26
Luty
2001
22:02

Aleksander Bardini

Dziś imieniny mojego ulubionego, nieżyjącego już profesora, Aleksandra Bardiniego. Wiele mu wszyscy zawdzięczamy, my, których uczył, którzy się z nim zetknęli. Profesor z zewnątrz przez niektórych był postrzegany jako zbyt surowy i złośliwy nauczyciel, naprawdę był niezwykłej łagodności i delikatności serca człowiekiem, który dzięki przenikliwości i mądrości traktował studentów, uczniów w sposób „nie dający im nadziei”, to znaczy nie budował zamków z lodu i piasku, na temat każdego, nic nie obiecywał, natomiast zniechęcał, mówił prawdę, nawet bolesną, ale dzięki temu jego uczniowie, aktorzy, wchodzący w ten zawód, mocno stali na ziemi, byli przygotowani do walki i niepowodzeń, mieli świadomość, dzięki Profesorowi, kim są i jakie są ich ewentualne atuty i braki. Bez niepotrzebnych złudzeń i wyobrażeń na swój temat, które profesor niszczył. Ale przede wszystkim, byli wyposażeni w chęć do walki, miłość do zawodu, świadomość jak ten zawód może być piękny i jak może być ważny, jakie może mieć znaczenie. Mieli rzetelnie, spokojnie, przekazaną podstawową wiedzę rzemieślniczą. Znali swoją wartość i braki, le też dzięki świadomości kim są, byli realistami. Profesor podczas pracy z każdym z nas wyposażał nas jakby w żelazny pancerz, który potem chronił przed stresem wynikającym z różnicy między marzeniami i naszymi oczekiwaniami a rzeczywistością. Nikogo takiego dziś nie ma. Ja nikogo takiego już później nie spotkałam na swojej drodze.

Dzięki profesorowi od pierwszego roku Szkoły Teatralnej budowałam świadomie swoją przydatność do zawodu, bez marzeń. Jestem Mu za to nieprawdopodobnie wdzięczna, moim zdaniem dzięki tym „zimnym prysznicom” zdobyłam i osiągnęłam więcej niż Profesor „obiecywał”, że mogę osiągnąć, niż oceniał mój talent i aparycję. A z drugiej strony, to On uświadamiał mi, że jestem wartością, że to wszystko ma sens. Nigdy nie zapomnę jak kazał stanąć mi przed lustrem w sali estradowej warszawskiej uczelni i spokojnie i bez litości wymieniał moje wady urody i zalety, uświadamiał mi z całą brutalnością jaka jestem, jak mnie widzą inni, co obiecuję wchodząc na scenę, wyglądem. Na koniec kazał mi siebie polubić i uświadomił, że bez tego, bez tej zgody na siebie i akceptacji, nic w tym zawodzie nie osiągnę.

Panie Profesorze, widziałam płaczących przez Pana, na skutek Pana uwag, chłopców i dziewczyny, nigdy nie oceniałam tego jak krzywdy im wyrządzonej. Dzięki tym pierwszym łzom, jedni są dziś tym kim są a innym oszczędził Pan dramatów na przyszłość. Znam też i takich, którzy, dzięki Panu, wycofali się i zmienili kierunek studiów. Słusznie. Po co przeżyć życie w poczuciu klęski i upokorzeniu. Bo wiemy wszyscy, że ten zawód upokarza, są takie chwile.

Panie Profesorze, mam nadzieję, że jest Panu dobrze tam, gdzie Pan jest, wiele Panu zawdzięczam, kiedy Pan żył, traktowałam Pana jak chasyd ukochanego rabina. Nigdy się nie zawiodłam. Wszystkie Pana rady i podpowiedzi były mądre i słuszne. Te w sprawach osobistych, też. Obcując z Panem na co dzień, uważałam, że mam do czynienia ze skałą, filarem, opoką. Dopiero po Pana śmierci dowiedziałam się, że miał Pan wielkie depresje, załamania, wątpliwości. Kłopoty artystyczne i niepowodzenia zawodowe, które zaowocowały załamaniem nerwowym, chorobą i długotrwałym leczeniem. Że na skutek tego, wycofał się Pan z aktywnego artystycznego życia, przestał Pan reżyserować. Myślę, że dlatego był Pan tak znakomitym psychologiem, że dzięki swoim doświadczeniom, bywał Pan czasem tak dojmująco szczery, budował Pan na nas pancerz, który miał nas przed podobnymi doświadczeniami ochronić. Dziękujemy.

Na koniec pozwolę sobie na intymność, kiedy mnie Pan zaangażował, studentkę trzeciego roku, w ciąży, do roli Maszy w Pana wspaniałych, telewizyjnych Trzech siostrach, zapytałam: – Dlaczego Pan mnie, Profesorze, właściwie angażuje, jestem w ciąży? – Odpowiedział Pan: – „Muszę cię, póki można, pokazać ludziom, bo potem urodzisz dziecko i wszyscy o tobie zapomną, być może nigdy nie wejdziesz do zawodu, a tego bym sobie nigdy nie darował„. A potem dopowiedział Pan zdanie, którego do dzisiaj nie rozumiem: – „A poza tym Masza to kochanka. Ty jesteś wspaniałym materiałem na kochankę. Nie na żonę, na kochankę.

Dobrego dnia.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.