29
Maj
2014
00:05

10 lat fundacji

29-05-2014 dla Gazety Wyborczej rozm. Dorota Wyżyńska

10 lat temu powstała Fundacja Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury. 10 lat temu podjęła Pani niełatwą decyzję, żeby kupić budynek po dawnym kinie Polonia i stworzyć tu prywatny teatr. Pamiętam pierwszy artykuł na ten temat w naszej„Gazecie” i mnóstwo pozytywnych, życzliwych komentarzy pod nim. Czytelnicy, pani widzowie od początku bardzo panią wspierali. To dodawało sił? Jakie emocje wtedy pani towarzyszyły?

 

Proszę mi wybaczyć że skoryguję kolejność i fakty. 10 lat temu założyłam Fundację Na Rzecz Kultury , razem z moim mężem Edwardem Kłosińskim i córką Marią Seweryn i w tym momencie jeszcze nie mieliśmy planów sprecyzowanych, ja tylko namówiłam ich na to i jakby wzięłam odpowiedzialność. A teatr tylko majaczył w tle.  Stworzyliśmy fundację, bo nie myślałam o prywatnym teatrze i do dziś on prywatnym nie jest. Zaczęliśmy szukać sali , po pół roku, w rezultacie Polonię kupiliśmy prawie rok później.  Jeśli chodzi o komentarze, pamiętam oczywiście życzliwość Gazety, i życzliwość części ludzi z mojego środowiska, ale opinie i prognozy, były oczywiście różne, ja pamiętam także dość bolesne a częste, choćby te o mojej  megalomanii. No i te lekceważące w tonie. Publiczność rzeczywiście od początku była z nami. I na szczęście jest. A kiedy dziś wspominam nasze nastroje z tych początków, na nowo czuję duszącą „mokrą szmatę” w gardle i moją dobrą minę do gry która budziła lęk. Pamiętam że w tym czasie mój mąż mówił do mnie – co? Pękasz w szwach? Dzięki Bogu, miałam zbyt ubogą wyobraźnię, jeszcze nie wiedziałam co nas czeka. Męża uspokoiła budowa, mnie pierwsze próby, Marysia patrzyła na wszystko z ciekawością i entuzjazmem.

 

Pamiętam wywiad, który robiłam z panią przed premierą „Ucho, gardło, nóż”. Trwała budowa teatru, nie miała pani chwili spokoju, znalazła Pani pół godziny na rozmowę, ale w samochodzie. Jeździła pani po mieście, załatwiając rozmaite sprawy związane z remontem teatru.

 

Szalony czas. Zwariowany. Dziś często staję przed toną papierów, pism, dokumentów, które zgromadziły się przez te 10 lat , nie mogę uwierzyć że w tym pierwszym okresie , dość długim zresztą, z większością z tych papierków, jechałam sama. Zresztą dokonywałam cudów, w godzinę – zgoda na wjazd betoniarki do Śródmieścia? Wyczyn. Znalezienie w Polsce betoniarki z tzw. mała beczką , bo większa nie mogła przejechać pod bramą a Wspólnota mieszkaniowa nie pozwalała mi zmienić bramy na otwieraną także na górze. Znalazłam. Albo moje wyjścia przed publiczność – Bardzo Państwa przepraszam, przyjechała spóźniona betoniarka, musimy wyładować beton bo zastygnie. Będzie to trwało około 40 minut. Proszę wybaczyć i poczekać. Czekali, oglądając wyładunek betonu do wielkiej dziury nad którą miała być duża scena. Po 40 minutach,  oni siadali w miejscach  a ja wychodziłam na scenę. Super. Aktorzy który mieli przebiórki na zimnej budowie z nogami więznącymi w zastygającym betonie, wbiegający na scenę po chybotliwej desce. A „Ucho, gardło, nóż” , zagrałam ponad 200 razy i gram do dziś. Och, dziesiątki historii. Setki. Dziś się śmiejemy i często wspominamy.

 

Dziś trudno sobie wyobrazić mapę teatralną Warszawy bez pani dwóch teatrów. To pani pierwsza przekonała widzów, że prywatny teatr nie musi grać tylko komercji. Że można pokazywać tu projekty ambitne, oparte na trudnych, ryzykowanych tekstach.

 

No cóż, nawet się nad tym nie zastanawiałam. Robiliśmy taki teatr w jakim grałam 30 lat. I uczyłam się. Dopiero potem, długo potem zaczęłam się uczyć co to ebidta i jak ją mieć. Dziś wiem dużo a ilość projektów kłębiących się w mojej głowie, sztuk które przeczytałam, wyobraziłam sobie, chciałabym zobaczyć ! Obdzieliłabym tym jeszcze innych. Tyle że teraz „biorę na uspokojenie” i robimy  to o czym marzymy ale co także jest w naszym zasięgu.

 

Teatr Polonia i Och-Teatr nie mają stałych zespołów aktorskich, co – domyślam się – może być dużym utrudnieniem przy planowaniu repertuaru, a jednocześnie jest przecież siłą. Na obu scenach pojawiają się coraz to nowi ważni, ciekawi aktorzy. Kto u Pani nie grał? Z teatrami przez te kilka sezonów współpracowało podobno aż 800 osób?

 

O tak! To nasza radość, przyjemność i walor. Aktorzy, scenografowie, kostiumolodzy, reżyserzy, kompozytorzy, ludzie z całej Polski. Tylko, teraz mam przy obsadzaniu i zapraszaniu do współpracy większy lęk niż na początku, bo przez moją ilość zajęć i częste granie, nie znam tak dobrze nowych, młodych artystów, a tylko słyszeć o nich, nie wystarczy.

Ale wracając do Pani pytania, ułożenie repertuaru z naszymi aktorami, graniczy z cudem. Jesteśmy ostatni w kolejce po ich teatrach macierzystych, filmach, serialach, zobowiązaniach. Wielu tytułów nie gramy miesiącami, bo nie mają dla nas czasu. Mówią do mnie – albo nazwiska albo próby – albo nazwiska albo spektakle. Ale staramy się ich razem spotykać na naszych scenach. Lubią tu być i grać, to najważniejsze.

 

A dla Pani jako aktorki, jakie były trzy najważniejsze chwile na scenie przez te ostatnie 10 lat?

 

Och, jak trudne pytanie! Przede wszystkim nie umiem już chyba oddzielić siebie aktorki od wszystkiego co jest Fundacją…. premiera właśnie „Ucha…”, spektakl „ Boska” pięć godzin po śmierci mojego męża, pierwsza „ Shirley..”  w Teatrze Polonia, szybkie zastępstwo za chorą Olę Konieczną w „Wątpliwości” żeby ratować. Premiera „ Wassy Żeleznowej..” na otwarcie Och-Teatru.  Nie wiem….wszystkie premiery, przede wszystkim te w których nie biorę udziału…nie wiem. Zważywszy że nie mamy marginesu finansowego na klapę, czy choćby pomyłkę, wszystkie wieczory premierowe są ważne.

 

Czego życzy Pani swojej Fundacji z okazji jubileuszu?

Żeby trwała, żebyśmy mogli się mylić, ryzykować, być bardziej swobodni w decyzjach artystycznych. Żebym cowieczornych smsów z teatrów z informacjami jak poszedł spektakl i ile osób było na sali, nie odbierała z drżeniem ręki. Chciałbym też aby ta mała ilość osób pracujących w Fundacji jak szaleni,( gramy codziennie, w weekendy najczęściej cztery spektakle i 100 spektakli rocznie na wyjeździe), miała poczucie satysfakcji i dalej uważali że to „upojne” i ciekawe życie i wciąż byli z nami. Emocje są najważniejsze. Niech nie opadają. To nie fabryka ani rutynowe zajęcie. I …chciałabym bardzo, bardzo wszystkim podziękować. Nie żałuję ani jednej minuty i ani jednego smutku.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.