca, bo nie zdawałam sobie sprawy, ilu miałam biografów, zanim napisałam sama o sobie. W Polsce byli moimi przyjaciółmi, otaczali mnie, przyjmowałam ich później w Paryżu i w Kanadzie. Młody czytelniku! Masz szczęście, że żyjesz w Wolnej Polsce…

I ten aneks, te dokumenty, ta refleksja czyni te książkę zupełni inną. Nadaje jej, dla nas wszystkich czytelników w Polsce smak goryczy, wrażenie, że po zjedzeniu ciastka z kremem został dziwny smak trucizny, teraz tylko czekamy na efekt…..czy śmierć nastąpi za chwilę , czy będzie trzeba czekać dłużej, czy umierać będziemy w męczarniach czy odbędzie się to szybko, w każdym razie umieramy i uśmiech zastyga nam na ustach…

Poszłam na warszawską promocję książki pani Anny, na sali przyjaciele, rodzina, masa znajomych, kwiaty dawnego STS-u, także młodzi ludzie. Panni Anna dalej uśmiechnięta, w szampańskim humorze, otwarta i ufna, chętna żeby dla ans śpiewać, wystąpić opowiedzieć o sobie tak jak lubi najbardziej, śpiewając. Cienia żalu, cienia pretensji, nawet cienia jakiegokolwiek cienia. Poczułam podziw i wdzięczność. Pomyślałam „ to najwyższa szkoła jazdy” tak się umieć zachować. Polecam tę książkę.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.